Newsweek Historia

Newsweek Historia Magazyn historyczny Newsweek Historia to największy w Polsce miesięcznik popularno-naukowy o tematyce historycznej. Tadeusz Cegielski prof. Jerzy Eisler, prof.

Autorami większości tekstów są wybitni polscy historycy. Wśród naszych autorów znajdują się tacy naukowcy jak choćby prof. Henryk Samsonowicz, prof. Andrzej Paczkowski, prof. Andrzej Friszke, prof. Tomasz Kitzwalter, prof. Tomasz Nałęcz prof. Zbigniew Mikołejko prof. Tomasz Wiślicz, prof. Przemysław Urbańczyk. Na łamach Newsweeka goszczą też zagraniczni naukowcy, pisarze i dziennikarze. Grażyna B

astek, kustoszka Muzeum Narodowego w Warszawie ma stałą rubrykę poświęconą historii sztuki, stałym współpracownikiem NWH bywa też Bogusław Wołoszański oraz nowojorski korespondent Newsweeka Piotr Milewski.

 W najnowszym, specjalnym i poszerzonym wydaniu „Newsweeku Historia” m.in. ⬇️🔴 BITWA BŁĘDÓW. – Pod Moskwą spotkało się d...
10/09/2026


W najnowszym, specjalnym i poszerzonym wydaniu „Newsweeku Historia” m.in. ⬇️

🔴 BITWA BŁĘDÓW. – Pod Moskwą spotkało się dwóch wojskowych dyletantów: Hi**er i Stalin – mówi Andrew Nagorski, autor książki „Największa bitwa. Moskwa 1941-1942”

🔴 TUŁACZKA POLSKIEGO SKARBU. Ewakuacja 80 ton złota z Polski w 1939 r. to sensacyjna historia. Część skarbu zaginęła w niejasnych okolicznościach na Saharze...

🔴PRZEKROCZYĆ BARIERĘ STRACHU. – W PRL ludzie nawet jak nie lubili władzy, to nie mówili o tym głośno. Korowcy pokazali, że można być odważnym – o początkach KOR opowiada prof. Andrzej Friszke

🔴 ŻYDZI PRZEPROWADZAJĄ SIĘ NA WIEŚ. Początkowo Żydzi osiedlali się przede wszystkim w miastach prywatnych. W drugiej połowie XVII w. sytuacja zaczęła się jednak zmieniać

🔴 SMUTNY LOS GENERAŁÓW. Wysokie pensje, duże mieszkania i bale – generałowie w II Rzeczypospolitej należeli do finansowej i towarzyskiej elity. Po wojnie na emigracji wielu z nich zostało barmanami, magazynierami, tapicerami

🔴Z PŁOŃSKA NA PREMIERA IZRAELA. Dawid Ben Gurion, pierwszy premier Izraela, w liście do swej przyjaciółki z młodości nazywał Płońsk „najbardziej postępowym miastem hebrajskim w Polsce”

Kup Newsweeka Historia na literia.pl bez wychodzenia z domu ⬇
https://literia.pl/prasa/newsweek-historia

Ta bitwa zmieniła historię Europy. Wydawało się, że jest po wszystkim, a jednak Francuzi zatrzymali NiemcówNiemcy parli ...
09/09/2026

Ta bitwa zmieniła historię Europy. Wydawało się, że jest po wszystkim, a jednak Francuzi zatrzymali Niemców

Niemcy parli naprzód i wydawało się, że nic ich nie powstrzyma. Ale się przeliczyli. 9 września 1914 r. było po wszystkim. Tak nad francuską rzeką Marną kończył się wiek XIX. Gdyby wówczas padła Francja, historia I wojny światowej i Europy potoczyłaby się zupełnie inaczej.

Tą bitwą rozpoczęła się epopeja frontu zachodniego. Mimo że wcześniej armia cesarza Wilhelma II przeszła walcem przez neutralną Belgię, to jej zatrzymanie i odrzucenie nad Marną, malowniczym dopływem Sekwany, przekreśliło szanse na błyskawiczne zwycięstwo II Rzeszy. I poniekąd bitwą nad rzeką, wspominaną już przez Juliusza Cezara w jego pamiętnikach wojennych pod nazwą Matrona, owa epopeja frontu zachodniego się skończyła, jeśli chodzi o błyskotliwe ofensywy i kontrofensywy. Od tego czasu walki zamieniły się w pozycyjne, a żołnierze spędzili w okopach następne cztery lata, zaś ataki i kontrataki okupione straszliwymi stratami finalizowały się przesunięciem frontu o kilometr w jedną albo w drugą stronę.

Tymczasem w pierwszej połowie września 1914 r. Francuzi przy wsparciu Brytyjskiego Korpusu Ekspedycyjnego odrzucili Niemców aż o ponad 60 km i wybili im z głowy pomysł zdobycia Paryża. Bitwa nad Marną trwała zaledwie tydzień, między 5 a 12 września 1914 r., w przeciwieństwie do późniejszych starć pod Verdun, nad Sommą czy trzeciej bitwy pod Ypres, ciągnących się miesiącami.

Od bitwy nad Marną można mówić o tym, że na Zachodzie jest bez zmian.

Nad Marną umarło niemieckie marzenie o wojnie błyskawicznej i szybkim wyeliminowaniu Francji, tak by później łatwo pokonać osamotnioną Rosję. Niemcy, czując się wzięte w kleszcze przez sprzymierzone ze sobą Paryż i Petersburg, szykowały się do wielkiego starcia na długo przed strzałami w Sarajewie. Kostki domina były już ustawione i wystarczyło pstryknąć pierwszą z nich, by kolejne zaczęły się przewracać.

Formalnie żadne z imperiów nie chciało wielkiej wojny, ale każde szykowało się do niej z całą determinacją. Społeczeństwa wszystkich przyszłych uczestników wielkiej rzezi w ekstazie przyjmowały rozpoczęcie wojny. Młodzi mężczyźni szli do armii z niespotykanym entuzjazmem, żegnani przez rozanielone tłumy cywilów, piękne panie rzucające w nich kwiatami oraz orkiestry dęte grające skoczne marsze. Obie strony szykowały się na krótką, szybką i zwycięską wojnę, która miała zakończyć się "nim liście spadną z drzew", zaś święta Bożego Narodzenia żołnierze mieli już spędzić z rodzinami. Żadna ze stron nie była przygotowana na wielomiesięczne walki pozycyjne, w jakie po bitwie nad Marną zamieniła się I wojna światowa.

Powstały w 1905 r. tzw. plan Schlieffena – od nazwiska niemieckiego szefa sztabu armii feldmarszałka Alfreda von Schlieffena – zakładał szybkie przejście przez Belgię, obrócenie w gruzy belgijskich twierdz Namur, Liege i Antwerpii, dokonanie błyskawicznego obejścia Paryża od północy, tak aby zająć go od strony południowo-zachodniej i wyeliminowanie głównego przeciwnika z gry.

Plan ten "przygotowany z iście wagnerowskim rozmachem i faustowską obsesją", jak to nazwał Andrzej Chwalba we wspaniałej książce "Samobójstwo Europy", niecałe 10 lat później był już w dużej mierze archaiczny, został więc zmodyfikowany. Do jego aktualizacji zabrał się generał Helmut von Moltke, bratanek wielkiego Helmuta von Moltkego, pogromcy Austriaków pod Sadową w 1866 r. i Francuzów pod Sedanem w 1870 r., dla odróżnienia od swojego pomnikowego wuja zwany von Moltkem młodszym. Von Moltke młodszy uznał plan Schlieffena za zbyt ryzykowny, głównie ze względu na to, że pokonanie Francji rozpisał on niemal co do godziny, a poza tym nie spodziewał się rozciągnięcia się linii wojsk i zaopatrzenia. No i Schlieffen nie brał pod uwagę szybkiego wejścia do wojny Rosji, bo ta w 1905 r. lizała rany po poniżającej klęsce w wojnie z Japonią.

Ale przede wszystkim Niemcy, pewni tego, że Francuzi będą się tylko bronić, nie pomyśleli w swym ofensywnym planie o tym, że Francuzi także posiadają swój "plan numer XVII", równie ofensywny. Żądza odwetu po upokorzeniu pod Sedanem, gdzie skapitulowała cała armia wraz z cesarzem Napoleonem III, była silniejsza niż wszystko inne.

Po stronie francuskiej dowodził generał Joseph Joffre, rychły marszałek Francji, zorganizowany i zrównoważony, choć apodyktyczny i lekceważący polityków z premierem i prezydentem na czele. Gdy Francuzi cofali się, w Paryżu narastała panika i rząd już się pakował, by ewakuować do Bordeaux, Joffre nie stracił zimnej krwi, dzięki czemu jego wojska nie dały się rozbić ani okrążyć. To kontratak Joffre’a uratował nie tylko Paryż, ale i całą III Republikę i był pierwszym krokiem do ostatecznego zwycięstwa w Grand Guerre. Wyścig Niemców do Paryża po wieczną chwałę spowodował, że ich wojska były wyczerpane, wygłodniałe, niewyspane, a jeszcze dokuczał im straszny upał i brak higieny. Okazało się, że blitzkrieg bez masowego zmotoryzowania armii, ale opierający się na nogach piechurów jest wciąż nie do przeprowadzenia.

Poszczególni generałowie przestali przejmować się von Moltkem, który stracił kontrolę nad armią, a że nie był takim geniuszem jak jego starszy krewny, to armia Wilhelma II znalazła się w sytuacji, gdy Francuzom nie pozostało nic innego, jak uderzyć na całej szerokości frontu. "Gdybyśmy w 1914 r. nie mieli Joffre’a, przegralibyśmy wojnę" – powiedział marszałek Ferdynand Foch. A że wielkie wydarzenia zazwyczaj owocują zdaniami przechodzącymi do historii, to przypomnijmy najsłynniejsze powiedzenia Focha, które doskonale ilustruje determinację Francuzów w tej bitwie: "Mój środek ustępuje, moje prawe skrzydło się cofa, sytuacja jest idealna: atakuję". To w elan vital Francuzów von Moltke upatrywał ich zadziwiającego zwycięstwa, zapewne też po to, by umniejszyć swoją winę za porażkę.

Odrzucenie przez armie ententy niemieckiego monstrum zostało nazwane "Cudem nad Marną" (rzekomo dzięki wstawiennictwu Joanny d’Arc) – co sześć lat później splagiatowano u nas, mówiąc o "Cudzie nad Wisłą", choć to nie Matka Boska wspomogła polską armię w powstrzymaniu sowieckich dywizji, podobnie jak święta Dziewica Orleańska nie pomogła Francuzom. Natomiast pomogły szybko rodzące się legendy, jak mit o tzw. taxis de la Marne – taksówkach znad Marny, które miały uratować Francję.

Komendant Paryża generał Joseph Gallieni zdecydował się na zarekwirowanie tysiąca taksówek, do których załadowali się żołnierze dwóch pułków piechoty. Do każdej taksówki wcisnęło się pięciu piechurów z pełnym oporządzeniem i czerwone renaulty popędziły z prędkością 25 km na godzinę na front, a potem wróciły do Paryża po przewiezieniu kilku tysięcy żołnierzy, co przy setkach tysięcy przetransportowanych pociągami miało wymiar wyłącznie symboliczny. Po powrocie z eskapady taksówkarze dostali zwrot kosztów według wskazania liczników, co mieli obiecane już przed historyczną akcją, a co bardzo wzmogło ich poczucie patriotyzmu. Był to nowatorski pomysł szybkiego przerzutu wojsk, dokonany w zupełnej tajemnicy, bo kawalkady taksówek wyjechały nocą, bez zapalania przednich reflektorów, a jedynie z tylnymi światłami, by każdy następny kierowca podążał za poprzedzającym go samochodem. I był to duży wyczyn w wymiarze propagandowym, bo miał świadczyć o wielkim poświęceniu Francuzów w obronie ojczyzny – to poświęcenie taksówkarzy kosztowało rząd 70 tys. ówczesnych franków.

W pierwszych tygodniach wojny zmobilizowano nieprawdopodobną liczbę żołnierzy – Francuzi wystawili ponad 4,5 mln ludzi, Niemcy prawie 4 mln, bo część pułków musiała chronić granicy z Rosją. Oczywiście na pierwszej linii walczyło ich o wiele mniej, bo większość stała w rezerwie, ale w walkach nad Marną zaangażowanych było po milionie z każdej strony. Bitwa nad Marną pokazała, że wojna nie będzie kilkumiesięczną przygodą, zakończoną spektakularnym triumfem, czego oczekiwały wszystkie strony zmagań.

Źródło: Krzysztof Varga, "To była pierwsza bitwa XX w. Nad Marną umarło niemieckie marzenie", "Newsweek Historia" 4/2024

Ilustracja: Francuska artyleria w bitwie nad Marną. Fot. MARY EVANS PICTURE LIBRARY / Forum

To jedno z najstraszniejszych oblężeń w historii8 września 1941 r. niemieckie wojska przecięły ostatnią drogę prowadzącą...
08/09/2026

To jedno z najstraszniejszych oblężeń w historii

8 września 1941 r. niemieckie wojska przecięły ostatnią drogę prowadzącą do Leningradu. Rozpoczęło się oblężenie miasta, które miało potrwać aż 872 dni. To była jedna z największych masakr w XX w. W wyniku walk, bombardowań i ostrzałów artyleryjskich, ale przede wszystkim z głodu i zimna zginęło 1,5 mln radzieckich żołnierzy i mieszkańców miasta.

Postępy wojsk niemieckich na froncie były tak szybkie, że na przełomie sierpnia i września 1941 r. pewny wydawał się błyskawiczny szturm na Leningrad. Taki rozwój wypadków przewidywali Stalin i radzieccy dowódcy.

Jednak 6 września Hi**er wydał dyrektywę nr 35, w której mowa jest o ograniczeniu działań wokół Leningradu do blokady. Po 11 tygodniach walk w Rosji nastroje w niemieckim dowództwie się zmieniły. Wprawdzie zniszczono ogromne siły Armii Czerwonej, do końca 1941 roku jej straty sięgną 109 proc. stanu osobowego z 22 czerwca, jednak na front wciąż napływają nowe jednostki. Jak pisał brytyjski historyk Alan Clark: „Reakcja Hi**era była typowa dla wszystkich Niemców, którzy zetknęli się z ogromną rozrzutnością Rosjan w walce. Na początku Niemiec był zachwycony: liczył poległych wrogów i przebyte mile, porównywał to wszystko z osiągnięciami na Zachodzie i dochodził do wniosku, że zwycięstwo jest tuż-tuż. Potem przychodziło niedowierzanie – takie bezsensowne straty nie mogą się przeciągać, Rosjanie oszukują, za jakieś kilka dni wyczerpią się. Później był już tylko dławiący strach: nieskończone, bezcelowe kontrataki Rosjan, ich dążenie do oddania dziesięciu poległych za jedno niemieckie życie, nieogarnione, pochmurne przestrzenie”.

Było wiadomo, że pokonać Rosji przed zimą się nie da. Zmieniły się priorytety Hi**era: teraz stało się nim zdobycie Moskwy. Dowodzący Grupą Armii „Nord” feldmarszałek Wilhelm von Leeb otrzymał rozkaz oddania 32 tysięcy żołnierzy i 260 czołgów 18. Armii na potrzeby innych odcinków frontu. Pozostałymi siłami – około 11 dywizji – miał zaatakować pierścień obrony wokół Leningradu, wejść najgłębiej, jak się da, okopać się i rozpocząć blokadę. Jego dowódcy i żołnierze przyjęli tę decyzję z wielkim rozczarowaniem.

17 września Niemcy wchodzą na brzeg Zatoki Fińskiej, zajmują część Peterhofu i Urick. Osiągają to siłami zaledwie jednej dywizji, chociaż nowo utworzony Front Leningradzki ma do dyspozycji pół miliona żołnierzy, wsparcie artylerii morskiej i pociągów pancernych. Ma też nowego dowódcę, 45-letniego generała Gieorgija Żukowa, który cztery dni wcześniej zastąpił Klimenta Woroszyłowa. Jednak już pobieżny przegląd stanu jednostek skłonił Żukowa do gorzkiej refleksji, że „to nie armia, tylko uzbrojona niesterowalna masa”.

Przyczółka w Peterhofie nie uda się odbić aż do 1943 roku. Nie pomaga fakt, że dla Frontu Leningradzkiego przeznaczana jest cała produkcja zbrojeniowa miasta. Do końca 1941 roku będą to 723 czołgi, 480 pojazdów opancerzonych, 58 pociągów pancernych, 3 tysiące armat, 10 tysięcy moździerzy i 3 miliony pocisków. Mimo takiego zaopatrzenia Armia Czerwona wciąż cierpi na „głód amunicji”, choć ma jej wielokrotnie więcej niż Niemcy.

Jednak skuteczność sowieckiej artylerii to zaledwie dwa trafienia w cel na 100 wystrzelonych pocisków. Brakuje umiejętności, łączności, zwiadowców, którzy prowadziliby korektę celów. Na prośby artylerii o współdziałanie w rozpoznaniu dowódcy jednostek lotniczych odpowiadają: „Nasi piloci nie przywykli do takich zadań”. Całkowicie odmienna jest taktyka Niemców, oparta na maksymalnym wykorzystaniu środków łączności i współpracy różnych rodzajów broni. W efekcie na jednego żołnierza Wehrmachtu zabitego we wrześniowych walkach przypada 5-6 zabitych żołnierzy Armii Czerwonej. Rosjan jest jednak wielu…

25 września feldmarszałek von Leeb melduje do Berlina, że nie jest już w stanie kontynuować dalszej ofensywy. 23 tysiące jego żołnierzy zostało zabitych lub rannych. Przeciwnik stracił 116 tysięcy ludzi. Udało się osiągnąć zaplanowane ograniczone cele. Tym samym kończy się pierwszy i jedyny niemiecki szturm na Leningrad. Teraz Niemcy przechodzą do obrony, która będzie trwała aż do wiosny 1944 roku.

Rosyjski historyk Władimir Bieszanow uważa, że gdyby we wrześniu 1941 roku von Leeb otrzymał wsparcie, Leningrad by padł. Paradoks polegał jednak na tym, że Hi**er był przekonany, iż Rosjanie będą bronili Leningradu – kolebki rewolucji – do ostatniej kropli krwi. Nie chciał więc angażować armii w wyniszczające walki uliczne. Tymczasem Żukow bynajmniej tego nie planował. Jego zadaniem – postawionym przez Stalina – było wyprowadzenie wojsk Frontu Leningradzkiego z okrążenia i wysłanie ich pod Moskwę. Los mieszkańców miasta miał drugorzędne znaczenie.

Jednak tego zadania Żukow nie wykonał, mimo że stworzony przez von Leeba i Finów pierścień okrążenia nigdy nie był szczelny. Po wojnie ta nieudolność została przez sowiecką propagandę przedstawiona jako wielki sukces, a sam Żukow nazwany wybawcą Leningradu. W rzeczywistości prowadzone przez niego działania doprowadziły do jednej z największych masakr XX wieku.

Źródło: Andrzej Fedorowicz, „Blokada Leningradu. Jak doszło do jednej z największych masakr XX wieku?”, „Newsweek Historia” 3/2016

Ilustracja: Niemieccy żołnierze na przedmieściach Leningradu późnym latem 1941 r.

ZOMO biło jeszcze w roku 1989Trwały właśnie obrady Okrągłego Stołu, gdy milicja staczała na ulicach Poznania gwałtowne w...
07/09/2026

ZOMO biło jeszcze w roku 1989

Trwały właśnie obrady Okrągłego Stołu, gdy milicja staczała na ulicach Poznania gwałtowne walki z ekologami protestującymi przeciwko budowie elektrowni atomowej w Klempiczu. Zomowcy pałowali bez opamiętania, a schwytanym demonstrantom urządzali osławione „ścieżki zdrowia”. Manifestanci przewrócili kilka samochodów milicyjnych, a także zdobyli liczne „trofea” w postaci czapek, pałek i tarcz.

Była to jedna z ostatnich takich bitew. Jednostki Zmotoryzowanych Odwodów Milicji Obywatelskiej przechodziły do historii podobnie jak system, którego ikoną się stały. Decyzja o rozwiązaniu formacji zapadła 7 września 1989 roku, kilka dni przed powołaniem rządu Tadeusza Mazowieckiego.

Schyłek PRL to apogeum znaczenia ZOMO. Rozkwit różnorodnych stylów i taktyk pałowania nastąpił po wprowadzeniu stanu wojennego. Każda brygada wojewódzka wypracowała własny styl pacyfikowania manifestacji. Ale specjalne jednostki milicji istniały już wtedy od ćwierćwiecza.

Granatowe szeregi funkcjonariuszy w kaskach, trzymających pałki i przezroczyste tarcze z napisem „Milicja”, przez lata były swoistym znakiem firmowym PRL. Paradoks polega na tym, że te specjalne jednostki do rozpędzania manifestacji powstały w okresie odwilży, kiedy słabł milicyjny terror.

Ich powołanie było jedną z pierwszych decyzji Władysława Gomułki po wyborze na stanowisko I sekretarza. Już w grudniu 1956 r., niespełna dwa miesiące po VIII Plenum, które wyniosło go na szczyt, przywódca partii mówił: „(...) Na odcinku państwowym najważniejsze zadanie, które stoi w tej chwili przed nami, to jest usprawnienie aparatu władzy, aparatu siły, którym każde państwo rozporządzać musi”.

ZOMO, formalnie utworzone 24 grudnia 1956 r., po raz pierwszy zostało użyte 7 marca 1957 r. na ulicach Rzeszowa. Kilkusetosobowy tłum protestował przeciwko bezprawnemu przejęciu przez państwo majątku kościelnego w jednej z okolicznych wsi. Naprzeciwko manifestantów stanęły dwa plutony ZOMO, w ruch poszły pałki i granaty z gazem łzawiącym. Protestujący rzucili się do ucieczki.

Jednak prawdziwy test miał miejsce w początkach października 1957 r., podczas tłumienia protestów spowodowanych zamknięciem studenckiego pisma „Po prostu”. Ponad dwa tysiące milicjantów w pełnym rynsztunku przez pięć dni ganiało się z demonstrantami po ulicach Warszawy. Determinacja protestujących wprawiła zomowców we wściekłość. To wówczas po raz pierwszy rozegrały się sceny, które później stale towarzyszyć miały historycznym kryzysom.

Andrzej Krzysztof Wróblewski, uczestnik protestów, zanotował w dzienniku: „U wylotu Uniwersyteckiej w dwuszeregach plutony milicji w hełmach, ceratowych płaszczach, z maskami gazowymi i pałkami w rękach. Około stu ludzi. Przechodzimy szybko, żeby ich minąć; w parę sekund potem zaczynają lać tych, którzy byli akurat przed nimi. (…) Ktoś wywrócił się o drut wokół chodnika, milicjant pochylił się nad nim i lał. Ktoś inny szedł, nie mógł czy nie chciał biec, milicjant szedł obok niego i bił go po plecach. Puszczono gazy łzawiące, falanga milicji poszła naprzód; gryzło w oczy bez miłosierdzia. Mimo to staliśmy w załomie muru i słyszeliśmy okrzyki: »Faszyści!«, »Precz z reżymem komunistycznym!«, »Gestapo!«”.

Źródło: Piotr Osęka, Kim byli pałkarze PZPR-u? Krwawa historia ZOMO, „Newsweek Historia” 1/2017

Ilustracja: PAP

06/09/2026

P***k strzela do prezydenta USA

Czterech prezydentów USA zginęło w zamachach. Mało kto wie, że jednego z nich, Williama McKinley'a zastrzelił anarchista polskiego pochodzenia.

6 września 1901 roku McKinley z małżonką przybyli do Świątyni Muzyki w Buffalo na spotkanie ze zgromadzonymi tam ludźmi. Osobisty sekretarz prezydenta, George Cortelyou, odradzał tę wizytę, obawiając się zbyt licznej publiczności. Podczas takich spotkań prezydent ściskał dłonie zebranych, głaskał po głowach dzieci, a czasami zamieniał kilka słów ze swoimi wyborcami.

Audiencję w sali koncertowej zaplanowano w sposób następujący: McKinley czekał na scenie, widownia była pusta, a każdy wpuszczony do sali musiał przejść między żołnierzami, policjantami i agentami ochrony. W sumie głowy państwa strzegło około 80 osób. Dodatkową gwarancją bezpieczeństwa miał być zwyczaj podchodzenia do prezydenta z pustymi rękami.

Po 16.00 do sali, w której trwała audiencja udało się wejść Leonowi Czolgoszowi. Zabić prezydenta chciał już dwa dni wcześniej, na stacji kolejowej w Bufflo. Teraz zaczął się przesuwać w stronę McKinley'a. Niewielki pi****et ukrył w chustce, którą trzymał w ręku. Takie zachowanie nie wzbudziło podejrzeń ochrony. W sali koncertowej było bardzo gorąco i wielu z czekających na audiencję ocierało spocone czoła. Wreszcie przyszła kolej anarchisty. Zamachowiec podszedł do prezydenta, który wyciągnął dłoń na powitanie. Wtedy Czolgosz strzelił w serce i brzuch.

McKinley nie zginął na miejscu. Gdy odzyskał przytomność, zdołał zapobiec samosądowi nad obezwładnionym i pobitym zamachowcem. To ocaliło Czolgosza przed linczem - zebrany tłum był żądny krwi.

Prezydenta przeniesiono do szpitala i operowano. Obrażenia nie były bardzo groźne, ale wdało się zakażenie i McKinley zmarł 14 września. Czolgosza oskarżono o zabójstwo i po krótkim procesie trafił na krzesło elektryczne.

Dlaczego chciał zabić prezydenta? Urodził się w 1873 r. w Detroit, w stanie Michigan. Jego ojciec, Paweł, i nieznana z imienia matka, przybyli do Ameryki w latach 60. XIX wieku z zaboru rosyjskiego. Czolgoszowie (czy raczej Czołgoszowie) byli jedną z dziesiątek tysięcy rodzin opuszczających Europę, by w Nowym Świecie znaleźć godziwe warunki życia. Niestety, zamiast spełnienia amerykańskiego snu zderzyli się z twardą rzeczywistością. Liczna rodzina (Leon miał siedmioro rodzeństwa) w poszukiwaniu pracy wędrowała po Michigan od jednego skupiska polskich emigrantów do drugiego.

W 1889 r. Leon Czolgosz znalazł pracę w hucie szkła w Norton w Pensylwanii. W 1893 r. uczestniczył w strajku. Zaangażował się w działalność organizacji socjalistycznych. Krytykował stosunki polityczne i społeczne w USA. W 1898 r. jego rodzina kupiła farmę niedaleko Cleveland. Leon pomagał w gospodarstwie, a czas wolny wykorzystywał na lekturę. W lokalnej prasie znalazł artykuł o zamordowaniu włoskiego króla Umberta przez anarchistę Gaetano Bresciego. Postać zamachowcy zawładnęła umysłem Czolgosza - artykułu nauczył się na pamięć, a wycinek z gazety nosił w portfelu. Z czasem Leon zaczął odsuwać się od rodziny, która zresztą uważała go za osobę nieprzystosowaną i niezupełnie normalną. Całe dnie spędzał w Cleveland na dyskusjach z ludźmi o podobnych poglądach. I właśnie podczas jednego z takich wypadów usłyszał żarliwe wystąpienie Emmy Goldman - „papieżycy” amerykańskiego anarchizmu.

Pod wpływem jej odczytu związał się z anarchistami. W jego umyśle zaczęła kiełkować myśl o zamachu na symbol znienawidzonego państwa i panujących w nim stosunków - prezydenta Stanów Zjednoczonych. Zaczął wypytywać współtowarzyszy o plany ewentualnych zamachów. Ci wzięli go za policyjnego prowokatora i zaczęli izolować. W organie anarchistów „Free Society” pojawiło się nawet ostrzeżenie przed Czolgoszem. Rozczarowany „oportunizmem” anarchistów, postanowił wziąć sprawy we własne ręce. Pozostawało tylko znaleźć dogodną okazję do zamachu.

Ilustracja: Ostatnie zdjęcie prezydenta Williama McKinley'a, wykonane tuż przed zamachem w Świątyni Muzyki w Buffalo. Fot. Wikimedia Commons, domena publiczna

W trzy dni Londyn w zasadzie przestał istnieć. To była apokaliptyczna katastrofaWielki pożar Londynu wybuchł we wczesnyc...
05/09/2026

W trzy dni Londyn w zasadzie przestał istnieć. To była apokaliptyczna katastrofa

Wielki pożar Londynu wybuchł we wczesnych godzinach niedzieli, 2 września 1666 roku, w piekarni Thomasa Farrinera przy Pudding Lane. Ogień szalał aż do 5 września. Spłonęło niemal całe historyczne City of London zamknięte w obrębie starych rzymskich murów.

Zniszczeniu uległo około 13 200 domów oraz 87 kościołów parafialnych, w tym katedra św. Pawła. Bez dachu nad głową pozostały dziesiątki tysięcy mieszkańców – mimo to oficjalnie odnotowano zaledwie kilka ofiar śmiertelnych, co do dziś budzi wątpliwości historyków. Jednym z kluczowych świadków tamtych wydarzeń był urzędnik Admiralicji Samuel Pepys, którego dziennik uznawany jest za jedną z najlepszych relacji naocznego świadka tej katastrofy.

Zapiski Pepysa pokazują, jak szybko sytuacja wymknęła się spod kontroli. Rano 2 września obudzony przez służącą Pepys początkowo zlekceważył zagrożenie – pożary drewnianej zabudowy nie były w Londynie rzadkością i zwykle wygasały, zanim wyrządziły większe szkody. Kilka godzin później dowiedział się jednak, że ponad 300 domów już spłonęło, a pożar wciąż się rozszerzał.

Patrząc na to, zacząłem płakać — notował wieczorem tego samego dnia, obserwując płomienie znad Tamizy.

W kolejnych dniach pożar posuwał się w głąb miasta, zmuszając mieszkańców do gorączkowego ratowania dobytku. Sam Pepys ewakuował żonę, dokumenty urzędowe i złoto, a 4 września zakopał w ogrodzie swój skarb, notując, że wraz z winem ukrył „mój parmezan, a także wino i inne rzeczy”. Zakopywanie cennego dobytku było wśród zamożnych londyńczyków powszechną metodą ochrony dobytku, gdy ewakuacja całego mienia nie była możliwa.

Kulminacja pożaru nastąpiła w nocy z 4 na 5 września. Pepys wraz z rodziną uciekł łodzią do Woolwich, skąd w świetle księżyca dostrzegał, że „niemal całe miasto płonęło jednym wielkim ogniem widocznym z odległości kilku mil”.

Gdy nazajutrz wspiął się na wieżę kościoła w Barking, by ocenić rozmiar zniszczeń, ujrzał, jak sam zapisał, „najsmutniejszy widok spustoszenia, jaki kiedykolwiek widziałem”.

Skala katastrofy domagała się wytłumaczenia wykraczającego poza banalne zaprószenie ognia w piekarni. Dlatego niemal od razu zaczęły krążyć teorie spiskowe. Ponieważ Anglia toczyła wówczas wojnę z Holandią i Francją, wielu Londyńczyków było przekonanych, że pożar to celowy akt terroru, wstęp do inwazji wroga. Najtrwalsze jednak okazało się przekonanie o spisku katolickim: schwytano niezrównoważonego Francuza, Roberta Huberta, który przyznał się do podpalenia, choć w chwili wybuchu pożaru najprawdopodobniej w ogóle nie przebywał jeszcze w Anglii – mimo to został powieszony w październiku 1666 roku.

Obok teorii spiskowych funkcjonowała też interpretacja religijna: część mieszkańców, a podobno nawet sam król Karol II, widziała w pożarze Bożą karę za grzechy miasta – zwłaszcza łakomstwo, na co wskazywał symboliczny fakt, że ogień wybuchł przy Pudding Lane.

Ilustracja: Pożar Londynu. Obraz nieznanego autora z ok. 1666-1675 r. Fot. Wikimedia Commons, domena publiczna

„Cichy upadek imperium”. 1550 lat temu abdykował ostatni cesarz zachodniorzymski4 września 476 roku Odoaker zmusił do ab...
04/09/2026

„Cichy upadek imperium”. 1550 lat temu abdykował ostatni cesarz zachodniorzymski

4 września 476 roku Odoaker zmusił do abdykacji Romulusa Augustusa, ostatniego rzymskiego cesarza na zachodzie. Wówczas mało kto uznał to wydarzenie za godne uwagi.

Romulus Augustus, nazywany pogardliwie Augustulusem („małym Augustem"), urodził się ok. 460 roku n.e. w Panoni. Jego ojciec, Orestes, robił karierę jako sekretarz i dyplomata na dworze Attyli, władcy Hunów. Wziął udział w dwóch poselstwach do Konstantynopola.

W 475 roku ówczesny cesarz zachodniorzymski Juliusz Nepos mianował Orestesa magister militum, czyli wysokiej rangi dowódcą wojskowym. Ten jednak niemal natychmiast zwrócił się przeciwko Neposowi. I, obiecując wspierającym go najemnikom (foederati) jedną trzecią Italii w zamian za poparcie, stanął na czele buntu. Zdobył Rawennę 28 sierpnia 475 roku i zmusił Neposa do ucieczki morzem do Dalmacji.

Zamiast jednak samemu przyjąć purpurę, Orestes osadził na tronie swojego nastoletniego syna, liczącego wówczas (tak uważa większość historyków) 14 lub 15 lat. 31 października 475 roku został ogłoszony cesarzem pod imieniem Romulus Augustus.

Rządy Romulusa Augustulusa od początku miały charakter czysto fasadowy. Faktyczną władzę sprawował jego ojciec. Zachowało się bardzo niewiele źródeł dotyczących tego okresu; nie znamy żadnych istotnych ustaw, dekretów ani inskrypcji wydanych w jego imieniu. Jednym z nielicznych materialnych świadectw jego panowania są solidusy, monety bite w Rzymie, Mediolanie i prawdopodobnie w Rawennie, a także niewielka emisja w Arles — ostatni ślad władzy cesarskiej w Galii. Historyk Geoffrey Nathan zwraca uwagę, że rytownicy mieli trudność ze zmieszczeniem na monecie pełnego imienia „Romulus Augustus”.

Największym wyzwaniem dla nowej administracji było utrzymanie lojalności zróżnicowanej etnicznie armii najemników, których wsparcia Orestes użył do obalenia Neposa. Gdy po intronizacji Romulusa żołnierze upomnieli się o obiecaną im wcześniej jedną trzecią ziem włoskich, Orestes odmówił.

Osiemnastowieczny historyk Edward Gibbon pisał, że wolał on „ściągnąć na siebie gniew uzbrojonego tłumu”, niż zgodzić się na krzywdę niewinnych mieszkańców tych ziem — decyzję, którą sam Gibbon oceniał jako godną szacunku, lecz fatalną w skutkach politycznych.

Odmowa otworzyła drogę do władzy dowódcy najemników, Odoakrowi, synowi Edekona — dawnego dyplomaty na dworze Attyli. Obiecawszy żołnierzom upragnioną ziemię, 23 sierpnia 476 roku został przez nich ogłoszony królem, po czym pięć dni później schwytał i stracił Orestesa w Placentii (dzisiejsza Piacenza); niedługo później zginął także brat Orestesa, Paulus.

Ostatecznie 4 września 476 roku, po zaledwie dziesięciu miesiącach panowania, Romulus Augustulus został zmuszony do abdykacji w Rawennie. W przeciwieństwie do wielu ofiar ówczesnych przewrotów, młodziutki cesarz nie został zgładzony. Odoaker oszczędził go i zesłał do Castellum Lucullanum w Kampanii, niedaleko Neapolu, gdzie ślad się po nim urywa.

Zamiast ogłosić się cesarzem, Odoaker odesłał insygnia władzy cesarskiej — purpurowy płaszcz i inne regalia — do Konstantynopola, do cesarza wschodniorzymskiego Zenona. Dał w ten sposób do zrozumienia, że Zachód nie potrzebuje już własnego władcy, skoro „jeden władca wystarczy dla całego świata”. Zenon formalnie upominał się o prawa Juliusza Neposa, lecz mimo to przyznał Odoakrowi tytuł patrycjusza.

Detronizacja Romulusa Augustulusa jest tradycyjnie uznawana za symboliczny koniec Cesarstwa Zachodniorzymskiego i cezurę oddzielającą starożytność od średniowiecza. Co ciekawe, współcześni temu wydarzeniu niemal go nie zauważyli: pierwszym starożytnym autorem, który nadał detronizacji Romulusa rangę przełomu, był szóstowieczny kronikarz Marcellinus Comes, piszący, że cesarstwo zachodnie „zginęło wraz z tym Augustulusem".

Arnaldo Momigliano, wybitny włoski historyk piszący w XX w. , ukuł na określenie tego wydarzenia frazę „cichy upadek imperium”. Podkreślił, że współczesnym rok 476 nie jawił się jako moment przełomowy, ponieważ realna władza rzymska na Zachodzie i tak od dawna należała do barbarzyńskich dowódców wojskowych. Część historyków kwestionuje zresztą sam status Romulusa jako „ostatniego” cesarza, wskazując, że dwór w Konstantynopolu nigdy formalnie nie uznał jego władzy i aż do 480 roku za prawowitego cesarza zachodniego uważał Juliusza Neposa.

Dalsze losy samego Romulusa pozostają niejasne. Źródła podają rozbieżne daty jego śmierci. Wiele wskazuje na to, że żył jeszcze przez wiele lat po 476 roku, jednak nie wiadomo na jego temat nic pewnego.

Ilustracja: Odoaker wymusza na Romulusie Augustusie abdykację. Rycina z XIX wieku. Fot. Sarin Images / Granger History Collection / Forum

„Newsweek Polska” ma 25 lat3 września 2001 r. ukazało się pierwsze wydanie tygodnika „Newsweek Polska” (ilustracja). Boh...
03/09/2026

„Newsweek Polska” ma 25 lat

3 września 2001 r. ukazało się pierwsze wydanie tygodnika „Newsweek Polska” (ilustracja).

Bohaterem okładkowego materiału był Marek Belka, wówczas doradca ekonomiczny prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego. Zbliżały się wybory parlamentarne (zaplanowane na 23 września) i zmiana władzy. Było niemal pewne, że nowym premierem zostanie Leszek Miller, a Belkę przymierzano do stanowiska ministra finansów.

Problem w tym, że w budżecie ziała potężna dziura, którą SLD zostawiał w spadku rząd Akcji Wyborczej Solidarność. Dlatego do objęcia resortu finansów nikt się nie palił. Powód był prosty i Belka powiedział to wprost: „nie obejdzie się bez bolesnych cięć”. Często uważa się, że te słowa, opublikowane mniej niż trzy tygodnie przed wyborami, kosztowały SLD samodzielną parlamentarną większość. Ale Belka został ministrem finansów, choć był nim mniej niż rok.

Od 2001 r. ukazało się ponad 1250 wydań „Newsweeka”, a z czasem dołączyły do niego inne magazyny pod tą samą marką. Wśród nich „Newsweek Historia”, który ukazuje się już 15 lat.

Adres

Newsweek Historia
Mokotów
02-672

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Newsweek Historia umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Skontaktuj Się Z Firmę

Wyślij wiadomość do Newsweek Historia:

Skróty

Udostępnij

Kategoria