Newsweek Historia

Newsweek Historia Magazyn historyczny Newsweek Historia to największy w Polsce miesięcznik popularno-naukowy o tematyce historycznej. Tadeusz Cegielski prof. Jerzy Eisler, prof.

Autorami większości tekstów są wybitni polscy historycy. Wśród naszych autorów znajdują się tacy naukowcy jak choćby prof. Henryk Samsonowicz, prof. Andrzej Paczkowski, prof. Andrzej Friszke, prof. Tomasz Kitzwalter, prof. Tomasz Nałęcz prof. Zbigniew Mikołejko prof. Tomasz Wiślicz, prof. Przemysław Urbańczyk. Na łamach Newsweeka goszczą też zagraniczni naukowcy, pisarze i dziennikarze. Grażyna B

astek, kustoszka Muzeum Narodowego w Warszawie ma stałą rubrykę poświęconą historii sztuki, stałym współpracownikiem NWH bywa też Bogusław Wołoszański oraz nowojorski korespondent Newsweeka Piotr Milewski.

Zagłada ORP Dragon. Polska tragedia lądowania w NormandiiPolacy brali udział w inwazji w Normandii. Od pierwszych godzin...
06/06/2026

Zagłada ORP Dragon. Polska tragedia lądowania w Normandii

Polacy brali udział w inwazji w Normandii. Od pierwszych godzin D-Day nasz krążownik ORP „Dragon” ostrzeliwał niemieckie cele. Do dziś na dnie kanału La Manche leży jego wrak: walki przyniosły koniec okrętu i tragedię załogi.

Dlaczego mamy umierać za Gdańsk? To hasło wypromowane przez francuskich polityków w 1939 r. mieli w pamięci polscy żołnierze, gdy niecałe pięć lat później przelewali krew, odbijając Francję z rąk Niemców. „Żołnierze, lotnicy, marynarze, Polacy! – wezwał ich premier Stanisław Mikołajczyk przez londyńskie radio, dokładnie w dzień rozpoczęcia inwazji w Normandii. – Wkraczamy w decydującą fazę generalnej rozgrywki i porachunku z Niemcami. Padł rozkaz rozpoczynający uwolnienie Europy od barbarzyńskiej okupacji najeźdźców i morderców nazistowskich. Wydał go naczelny dowódca wojsk sprzymierzonych, generał Eisenhower.” Szef polskiego rządu na uchodźstwie zwracał się do „żołnierzy armii polskiej na ziemi brytyjskiej”, „lotników okrytych chwałą w dywizjonach myśliwskich i bombardujących” oraz „marynarzy pod banderą polską”.

Nasi lotnicy odznaczyli się już od pierwszych dni operacji Overlord. Dywizjon bombowy 305 wsławił się udanym nalotem na niemieckie magazyny w okolicach Nancy i zniszczeniem 13 milionów litrów paliwa, co wywołało euforię brytyjskiej prasy. Gazety pisały, że tym brawurowym atakiem Polacy wstrzymali niemieckie jednostki i wygrali bitwę o Francję. Słynny dywizjon myśliwski 303 osłaniał flotę inwazyjną, wdając się w walki powietrzne. Alianckie okręty desantowe osłaniane były również przez dwa polskie niszczyciele – ORP Błyskawica i ORP Piorun. Żołnierzy na normandzkie plaże przerzucały na swoich pokładach polskie statki handlowe – „Batory” i „Sobieski”. Z kolei dwa niszczyciele, ORP Ślązak i ORP Krakowiak ostrzeliwały niemieckie pozycje, podobnie jak jedyny wówczas krążownik Polskiej Marynarki Wojennej – wydzierżawiony od brytyjskiej floty ORP Dragon. Już 7 czerwca trzech marynarzy z jego załogi zostało rannych od eksplozji niemieckiego pocisku, który dosięgnął burty okrętu. Jednak prawdziwa tragedia wydarzyła się miesiąc później.

„Noc z 7 na 8 lipca odznaczała się wyjątkowo zaciekłymi atakami zarówno lotnictwa, jak i ścigaczy, które podchodziły na odległość jednego kilometra od nas – opowiadał jeden z marynarzy ORP Dragon, cytowany w książce Jerzego Pertka „Wielkie dni małej floty”. – „Na lądzie płonęły ogromne pożary, oblewające łuną połowę widnokręgu. (...) Z morza podnosiły się w górę miliardy pocisków świetlnych, krzyżujących się ze sobą. Całość obrazu dopełniały zestrzelone samoloty niemieckie, które od czasu do czasu, niby wiązka ognia, spadały do wody”.

Okręt miał za zadanie ostrzeliwać od świtu niemieckie oddziały broniące dostępu do nadmorskiego miasta Caen. Nikt z 462-osobowej załogi „Dragona” nie zdawał sobie sprawy, że jego śladem płynie niemiecka „żywa torpeda”. Za jej sterami siedział podchorąży marynarki Karl Heinz Potthast. Takie podwodne jednostki typu N***r, wykonane z przerobionej 7,5-metrowej torpedy mieszczącej jednego operatora, z drugą torpedą podwieszoną i gotową do odpalenia, były czymś w rodzaju niemieckich kamikadze. Marynarze Kriegsmarine niezwykle rzadko wracali z niebezpiecznych jednoosobowych misji. Zdarzało się, że zatruwali się spalinami z silnika, niektórzy ginęli przy odpalaniu torpedy, inni od ostrzału aliantów. Dlatego tropiący „Dragona” Potthast był zdeterminowany. „Z każdą minutą podchodziłem bliżej. Odległość oceniałem na 500 metrów i myślałem o swojej maksymie: nie strzelać za wcześnie, ale wciąż polepszać swoją pozycję. Było już tylko 400 metrów – przeciwnik obrócił się do mnie burtą – i wystrzeliłem swoje cygaro” – opowiadał.

Torpeda uderzyła w cel, kiedy załoga przygotowywała się do oddania pierwszych salw w kierunku wybrzeża. „Zamiast salwy, jakiś inny huk rozdzierający i piekielna siła podrzuciła mną w powietrze, po czym twarzą gruchnąłem o stół – opisywał ten moment mat Wincenty Cygan w książce „Granatowa załoga”. – Zgasły światła, otoczyła nas idealna ciemność. (...) Na zewnątrz progu potknąłem się o leżącego człowieka, dziwnie skręconego, z kolanami pod brodą. Krzyczał w kółko: – O, Matko Boska! O, Matko Boska! O, Matko Boska!”.

Karl Potthast gwałtownie odbił w lewo, próbując uciec z miejsca ataku. „Potworne uderzenie targnęło wodą, słup ognia wystrzelił z trafionego okrętu” – wspominał. Torpeda eksplodowała w maszynowni, zabijając większość jej załogi i odcinając rannym drogę ucieczki. Dolne pokłady zaczęła zalewać ropa. Korespondent wojenny Stanisław Srokowski, który z pokładu krążownika miał relacjonować ostrzał wybrzeża, tak opisywał akcję ratunkową: „Wyjście z maszyn zostało zatarasowane połamanym żelazem i blachami. Nadbiegł oficer-mechanik, podporucznik Kubicki, przybył bosman Karnowski. Zaczęliśmy odwalać kawały połamanego żelaziwa, aby dostać się do wnętrza. Spod pokładu dochodziły jeszcze głosy, lecz cichły z każdą chwilą. Od czasu do czasu dochodził jeszcze rozpaczliwy jęk, lecz potem słabł, słabł, słabł...”.

Srokowski zapamiętał, że tuż obok niego na przechylającym się pokładzie leżał ranny marynarz, któremu inni udzielali pomocy. Tym marynarzem był Gerard Chwołka. „Nawet nie czułem bólu, spluwam, a tu krew” – opowiadał Chwołka. Miał wiele szczęścia, że udało mu się wydostać na górę. Dominiak, Słomiak, Grabowski – wyliczał nazwiska przyjaciół, którzy stracili życie, uwięzieni pod pokładem. „Franciszek Dyszczakowski, po którym znaleziono tylko rękę, ale koledzy rozpoznali go po pięknym pierścionku, który trzymał się na palcu oderwanej ręki. Jeszcze wielu innych, których nazwiska zatarł czas w pamięci” – dodawał. Wincenty Cygan pisał: „Z gmatwaniny rozdartych płyt stali wystawała głowa i wzniesione w górę ramię. Dolna część ciała przebita była stojakiem poręczy. Poznałem: był to maszynista Rzeszotko.” Zapamiętał, że na rufie leżał strzelec obsługujący działko okrętowe. Z jego ust, nosa i uszu sączyły się strużki krwi. Ziejąca opodal wyrwa w pokładzie ujawniała ogrom zniszczeń na dolnych poziomach. Cygan wspominał: „Rozdarta jak papier żelazna podłoga wysadzona była pod sufit i zwinięta w rulon. Z otworu stalowej ślimacznicy zwisały koce, prześcieradła, a z pogiętych ram łóżek wystawały krwią ociekające ludzkie kończyny.”

Nad chaosem próbował zapanować dowódca okrętu komandor porucznik Stanisław Dzienisiewicz. „Dragon” przechylał się na lewą burtę, jednocześnie zanurzając się od rufy, dlatego komandor rozkazał wyrzucić wszystkie ciężkie przedmioty za lewą burtę, a na prawą poprzenosić pociski artyleryjskie. W wodzie wylądował ciężki łańcuch kotwiczy. „Odkręcono ćwiczebne działo tuż przed pierwszym kominem. Normalnie pół godziny trwająca praca odkręcania śrub trwała teraz minutę. W nie dłuższym czasie tony amunicji pluskały w wodę” – relacjonował Cygan. Dowódca podjął też trudną decyzję zalania jednej z ogarniętych pożarem komór amunicyjnych, przekreślając tym samym szanse na uratowanie kogokolwiek z tego przedziału, ale ratując okręt. Kiedy przechył udało się opanować, brytyjska korweta wzięła krążownik na hol, zabrano też ocalałych. „Z izby chorych wynoszono rannych na stojącą przy burcie motorówkę. Z włosami sklejonymi krwią i ropą, z kartkami na piersiach uwidaczniającymi godzinę zastrzyku morfiny, z zamkniętymi oczyma, nieruchomi, robili wrażenie martwych” – opisywał autor „Granatowej załogi”.

Zginęło 37 polskich marynarzy, a 14 zostało rannych. Ciała tych zabitych, których udało się wydostać spod pokładu, pochowano zgodnie z marynarskim obrządkiem, na pełnym morzu. Tragizmu sytuacji dodał fakt, że kiedy załoga zliczała ofiary, do burty dobiła motorówka, z której wyniesiono zaszyte w hamak zwłoki z przyczepioną karteczką z napisem „Sorry”. Okazało się, że eksplozja wyrzuciła kilku marynarzy w morze, a załoga pobliskiego pancernika wzięła jednego z nich za wynurzający się N***r i ostrzelała. Ta pomyłka kosztowała polskiego marynarza życie. Karl Heinz Potthast, uciekający z miejsca ataku, miał więcej szczęścia. Przeżył, został wzięty do niewoli. Jego N***r poszedł na dno. Co ciekawe, Kriegsmarine jego zasługi przypisała innemu marynarzowi, Walterowi Geroldowi, którego odznaczono Krzyżem Rycerskim Krzyża Żelaznego. Potthast, który po wojnie został pedagogiem i historykiem, nie próbował tego prostować.

Trafiony jego torpedą krążownik nie nadawał się do dalszego użytku. W górnym pokładzie ziała potężna dziura, która groziła przełamaniem się kadłuba. Komunikat o losach jednostki prasa podała dopiero pięć miesięcy po tragedii. „Krążownik ORP Dragon został uszkodzony wskutek akcji nieprzyjaciela w czasie operacji związanych z wyzwoleniem Europy. W następstwie okręt został użyty jako ogniwo łamacza fal, stworzonego dla osłony sztucznego portu w Normandii”. Leży na dnie kanału La Manche do dziś, przypominając o Polakach, którzy w 1944 roku umarli za Francję.

Źródło: Mariusz Nowik, "Zagłada ORP Dragon. Jedna z największych tragedii lądowania w Normandii", "Newsweek Historia"

Ilustracja: ORP Dragon pod polską banderą w 1943 r. Fot. TopFoto/Forum

Jak brytyjski minister wojny zginął na wojnie. Z jego okrętu ocalało tylko 12 ludziBył 5 czerwca 1916 r., gdy o godzinie...
05/06/2026

Jak brytyjski minister wojny zginął na wojnie. Z jego okrętu ocalało tylko 12 ludzi

Był 5 czerwca 1916 r., gdy o godzinie 20:50 krążownik wiozący brytyjskiego ministra wojny, lorda Horatio Kitchenera, wszedł na minę u Wybrzeży Wielkiej Brytanii. W szalejącym sztormie uratować zdołało się ledwie 12 z 737 członków załogi. Kitchenera nie było wśród nich.

Wiosną 1916 roku sytuacja na froncie wschodnim budziła w Londynie coraz poważniejsze obawy. Rosja, wykrwawiona przez dwie kampanie, była w coraz trudniejszej sytuacji. Car Mikołaj II zaczął szukać moralnego wsparcia u sojuszników.

W tej sytuacji zdecydowano, że lord Kitchener uda się do Piotrogrodu, by omówić z rosyjskim rządem kwestie dostaw amunicji i wesprzeć zachwiane morale sojusznika. Kitchener — marszałek polny, minister wojny, od 45 lat w armii — był ikoną brytyjskiego imperializmu i cieszył się ogromną popularnością w społeczeństwie.

Jego misja, zatwierdzona przez gabinet, miała być dyskretna. 4 czerwca 1916 r. Kitchener wsiadł do nocnego pociągu z King's Cross do Thurso, zmierzając ku bazie brytyjskiej marynarki wojennej w Scapa Flow. Minister spieszył się nie bez powodu: na 1 lipca zaplanowano rozpoczęcie wielkiej ofensywy nad Sommą i nie chciał być nieobecny w kraju dłużej niż to konieczne.

W feralnym dniu 5 czerwca lord Kitchener wraz ze swoim bliskim przyjacielem pułkownikiem Fitzgeraldem i sztabem przybył do Thurso na północnym skraju Szkocji. Stąd niszczycielem HMS Oak przeprawił się przez Cieśninę Pentlandzką do Scapa Flow. Tam na pokładzie pancernika HMS Iron Duke zjadł lunch z admirałem Johnem Jellicoe. „Po lunchu rozmowa zeszła na bitwę jutlandzką i lord Kitchener okazał wielkie zainteresowanie taktyką i ogólnym przebiegiem akcji. Wywarł na mnie silne wrażenie człowieka działającego według ścisłego harmonogramu, który czuł, że nie może stracić ani dnia. Wspomniał, że wyznaczył sobie trzy tygodnie nieobecności [...]. Był niezwykle niespokojny, by nie tracić ani chwili podczas morskiej przeprawy, i pytał mnie wielokrotnie, jaki jest jego zdaniem najkrótszy możliwy czas przepłynięcia trasy." — czytamy we wspomnieniach Jellicoe.

Pogoda przez cały dzień się pogarszała. Kichener miał podróżować na pokładzie krążownika HMS Hampshire. Jellicoe rozważał ze swym sztabem, która z tras po zachodniej stronie wysp będzie najbezpieczniejsza. Zdecydował, że okręt powinien płynąć blisko brzegu, nie wybierając alternatywnej trasy prowadzącej dalej na zachód, w pobliże latarni morskiej Sule Skerry. Decyzja o zmianie kursu z pierwotnie planowanej trasy wschodniej na zachodnią była logiczna — sztorm uderzał od północnego wschodu, a zachodnie klify Orkadów miały dawać schronienie przed falami.

Kitchener nalegał na niezwłoczne wypłynięcie, by dotrzymać harmonogramu, i po długich dyskusjach admirał Jellicoe wydał kapitanowi Herbertowi Savillowi rozkazy wyjścia w morze. Trasa miała wieść w odległości od jednej do półtorej mili od zachodniego brzegu wyspy Hoy. Nikt nie wiedział wówczas, że właśnie na tym odcinku kilka dni wcześniej, niemiecki okręt podwodny U-75 rozłożył pole minowe złożone z 34 min.

Marynarz William Cashman, jeden z dwunastu ocalałych z zagłady HMS Hampshire, opisał tamten wieczór w wywiadzie udzielonym w 1932 r. "Cork Examiner": "Był bardzo burzliwy i zimny, czuć było oddech zimy w powietrzu, choć był wczesny czerwiec. Byłem na służbie [...] na górnym pokładzie i osobiście widziałem, jak lord Kitchener i jego sztab wchodzą na pokład [...]. Wiał sztorm od północy—północnego wschodu, który później skręcił na północny zachód i nasilił się. Opuściliśmy port około godziny 17.00 w eskorcie dwóch niszczycieli [...]. Około 19.00 niszczyciele musiały nas opuścić, gdyż nie były w stanie dotrzymać nam tempa, gdy napotkaliśmy pełną siłę sztormu na wysokości Rora Head na Hoy".

Krążownik kontynuował samotny rejs. O godzinie 20:50, gdy marynarze szykowali się do zawieszenia hamaków, nastąpiła eksplozja. Cashman relacjonował: „Doszło do gwałtownej eksplozji w przedniej części okrętu, przy magazynie i kotłowni. Wielu marynarzy w pobliżu miejsca wybuchu odniosło potworne obrażenia. Wszystkie światła zgasły [...], pogrążając okręt w całkowitej ciemności między pokładami, gdyż wszystkie luki i iluminatory były zamknięte i przykręcone. Proszę wyobrazić sobie los tych setek ludzi między pokładami, gdy okręt przechylał się pod niebezpiecznym kątem, a do górnego pokładu prowadziła tylko jedna drabina." HMS Hampshire zatonął w ciągu piętnastu minut.

Na pokładzie znajdowało się 737 osób. Ocalało zaledwie dwunastu marynarzy — i żaden z nich nie był w stanie podać wiarygodnych informacji o ostatnich chwilach lorda Kitchenera. Stosunkowo niewiele ciał udało się wyłowić ze wzburzonego morza. 123 pochowano na cmentarzu królewskiej marynarki w Lyness. Ciała lorda Kitchenera nigdy nie odnaleziono.

Wieść o katastrofie wstrząsnęła Wielką Brytanią i pozostałymi aliantami. Król Jerzy V zapisał w swym dzienniku, że była to dla niego „ciężka rana i wielka strata dla narodu i sojuszników", i nakazał oficerom armii nosić przez tydzień czarne opaski żałobne.

Śmierć marszałka stała się pożywką dla licznych teorii spiskowych, które krążyły przez dziesięciolecia. Wyniki badań historyków są jednoznaczne: HMS Hampshire padł ofiarą niemieckiej miny, a los 737 ludzi przypieczętowały przypadek, zła pogoda i nietrałowane wody.

Ilustracja: Jedno z ostatnich zdjęć przedstawiających lorda Horatio Kitchenera. Wykonano podczas wejścia ministra na pokład HMS Iron Duke przed naradą naradę z admirałem Jellicoe, 5 czerwca 1916 r. Fot. Wikimedia Commons, domena publiczna

4 czerwca 1989 roku nikt się nie spodziewał takiego sukcesu opozycjiJeszcze w przeddzień wyborów nastroje były umiarkowa...
04/06/2026

4 czerwca 1989 roku nikt się nie spodziewał takiego sukcesu opozycji

Jeszcze w przeddzień wyborów nastroje były umiarkowanie pesymistyczne. Tymczasem wygrała niemal wszystko, co do wygrania było.

Według zasad ustalonych przy Okrągłym Stole mogła walczyć o 161 (35 proc.) miejsc w Sejmie (resztę zarezerwowano dla obozu władzy). I dokładnie tyle udało się zdobyć. W Senacie wybory były w pełni demokratyczne. Efekt? 99 miejsc na 100 przypadło opozycji.

To był przełom. Cios, po którym PZPR już się nie podniosła. Przed 4 czerwca nikt nie przypuszczał, że reżim jest aż tak niepopularny. Skala porażki była tak duża, że zapoczątkowała lawinę. Szybko okazało się, że dotychczasowa władza całkowicie utraciła zdolność rządzenia. Na tyle, że 29 października Joanna Szczepkowska mogła stwierdzić w telewizyjnym wywiadzie, że „4 czerwca 1989 r. skończył się w Polsce komunizm”.

Ilustracja: Plakaty wyborcze przed jednym z lokali do głosowania w Warszawie. Czerwiec 1989 r. fot. PAP/Jan Morek

Władze ZSRR chciały nazwać Kaliningrad inaczej. Wszystko zmieniła śmierćZ nową nazwą dla Królewca radzieckie władze miał...
03/06/2026

Władze ZSRR chciały nazwać Kaliningrad inaczej. Wszystko zmieniła śmierć

Z nową nazwą dla Królewca radzieckie władze miały kłopot. Wstępnie podjęto już decyzję. Aż 3 czerwca 1946 r. zmarł Michaił Kalinin.

Powstanie obwodu królewieckiego z centrum w mieście Królewcu (po rosyjsku używano nazwy Kienigsbierg i odpowiednio kienigsbiergskaja oblast’) radzieckie władze zarządziły wiosną 1946 r. Włączono go do Rosyjskiej Federacyjnej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej.

Rosyjskie nazwy wielu miejscowości w obwodzie królewieckim powstawały od nazwisk poległych w walkach o nie oficerów Armii Czerwonej. Insterburg zamienił się w Czerniachowsk, ku pamięci generała Iwana Czerniachowskiego, Gumbinnen stało się Gusiewem na cześć Siergieja Gusiewa, kapitana, który szturmował miasto ze swoją brygadą. Oprócz tego na mapie pojawiły się nazwy takie jak Krasnoarmiejsk lub Krasnoznamiensk.

Aż trudno uwierzyć, że dla stolicy dawnych Prus Wschodnich i zarazem stolicy nowego sowieckiego regionu na Kremlu szykowano nazwę spokojną i neutralną, nawiązującą do nadmorskiego położenia. Królewiec miał się bowiem zamienić w Bałtyjsk.

Ale zanim oficjalnie nadano nową nazwę, zmarł Michaił Kalinin, stalinowski aparatczyk. 4 lipca 1946 r. Prezydium Rady Najwyższej ZSRR zatwierdziło dla Królewca nazwę Kaliningrad, by w ten sposób uczcić pamięć zmarłego towarzysza. Gazeta "Prawda" napisała w listopadzie tego samego roku: "Na zawsze powiewa sztandar Związku Radzieckiego tam, skąd rozpoczynali swoje grabieżcze wyprawy na Rusi teutońscy psy-rycerze, hordy cesarza Wilhelma, opancerzone bandy Hitlera — nad Królewcem i przyległymi do niego, noszącymi obecnie niezapomniane imię wielkiego syna narodu rosyjskiego Michaiła Iwanowicza Kalinina".

Tym, czego sowieckie władze potrzebowały najbardziej, by oswoić nowe ziemie, byli ludzie — nowi osadnicy. By ich znaleźć, rozpoczęto akcję werbunkową, prowadzoną przede wszystkim na tych terenach ZSRR, które w 1941 r. znalazły się pod niemiecką okupacją, czyli we wschodnich regionach dzisiejszej Białorusi, Ukrainy i w zachodnich obwodach Rosji.

Wkrótce do partyjnych werbowszczikow dołączyli posłańcy z odbudowujących swoje moce fabryk, np. królewieckiej stoczni (przed wojną Schichau, po wojnie — Jantar) czy z zakładów remontu taboru kolejowego. Wszyscy szukali tego samego — sprawnych rąk do pracy do kołchozów, zakładów produkcyjnych czy rybołówstwa.

Przesiedlenie do podbitych Prus Wschodnich było dobrowolne, a werbunkowi wcale nie mieli łatwego zadania. Po pierwsze, oczekiwano od nich, że znajdą rodziny, w których są co najmniej dwie zdolne do pracy osoby dorosłe, a to zaraz po wojnie nie było łatwe zadanie. Po drugie, osoby, które chciały wyjechać i do wyjazdu się kwalifikowały, musiały jeszcze dostać zgodę od NKWD. Partia nie chciała bowiem, by do obwodu kaliningradzkiego trafiały jednostki ideologicznie niepewne, chciała też uniknąć pojawienia się w regionie przestępców czy innego rodzaju awanturników. Po trzecie, chętnych nie było wcale tak dużo, a część z nich rozmyślała się nawet w ostatniej chwili.

Główną przeszkodą były strach i niechęć, by zamieszkać na wrogiej ziemi. Choć obwód kaliningradzki stał się wojennym trofeum Stalina, jeszcze długo w odbiorze sowieckich obywateli wyjazd tam był odbierany jako wyjazd na ziemie niemieckie, a w czasie wojny i po niej wszystko, co niemieckie, kojarzyło się źle. Było to "zasługą" nie tylko Wehrmachtu i SS, ale także sowieckiej propagandy, która Prusy Wschodnie z ich stolicą opisywała jako odpychające gniazdo faszyzmu. Trudno się dziwić, że nie każdy sowiecki obywatel po wojnie chciał jechać do tego mrocznego miejsca.

Władze obiecywały wsparcie. Dla kołchoźników przydział bydła, zapomogę na start, tani kredyt na remont mieszkania, a jeśli się poszczęści, to nawet samodzielny dom po niemieckiej rodzinie. Z wypełnianiem tych obietnic bywało różnie, a sytuacja na miejscu okazywała się bardziej skomplikowana niż to, co opowiadali werbunkowi. Badacze szacują, że spośród osób, które przyjechały do obwodu królewieckiego w pierwszych latach po wojnie, jedna trzecia postanowiła wkrótce wrócić w rodzinne strony.

Źródło: Paulina Siegień, "Jak Stalin kolonizował Królewiec. "Od razu było widać, że to już nie Rosja", "Newsweek Historia" 3/2026

Ilustracja: Pomnik Michaiła Kalinina w Królewcu. Fot. Ulf Mauder/dpa/PAP

„Wiadomości o mojej śmierci były mocno przesadzone”. Historia tego cytatu to komedia pomyłek„Wiadomości o mojej śmierci ...
02/06/2026

„Wiadomości o mojej śmierci były mocno przesadzone”. Historia tego cytatu to komedia pomyłek

„Wiadomości o mojej śmierci były mocno przesadzone” (czasem zamiast „Wiadomość” pojawia się „pogłoska”) – to niezwykle popularny cytat. W rzeczywistości jego autor, Mark Twain, ujął sprawę nieco inaczej i mniej dramatycznie.

Słynny pisarz przebywał akurat w Londynie, miał 62 lata. Był rok 1897 i choć dzięki telegrafowi przekazywanie wiadomości było łatwiejsze niż kiedykolwiek, to wciąż sprawiało spore problemy. Łatwo szerzyły się też zupełnie fantastyczne plotki, jak choćby ta o śmierci Twaina. Prostując te informacje Twain, napisał: „The report of my death was an exaggeration” („Wiadomość o mojej śmierci była przesadzona”).

Cytat został przekręcony, podobnie jak podana przez amerykańskie media informacja, że Twain zmarł w Londynie (w niektórych wersjach pisano o bardzo ciężkiej chorobie). Skąd wzięło się całe zamieszanie? Amerykański pisarz w sprostowaniu tłumaczył to tak:

„James Ross Clemens (Twain naprawdę nazywał się Samuel Langhorne Clemens – przyp. red.), mój kuzyn, poważnie chorował w Londynie dwa albo trzy tygodnie temu, ale już wyzdrowiał. Wiadomość o mojej chorobie wyrosła z jego choroby. Wiadomość o mojej śmierci była przesadzona”.

To notka trafiła do amerykańskiego dziennikarza Franka Marshalla White'a, który akurat przebywał w Londynie. Tego samego dnia, 31 maja 1897 roku, White zadzwonił do Twaina i usłyszał: Oczywiście, że umieram. Ale nie umieram szybciej niż ktokolwiek inny.

White przesłał notkę Twaina do swojej redakcji. Ale w drodze za ocean i podczas składania gazety zadziałał mechanizm głuchego telefonu i treść wiadomości nieco się zmieniła. 2 czerwca trafiła do czytelników New York Journal, a ci zapamiętali ze sprostowania pisarza tylko ostatnie zdanie w formie: „Wiadomości o mojej śmierci były mocno przesadzone”.

W ten sposób narodziła się powszechnie znana, choć niepoprawna i wyrwana z kontekstu wersja słów Twaina.

Sam pisarz przeżył jeszcze 13 lat i zmarł 21 kwietnia 1910 roku w Redding w USA. Zostawił po sobie niezwykle bogatą spuściznę. Tak bogatą, że inny wybitny pisarz, William Faulkner, okrzyknął go „ojcem amerykańskiej literatury”.

Ilustracja: Portret Marka Twaina wykonany przez A. F. Bradley w Nowym Jorku w 1907 r.

Za sławę zapłaciła wysoką cenę. Nigdy nie zrealizowała planówGrała słodkie idiotki z kawałów o blondynkach, w rzeczywist...
01/06/2026

Za sławę zapłaciła wysoką cenę. Nigdy nie zrealizowała planów

Grała słodkie idiotki z kawałów o blondynkach, w rzeczywistości była inteligentna, ambitna, utalentowana aktorsko. Marilyn Monroe urodziła się 100 lat temu, 1 czerwca 1926 r., Zrobiła wielką karierę, która skończyła się wielką tragedią.

By zrobić karierę, Marilyn Monroe wcieliła się w stereotyp głupiutkiej zabawki dla facetów tak spektakularnie. Zaszczepiła go publiczności tak skutecznie, że nigdy nie zdołała zrealizować planów artystycznych wyższego lotu.

Chorobliwie nieśmiała, dziedzicznie obciążona zaburzeniami psychicznymi, tłumiła dolegliwości cielesne i rozterki nadwrażliwości używkami czyniącymi w jej głowie coraz większe spustoszenie. Marząc o wielkiej miłości, sypiała z dziesiątkami facetów, którzy stopniowo windowali ją na szczyt gwiazdorskiej hierarchii. A ze szczytu — jak wiadomo — wiedzie tylko jedna droga. I zazwyczaj artyści, którzy go ­zdobyli, nie wracają między zwykłych śmiertelników godnie, łagodnymi trawersami, lecz spadają na łeb na szyję w przepaść.

Więcej o tragicznej historii Marilyn Monroe w komentarzu ⬇

Ilustracja: Marilyn Monroe w filmie "Niagara" z 1953 r. Foto: Bridgeman Images – RDA / Forum

Czarni mieszkańcy tej dzielnicy słynęli z zamożności. Biali spalili wszystko31 maja 1921 roku biali mieszkańcy Tulsy w O...
31/05/2026

Czarni mieszkańcy tej dzielnicy słynęli z zamożności. Biali spalili wszystko

31 maja 1921 roku biali mieszkańcy Tulsy w Oklahomie wkroczyli do dzielnicy zamieszkanej przez czarnych. Mieszkańców wyciągano z domów, bito, a czasem zabijano. Demolowano, plądrowano sklepy. Na koniec wszystko podpalono. Rankiem 1 czerwca z dzielnicy zostały dymiące popioły. Dlaczego do tego doszło?

Pod koniec maja 1921 roku 19-letni Dick Rowland, czarny czyściciel butów z Tulsy, został oskarżony przez białą 17-letnią operatorkę windy, Sarah Page o to, że ją napastował. Nie wiadomo, co wydarzyło się naprawdę. Rowland tłumaczył, że wszedł do budynku, żeby skorzystać z toalety, wsiadł do windy, którą obsługiwała Page, i niechcący nadepnął dziewczynie na stopę, a potem złapał ją za ramię, bo bał się, że upadnie. Chociaż oboje znali się z widzenia, Page zaczęła krzyczeć, że została napadnięta.

Wkrótce po mieście rozeszła się plotka, że Dick Rowland, zamknięty już w areszcie, ma zostać zlinczowany. Taki przynajmniej tytuł znalazł się na okładce dziennika „Tulsa Tribune” – później mikrofilm z tą stroną zaginął i do dziś nie udało się go odnaleźć.

Samosądy nie były w Oklahomie niczym niezwykłym. Od chwili zniesienia niewolnictwa w 1865 roku, do wydarzeń, o których mówimy, czyli wiosny 1921 roku zlinczowano tam 31 osób, w tym 26 czarnych – mężczyzn i chłopców. Biali nie zamierzali rezygnować z supremacji, segregacja rasowa trzymała się mocno, więc Oklahoma wciąż była na granicy wrzenia. Zaciętość białych była tym większa, że na roponośne tereny stanu, w tym przede wszystkim do położonej centralnie Tulsy, przybyło wielu czarnych specjalistów i wykształconych ludzi, który dorobili się majątków i dobrze im się wiodło.

Choć na mocy polityki segregacyjnej (tzw. Jim Crow Laws), miasto podzielono na części „czarną” i „białą”, to dzielnica Afroamerykanów (Greenwood) w pierwszych dekadach XX wieku prosperowała i rozwijała się nie gorzej niż tereny „białych”. Powstawały nowe sklepy, restauracje, teatry, hotele, biblioteki, szpitale, a czarni mogli polegać na pomocy własnych lekarzy, radzić się swoich prawników i uczyć dzieci we własnych szkołach. Wkrótce Greenwood, największe skupisko afroamerykańskiego biznesu w Stanach, zaczęto nazywać Black Wall Street.

Zazdrość białych podgrzewał też Ku Klux Klan – w 1920 w 72-tysięcznej Tulsie do tej skrajnie rasistowskiej organizacji należało 3200 osób – i bezrobocie, które pojawiło się tu po zakończeniu I wojny światowej.

Mówiono jednak, że grunt pod to, co wydarzyło się w 1921 roku, dały wypadki, które miały miejsce rok wcześniej. Biały taksówkarz został wówczas okradziony i zastrzelony przez trójkę czarnych – dwóch mężczyzn i kobietę. Jednego z tych mężczyzn tłum białych wyciągnął potem z aresztu i zlinczował, a policja stała i patrzyła, bo miejscowy szeryf zakazał interweniowania.

Gdy więc 31 maja 1921 r., po południu, pod budynek sądu, gdzie przetrzymywany był Dick Rowland, ruszyło kilkuset białych mężczyzn, kilkudziesięciu czarnych weszło na teren gmachu, oferując szeryfowi pomoc w obronie aresztanta. Willard M. McCullough, mianowany szeryfem zaledwie parę miesięcy wcześniej, przekonał ich jednak, żeby wyszli, bo sytuacja jest pod kontrolą. Widząc, co się dzieje, McCullough kazał swoim zastępcom chronić przerażonego Rowlanda. Na dachu budynku rozmieścił sześciu policjantów z karabinami, kilku innych rozstawił na schodach z rozkazem strzelania do każdego, kto się pojawi w okolicy, i unieruchomił windę.

Tymczasem tłum przed sądem zaczął gęstnieć, zgromadziło się już kilka tysięcy osób, więc czarni wrócili, tym razem w większej grupie. Szeryf próbował apelować do rozsądku zgromadzonych, ale został zakrzyczany. Pierwszy strzał padł w chwili, gdy jakiś biały próbował rozbroić czarnego, a potem – jak relacjonował szeryf – „rozpętało się piekło”. Zginęło 12 osób - 10 białych i 2 czarnych, i był to początek masakry. Zapadła noc, wielu mieszkańców Greenwood już spało, gdy biali zaatakowali.

Plądrowano i podpalano sklepy, ludzi – także kobiety i dzieci – wyciągano z domów na ulice i zabijano. Domy jeden po drugim rabowano i podpalano. Wkrótce z lotniska pod Tulsą wyleciały pilotowane przez białych prywatne samoloty, z których zaczęto zrzucać bomby z płonącą terpentyną, a te spadały zarówno na domy jak i uciekających w panice ludzi. „Czekając ma moment, kiedy będę mógł uciec, zastanawiałem się, gdzie jest nasza wspaniała straż pożarna. Czy miasto jest w zmowie z tym tłumem?” – wspominał jeden z uratowanych, prawnik Buck Colbert Franklin.

O 21.00 na miejsce przybyła Gwardia Narodowa, która dwie i pół godziny później wprowadziła stan wyjątkowy. W centrum miasta rozmieszczono kilka grup żołnierzy, które miały chronić sąd, posterunek policji i inne obiekty użyteczności publicznej. Gwardziści zatrzymali też około 6000 czarnych i odizolowali ich w kilku budynkach. Do patrolowania ulic włączył się lokalny oddział Legii Amerykańskiej, skupiający głównie weteranów wojennych. Ich zadaniem jednak była głównie ochrona białych zamieszkujących dzielnice sąsiadujące z Greenwood. Masakrę, albo pogrom, jak mówili potem czarni mieszkańcy Tulsy – udało się opanować po północy.

Z 31 maja na 1 czerwca Black Wall Street zamieniła się w kupę popiołu, około 10 tysięcy Afroamerykanów zostało bez dachu nad głową, a szkody majątkowe sięgnęły 32 milionów dzisiejszych dolarów – w nieruchomościach i majątku osobistym. Czarni mieszkańcy Tulsy nigdy nie dostali za to odszkodowania.

Zginęło przypuszczalnie około 300 osób, ale ta liczba nigdy nie będzie znana do końca, bo biali, żeby ukryć zbrodnię, zakopywali swoje ofiary w zbiorowych grobach, albo wrzucali ciała do rzeki Arkansas. Około 8 tysięcy osób przebywało w zamknięciu 6 tygodni. Afroamerykanów z Tulsy zmuszono też pod groźbą aresztowania, do noszenia na ulicach zielonych plakietek z napisem „Police protection”.

Za to, co się wydarzyło, żaden biały nie poniósł kary.

Źródło: Marta Grzywacz, „Igranie z rasistowskim dziedzictwem”, Newsweek

Ilustracja: Ruiny dzielnicy Greenwood po spaleniu przez białych mieszkańców Tulsy

Upadek Konstantynopola. "Zdobyliśmy imperium Greków"29 maja 1453 r. po 55 dniach oblężenia Turcy pod wodzą sułtana Mehme...
29/05/2026

Upadek Konstantynopola. "Zdobyliśmy imperium Greków"

29 maja 1453 r. po 55 dniach oblężenia Turcy pod wodzą sułtana Mehmeda II zdobyli Konstantynopol. Wkrótce zmieniono nazwę miasta na Stambuł i stało się ono stolicą osmańskiego imperium.

„Towarzysze broni, brakowało już tylko jednej rzeczy, by chwała takiego zwycięstwa była pełna. Teraz, w tej szczęśliwej i radosnej chwili, mamy bogactwa Greków, zdobyliśmy ich imperium, a ich religia została całkowicie zgładzona. Nasi przodkowie gorąco pragnęli tego dokonać; radujcie się teraz, gdyż to wasza odwaga przyniosła nam to królestwo” – miał powiedzieć sułtan Mehmed II, gdy po upadku miasta dostarczono mu głowę, która miała należeć do ostatniego cesarza Konstantyna XI Paleologa.

Po zdobyciu miasto zostało złupione i spustoszone, ale sułtan dość szybko przywrócił porządek. Upadek Konstantynopola oznaczał ostateczny koniec, po 1500 latach, Imperium Rzymskiego. Dla wielu historyków to moment wyznaczający symboliczny koniec średniowiecza. A także ważne wydarzenie w historii wojen i wojskowości, bo o upadku miasta zdecydowała w dużej mierze osmańska artyleria.

Wcześniej w swojej historii Konstantynopol widział wiele oblężeń, epidemii i klęsk.

W czasach upadku zachodniej części rzymskiego imperium w V w. i chaosu wywołanego przez ten upadek, położony na styku wielu szlaków handlowych Konstantynopol jawił się jako oaza spokoju. Liczba ludności w krótkim czasie doszła do prawie 400 tysięcy. Niespokojna epoka V i VI w. doprowadziła do rozbudowy murów miejskich, które w prawie niezmienionym układzie przetrwały do XV w. Oparły się licznym oblężeniom ze strony wrogów zewnętrznych i wewnętrznych. W VI wieku w Konstantynopolu znajdowała się ponad setka budynków sakralnych, liczne pałace, w tym największy, cesarski Blachernes, portyki, porty o długości nabrzeża prawie 4 km oraz liczne łaźnie i przytułki.

Nad Stambułem od 1500 lat góruje zabytek z czasów świetności miasta, wzniesiony na gruzach przez Justyniana, który pragnął podziękować Bogu za przetrwanie powstania Nika. W 537 roku Konstantynopol wzbogacił się o katedrę Hagia Sophia, noszącą przez wiele wieków zaszczytne miano największej świątyni chrześcijańskiej na świecie. Po jej konsekracji cesarz chwalił się, że przewyższył Salomona, króla żydowskiego, budowniczego świątyni jerozolimskiej. Ogromna budowla ozdobiona kilogramami złota i tonami srebra olśniewała każdego, kto na nią spojrzał. Podobnie jak stolica, kościół łączył w sobie chrześcijańską formę z antyczną spuścizną, głównie w formie greckiego zamiłowania do pstrokatych barw i rzymskiej przesadnej wystawności. Świątynia uświetniła urząd patriarchy Konstantynopola, który po feralnym dla cesarstwa VII w. był jedynym wysokim rangą zwierzchnikiem kościelnym na Wschodzie, niepozostającym pod panowaniem arabskim, a od 1054 r. także głową wschodniego chrześcijaństwa.

Świętość Konstantynopola podkreślały licznie zgromadzone w nim relikwie. Wedle współczesnych w mieście czuło się obecność Boga. Relikwie Męki Pańskiej, cudowna ikona Bogarodzicy oraz mandylion, tkanina z odbiciem twarzy Chrystusa, który niektórzy utożsamiają z całunem turyńskim, stanowiły sporą kolekcję. Większość z nich trafiła w XIII wieku do Europy Zachodniej, po opanowaniu miasta przez krzyżowców. Konstantynopol był także światową stolicą branży pogrzebowej. Powstało w nim przeszło 1200 zakładów świadczących usługi z zakresu pochówków i wytwórczości nagrobków.

Miasto od samego początku miało kosmopolityczny charakter. Przez stulecia napływały do niego kolejne nacje, po Grekach – Żydzi i Arabowie, Waregowie i wikingowie, a także kupcy włoscy, od XIII wieku zamieszkujący słynną Galatę. W wiekach średnich było to jedyne miejsce w Europie, gdzie przyjezdny mógł usłyszeć ponad 70 ówczesnych języków i ujrzeć różne typy urody,

od dalekowschodnich po afrykańskie.

Miasto przeżyło liczne wzloty i upadki. Większość zabudowań miejskich była z drewna, dlatego często były trawione przez pożary, niektóre szalały w całym mieście. Za każdym razem jednak kolejni władcy podejmowali się trudu odbudowy, niejednokrotnie przeprojektowując i upiększając miasto.

Równie niebezpieczne były oblężenia. Konstantynopol stanowił nie tylko symbol Cesarstwa Rzymskiego, jego potęgi i bogactwa – był także centrum religijnym wschodniego chrześcijaństwa. Pewnie dlatego Arabowie obrali za cel zdobycie go i uczynienie stolicą kalifatu. W latach 717-718 kalif Sulejman Ibn Abd al-Malik podpłynął pod mury z ponad 1800 okrętami. Szturm załamał się jednak dzięki użyciu przez mieszkańców tajemniczego ognia greckiego oraz przychylności klimatu – srogiej zimie połączonej ze sztormami, co odczytano jako wsparcie Boga.

Wielkiego skupiska ludzi nie omijały także zarazy i to pomimo dbałości o higienę, o czym świadczą liczne łaźnie. Przeszło 800 lat przed Europą Zachodnią przeżyło epidemię dżumy, która wracała jeszcze kilkakrotnie. Obrazu zniszczeń dopełniały liczne trzęsienia ziemi, które uszkodziły nawet Hagia Sophię.

Początek końca zaczął się w 1204 r. wraz ze zdobyciem stolicy przez IV krucjatę. Po odbiciu miasta z rąk krzyżowców Konstantynopol nie odzyskał już dawnego blasku. Zachodni goście opisują go jako podupadłą stolicę podupadłego cesarstwa. Takie miasto zastał Mehmed Zdobywca, który w 1453 r. dopełnił dzieła kalifa Sulejmana. Konstantynopol zyskał nowe miano, Stambułu. W XVI w. jako stolica kalifatu stał się centrum islamu, podobnie jak niegdyś stanowił centrum chrześcijaństwa.

Źródło: Łukasz Migniewicz, "Rozkwit i upadek Nowego Rzymu", "Newsweek Historia" 1/2016

Ilustracja: Po zdobyciu Konstantynopola Turcy zmienili nazwę miasta i przekształcili kościół Hagia Sophia w meczet. Fot. Murad Sezer / Reuters / Forum

Adres

Newsweek Historia
Mokotów
02-672

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Newsweek Historia umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Skontaktuj Się Z Firmę

Wyślij wiadomość do Newsweek Historia:

Udostępnij

Kategoria