09/09/2026
Ta bitwa zmieniła historię Europy. Wydawało się, że jest po wszystkim, a jednak Francuzi zatrzymali Niemców
Niemcy parli naprzód i wydawało się, że nic ich nie powstrzyma. Ale się przeliczyli. 9 września 1914 r. było po wszystkim. Tak nad francuską rzeką Marną kończył się wiek XIX. Gdyby wówczas padła Francja, historia I wojny światowej i Europy potoczyłaby się zupełnie inaczej.
Tą bitwą rozpoczęła się epopeja frontu zachodniego. Mimo że wcześniej armia cesarza Wilhelma II przeszła walcem przez neutralną Belgię, to jej zatrzymanie i odrzucenie nad Marną, malowniczym dopływem Sekwany, przekreśliło szanse na błyskawiczne zwycięstwo II Rzeszy. I poniekąd bitwą nad rzeką, wspominaną już przez Juliusza Cezara w jego pamiętnikach wojennych pod nazwą Matrona, owa epopeja frontu zachodniego się skończyła, jeśli chodzi o błyskotliwe ofensywy i kontrofensywy. Od tego czasu walki zamieniły się w pozycyjne, a żołnierze spędzili w okopach następne cztery lata, zaś ataki i kontrataki okupione straszliwymi stratami finalizowały się przesunięciem frontu o kilometr w jedną albo w drugą stronę.
Tymczasem w pierwszej połowie września 1914 r. Francuzi przy wsparciu Brytyjskiego Korpusu Ekspedycyjnego odrzucili Niemców aż o ponad 60 km i wybili im z głowy pomysł zdobycia Paryża. Bitwa nad Marną trwała zaledwie tydzień, między 5 a 12 września 1914 r., w przeciwieństwie do późniejszych starć pod Verdun, nad Sommą czy trzeciej bitwy pod Ypres, ciągnących się miesiącami.
Od bitwy nad Marną można mówić o tym, że na Zachodzie jest bez zmian.
Nad Marną umarło niemieckie marzenie o wojnie błyskawicznej i szybkim wyeliminowaniu Francji, tak by później łatwo pokonać osamotnioną Rosję. Niemcy, czując się wzięte w kleszcze przez sprzymierzone ze sobą Paryż i Petersburg, szykowały się do wielkiego starcia na długo przed strzałami w Sarajewie. Kostki domina były już ustawione i wystarczyło pstryknąć pierwszą z nich, by kolejne zaczęły się przewracać.
Formalnie żadne z imperiów nie chciało wielkiej wojny, ale każde szykowało się do niej z całą determinacją. Społeczeństwa wszystkich przyszłych uczestników wielkiej rzezi w ekstazie przyjmowały rozpoczęcie wojny. Młodzi mężczyźni szli do armii z niespotykanym entuzjazmem, żegnani przez rozanielone tłumy cywilów, piękne panie rzucające w nich kwiatami oraz orkiestry dęte grające skoczne marsze. Obie strony szykowały się na krótką, szybką i zwycięską wojnę, która miała zakończyć się "nim liście spadną z drzew", zaś święta Bożego Narodzenia żołnierze mieli już spędzić z rodzinami. Żadna ze stron nie była przygotowana na wielomiesięczne walki pozycyjne, w jakie po bitwie nad Marną zamieniła się I wojna światowa.
Powstały w 1905 r. tzw. plan Schlieffena – od nazwiska niemieckiego szefa sztabu armii feldmarszałka Alfreda von Schlieffena – zakładał szybkie przejście przez Belgię, obrócenie w gruzy belgijskich twierdz Namur, Liege i Antwerpii, dokonanie błyskawicznego obejścia Paryża od północy, tak aby zająć go od strony południowo-zachodniej i wyeliminowanie głównego przeciwnika z gry.
Plan ten "przygotowany z iście wagnerowskim rozmachem i faustowską obsesją", jak to nazwał Andrzej Chwalba we wspaniałej książce "Samobójstwo Europy", niecałe 10 lat później był już w dużej mierze archaiczny, został więc zmodyfikowany. Do jego aktualizacji zabrał się generał Helmut von Moltke, bratanek wielkiego Helmuta von Moltkego, pogromcy Austriaków pod Sadową w 1866 r. i Francuzów pod Sedanem w 1870 r., dla odróżnienia od swojego pomnikowego wuja zwany von Moltkem młodszym. Von Moltke młodszy uznał plan Schlieffena za zbyt ryzykowny, głównie ze względu na to, że pokonanie Francji rozpisał on niemal co do godziny, a poza tym nie spodziewał się rozciągnięcia się linii wojsk i zaopatrzenia. No i Schlieffen nie brał pod uwagę szybkiego wejścia do wojny Rosji, bo ta w 1905 r. lizała rany po poniżającej klęsce w wojnie z Japonią.
Ale przede wszystkim Niemcy, pewni tego, że Francuzi będą się tylko bronić, nie pomyśleli w swym ofensywnym planie o tym, że Francuzi także posiadają swój "plan numer XVII", równie ofensywny. Żądza odwetu po upokorzeniu pod Sedanem, gdzie skapitulowała cała armia wraz z cesarzem Napoleonem III, była silniejsza niż wszystko inne.
Po stronie francuskiej dowodził generał Joseph Joffre, rychły marszałek Francji, zorganizowany i zrównoważony, choć apodyktyczny i lekceważący polityków z premierem i prezydentem na czele. Gdy Francuzi cofali się, w Paryżu narastała panika i rząd już się pakował, by ewakuować do Bordeaux, Joffre nie stracił zimnej krwi, dzięki czemu jego wojska nie dały się rozbić ani okrążyć. To kontratak Joffre’a uratował nie tylko Paryż, ale i całą III Republikę i był pierwszym krokiem do ostatecznego zwycięstwa w Grand Guerre. Wyścig Niemców do Paryża po wieczną chwałę spowodował, że ich wojska były wyczerpane, wygłodniałe, niewyspane, a jeszcze dokuczał im straszny upał i brak higieny. Okazało się, że blitzkrieg bez masowego zmotoryzowania armii, ale opierający się na nogach piechurów jest wciąż nie do przeprowadzenia.
Poszczególni generałowie przestali przejmować się von Moltkem, który stracił kontrolę nad armią, a że nie był takim geniuszem jak jego starszy krewny, to armia Wilhelma II znalazła się w sytuacji, gdy Francuzom nie pozostało nic innego, jak uderzyć na całej szerokości frontu. "Gdybyśmy w 1914 r. nie mieli Joffre’a, przegralibyśmy wojnę" – powiedział marszałek Ferdynand Foch. A że wielkie wydarzenia zazwyczaj owocują zdaniami przechodzącymi do historii, to przypomnijmy najsłynniejsze powiedzenia Focha, które doskonale ilustruje determinację Francuzów w tej bitwie: "Mój środek ustępuje, moje prawe skrzydło się cofa, sytuacja jest idealna: atakuję". To w elan vital Francuzów von Moltke upatrywał ich zadziwiającego zwycięstwa, zapewne też po to, by umniejszyć swoją winę za porażkę.
Odrzucenie przez armie ententy niemieckiego monstrum zostało nazwane "Cudem nad Marną" (rzekomo dzięki wstawiennictwu Joanny d’Arc) – co sześć lat później splagiatowano u nas, mówiąc o "Cudzie nad Wisłą", choć to nie Matka Boska wspomogła polską armię w powstrzymaniu sowieckich dywizji, podobnie jak święta Dziewica Orleańska nie pomogła Francuzom. Natomiast pomogły szybko rodzące się legendy, jak mit o tzw. taxis de la Marne – taksówkach znad Marny, które miały uratować Francję.
Komendant Paryża generał Joseph Gallieni zdecydował się na zarekwirowanie tysiąca taksówek, do których załadowali się żołnierze dwóch pułków piechoty. Do każdej taksówki wcisnęło się pięciu piechurów z pełnym oporządzeniem i czerwone renaulty popędziły z prędkością 25 km na godzinę na front, a potem wróciły do Paryża po przewiezieniu kilku tysięcy żołnierzy, co przy setkach tysięcy przetransportowanych pociągami miało wymiar wyłącznie symboliczny. Po powrocie z eskapady taksówkarze dostali zwrot kosztów według wskazania liczników, co mieli obiecane już przed historyczną akcją, a co bardzo wzmogło ich poczucie patriotyzmu. Był to nowatorski pomysł szybkiego przerzutu wojsk, dokonany w zupełnej tajemnicy, bo kawalkady taksówek wyjechały nocą, bez zapalania przednich reflektorów, a jedynie z tylnymi światłami, by każdy następny kierowca podążał za poprzedzającym go samochodem. I był to duży wyczyn w wymiarze propagandowym, bo miał świadczyć o wielkim poświęceniu Francuzów w obronie ojczyzny – to poświęcenie taksówkarzy kosztowało rząd 70 tys. ówczesnych franków.
W pierwszych tygodniach wojny zmobilizowano nieprawdopodobną liczbę żołnierzy – Francuzi wystawili ponad 4,5 mln ludzi, Niemcy prawie 4 mln, bo część pułków musiała chronić granicy z Rosją. Oczywiście na pierwszej linii walczyło ich o wiele mniej, bo większość stała w rezerwie, ale w walkach nad Marną zaangażowanych było po milionie z każdej strony. Bitwa nad Marną pokazała, że wojna nie będzie kilkumiesięczną przygodą, zakończoną spektakularnym triumfem, czego oczekiwały wszystkie strony zmagań.
Źródło: Krzysztof Varga, "To była pierwsza bitwa XX w. Nad Marną umarło niemieckie marzenie", "Newsweek Historia" 4/2024
Ilustracja: Francuska artyleria w bitwie nad Marną. Fot. MARY EVANS PICTURE LIBRARY / Forum