04/09/2026
MIĘDZY PRZYSTANKAMI
Dawno niczego tutaj nie wrzucałam, a kilka osób zaczęło się już upominać.
Więc wracam. Nie z lekką historią.
To fragment mojego „Pamiętnika z duszą ulicy”.
Rozdział, który nosi tytuł „Ostatni budzik”.
Nie jest wymyślony. Nie jest podkolorowany.
Tak po prostu wyglądało wtedy nasze życie.
⸻
Ostatni budzik
Jeszcze wtedy spaliśmy po ubikacjach, autobusach, gdzie się dało. W tym czasie, na Żydowie, trafiliśmy na starego znajomego. Miał już mieszkanie, urządzał się. Jak zwykle — tylko ja mogłam tam zostać.
Marcin powiedział:
— Idź, Kwiatek. Ja dam sobie radę.
On spał na zajezdni, a ja u tego kolegi. Chodziłam tam tylko spać. Ciężko było się rozstawać, ale moje siły już się skończyły.
Każdego ranka przyjeżdżałam na nasze miejsce, a on już tam czekał. Zawsze z kwiatkiem — urwanym z klombu, czasem nawet kradzionym. Nie liczyło się skąd. Ważne, że był od serca.
Ten kolega zaproponował Marcinowi dorywczą pracę. Umówili się, że rano odbierze go z Żydowa i razem pojadą na budowę. Marcin spał w busie.
Następnego dnia, około piątej rano, obudził mnie budzik. Dzwonił z uporem w jego sypialni.
Najpierw krzyczałam z drugiego pokoju:
— Wstawaj, wyłącz ten budzik, ludzie chcą spać!
Ale nic.
Budzik wył dalej.
Wstałam. Poszłam do pokoju.
Leżał.
Ciepły, ale bez ruchu.
Budzik dzwonił, a on milczał.