05/08/2026
📖 Henryk Ordanik. Człowiek, który przeprowadził Karolew przez dwie epoki
Przez ponad trzy dekady nazwisko Henryka Ordanika było związane z wielkoobszarowym rolnictwem. Najpierw jako kierownika Państwowego Gospodarstwa Rolnego, później administratora upadającego kombinatu, a następnie prezesa spółki, która z zadłużonego gospodarstwa stworzyła jedno z najlepiej prosperujących przedsiębiorstw rolnych w regionie.
Jego historia jest jednocześnie opowieścią o przemianach polskiego rolnictwa - od gospodarki centralnie planowanej, przez burzliwy okres transformacji, aż po współczesne rolnictwo oparte na nowoczesnych technologiach.
🌾 "Jak się nie będziesz uczył, trafisz do PGR-u"
- Na złość temu, jak mnie w dzieciństwie straszono: Jak się nie będziesz uczył, to trafisz do PGR-u, całe życie przepracowałem właśnie w PGR-ach - mówi dziś z uśmiechem Henryk Ordanik.
Szybko awansował na stanowisko kierownika gospodarstwa państwowego. Z jednej strony odpowiadał za produkcję, ludzi i wyniki, z drugiej - musiał wykonywać decyzje podejmowane przez administrację i aparat partyjny. Wspomina, że wielokrotnie zdrowy rozsądek przegrywał z odgórnymi poleceniami.
Jednym z wydarzeń, które najmocniej zapadły mu w pamięć, była sytuacja związana z cielętami.
Państwo ustaliło zbyt niskie ceny skupu, więc rolnicy zaczęli masowo sprzedawać młode zwierzęta. Aby ratować przyszłą produkcję mleka, zapadła decyzja o zatrzymywaniu jałówek i kierowaniu ich do państwowych gospodarstw. Ordanik prowadził wtedy wypajalnię na około 400 cieląt.
- Kazano mi przyjąć kolejne dwieście sztuk. Wiedziałem, że to skończy się tragedią. Małe cielęta zamknięte razem zaczynają ssać sobie pępowiny, dochodzi do zakażeń i po dwóch tygodniach padają.
Odmówił wykonania polecenia. Sprawa trafiła aż do sekretarza partii.
- Usłyszałem wtedy: Jeżeli uratujecie połowę tych cielaków, dostaniecie nagrodę. Wtedy zrozumiałem, że PGR-y nie były od osiągania wyniku finansowego. One miały naprawiać błędy polityków.
Podobnych przykładów było więcej. Wspomina dodatkowe zasiewy rzepaku zarządzane już po zakończeniu optymalnego terminu siewu czy premie uzależnione od wykonywania decyzji, które z punktu widzenia agronomii nie miały sensu.
🏛️ Upadek starego systemu
Po zmianie ustroju Ordanik marzył o tym, aby gospodarować na własny rachunek. Chciał wydzierżawić gospodarstwo, którym kierował przez dwadzieścia lat, jednak przegrał z prywatnymi inwestorami dysponującymi większym kapitałem.
Wkrótce pojawiła się jednak nowa szansa. W 1995 roku został administratorem Kombinatu Rolnego Karolew - jednego z największych gospodarstw w regionie - cały kombinat gospodarował na ponad 6000 hektarach. Kiedy obejmował zarządzanie, przedsiębiorstwo znajdowało się na skraju upadłości. Zadłużenie wynosiło około 6,5 miliona złotych. Dostawcy nie chcieli sprzedawać nawozów ani środków do produkcji, a zaufanie do gospodarstwa praktycznie nie istniało.
- Usłyszałem od przedstawiciela agencji, że mogę robić, co chcę - sprzedać, wydzierżawić - byle nie prosić państwa o pieniądze.
👥 Prawie pięciuset pracowników i ogromne długi
W chwili obejmowania Karolewa gospodarstwo zatrudniało około 490 osób. Na ponad sześciu tysiącach hektarów pracowało blisko 90 inżynierów i techników.
- Wszyscy pilnowali wszystkich, bo obawiano się kradzieży. Ja uznałem, że najpierw trzeba porozmawiać z ludźmi.
Zapamiętał jedno spotkanie szczególnie dobrze. Zapytał pracowników, czy wierzą, że gospodarstwo można uratować.
- Powiedzieli: damy radę, tylko niech nam urzędnicy nie przeszkadzają.
To zdanie stało się początkiem odbudowy.
📈 Pierwszy rok - zero. Kolejne - spłata wszystkich długów
Najważniejszym celem było odzyskanie płynności finansowej. Przez pierwsze lata zarówno zarząd, jak i pracownicy otrzymywali bardzo niskie wynagrodzenia. Priorytetem było odbudowanie przedsiębiorstwa. Pierwszy rok udało się zakończyć bez straty. Kolejne przyniosły spłatę zadłużenia. Po pięciu latach przed żniwami magazyny były pełne, a gospodarstwo odzyskało stabilność finansową.
- Chcieliśmy, żeby gospodarstwo było ekonomicznie silne. Tylko wtedy mogliśmy sami decydować o swojej przyszłości.
🚜 Bez orki, zanim stało się to modne
Jedną z decyzji, która zaważyła na dalszych losach Karolewa, było przejście na technologię bezorkową.
W połowie lat dziewięćdziesiątych w Polsce niemal nikt nie mówił o uprawie bezorkowej. Ordanik wraz ze współpracownikami najpierw szukał wiedzy, analizował zagraniczne doświadczenia i dopiero później zdecydował się na całkowitą zmianę technologii. Była to odpowiedź na specyficzne warunki gospodarstwa.
Jak tłumaczy, gleby w Karolewie są bardzo dobre, ale jednocześnie niezwykle wymagające. Wystarczyło spóźnić się z zabiegiem, a po opadach ciężki sprzęt nie był w stanie wjechać na pole.
⚖️ Trudne decyzje
Najboleśniejszym okresem były redukcje zatrudnienia.
Nie wszystkie działy mogły funkcjonować w realiach gospodarki rynkowej. Nie można było utrzymywać siedemdziesięcioosobowego zakładu remontowo-budowlanego, skoro nie było materiałów, inwestorów ani zleceń.
Wielu pracowników długo miało do niego żal. Aby odbudować zaufanie, podczas tworzenia nowej spółki zaproponował nietypowy model zarządzania.
Sam posiadał 30 procent udziałów, inwestor zewnętrzny kolejne 30 procent, a pracownicy 40 procent. Co więcej, sprawy dotyczące zatrudnienia miały zapadać większością aż 80 procent głosów.
🌱 Ziemia, której nikt nie chciał
Końcówka lat dziewięćdziesiątych wyglądała zupełnie inaczej niż współczesność. Jak wspomina Ordanik, organizowano spotkania z rolnikami, podczas których zachęcano do przejmowania gruntów po PGR-ach.
Najlepszą ziemię można było kupić za mniej niż dwa tysiące złotych za hektar. Chętnych jednak praktycznie nie było.
- Słyszeliśmy wtedy: "PGR-usy, róbcie sobie sami. Nie chce wam się pracować, to chcecie, żebyśmy my obrabiali waszą ziemię.”
Sytuacja zmieniła się dopiero po wejściu Polski do Unii Europejskiej i uruchomieniu dopłat bezpośrednich. Zdaniem Ordanika poprawa sytuacji ekonomicznej rolników przyniosła również większą rywalizację o ziemię.
🌳 Duże gospodarstwo nie musi oznaczać złego gospodarstwa
Henryk Ordanik zdecydowanie sprzeciwia się tezie, że wielkoobszarowe rolnictwo z definicji szkodzi środowisku. Podkreśla, że odpowiednio zarządzane duże gospodarstwo ma większe możliwości inwestowania w rozwiązania prośrodowiskowe.
W Karolewie przez lata posadzono około 70 kilometrów zadrzewień śródpolnych. Obsadzano granice pól oraz cieki wodne, aby ograniczyć erozję, zmniejszyć parowanie i poprawić bioróżnorodność.
- To, co dziś nazywa się rolnictwem regeneratywnym, my robimy od 1995 roku.
👨🌾 Sukcesja - największe wyzwanie
Za jeden z najpoważniejszych problemów współczesnego rolnictwa Henryk Ordanik uważa sukcesję. Jego zdaniem każde pokolenie buduje przez całe życie nowoczesne gospodarstwo, które następnie zostaje podzielone pomiędzy spadkobierców.
Efekt?
Nowe pokolenie ponownie musi zaczynać od małych areałów i przez kolejne lata odbudowywać potencjał produkcyjny. Dlatego z zainteresowaniem obserwował rozwiązania związane z fundacjami rodzinnymi. Uważa jednak, że obecne przepisy oraz możliwość skorzystania przez KOWR z prawa pierwokupu sprawiają, że instrument ten w praktyce trudno wykorzystać w rolnictwie.
📽️ Historia, która wciąż trwa
Patrząc dziś na Karolew, trudno uwierzyć, że jeszcze trzydzieści lat temu gospodarstwo było zadłużone, pozbawione wiarygodności i zagrożone likwidacją.
Dla Henryka Ordanika nie jest to jednak przede wszystkim historia o liczbach czy ekonomii. To opowieść o ludziach, którzy uwierzyli, że nawet z bardzo trudnej sytuacji można wyjść dzięki wiedzy, odpowiedzialności i wspólnej pracy.
Jednocześnie pozostaje to historia człowieka, który był świadkiem dwóch różnych systemów gospodarowania i do dziś nie boi się mówić o tym, co - jego zdaniem - działało dobrze, a co okazało się błędem. Szczegóły w materiale video. Link w komentarzu. 👇