06/06/2026
Co robię o trzeciej w nocy, gdy mózg zaczyna rozkręcać syrenę strażacką egzystencjalnych lęków?
(trudny okres w życiu, góra stresu, a na dokładkę perimenopauza – kombo, które powaliłoby niejednego herosa…)
Mówię do niego. Wewnętrznym, ciepłym, aksamitnym głosem:
"Kocham cię. Tu i teraz nic nam nie zagraża. Owszem, mamy różne trudności, ale teraz jest noc — żadnego problemu nie rozwiążesz w tej chwili. Twoje jedyne zadanie teraz to odpoczywać. Zajmiemy się tym jutro. I jeszcze raz: kocham cię."
(Bo układ nerwowy reguluje się przez relację. Przez bycie z kimś, kto nas widzi i nie ocenia. I możemy — powoli, konsekwentnie, dzień po dniu — stać się tą osobą dla siebie samej.)
Zaczynam każdy dzień od „kocham cię" — do siebie, do świata, do wszystkiego. Kończę nim dzień. Nie mam pod ręką nikogo, kto by to za mnie robił, więc wybieram samowystarczalność. 😊
Zaczęłam wiele lat temu, w najciemniejszym miejscu, w którym byłam. Przyszło samo — z ciała, nie od żadnego guru ani z żadnej książki. Po prostu któregoś dnia zaczęłam sobie to w myślach powtarzać. Na początku robiło dziwne wrażenie, ale dość szybko stało się czymś najnaturalniejszym na świecie. Kryzys minął, nawyk pozostał — i okazał się nieocenionym zasobem, gdy przyszedł kolejny kryzys. I jeszcze jeden. Objęcie siebie czułością od środka pozwoliło mi przejść przez dość samotne doliny. Bez tego nawyku nie byłoby to możliwe — takie mam głębokie poczucie.
Sarah Peyton w swoich książkach z serii „Towarzyszę sobie z życzliwością" pisze, że nasz układ nerwowy ma zdolność stania się własnym współczującym świadkiem. Nawet jeśli w dzieciństwie nie miałyśmy dostępu do stabilnej, kochającej obecności. Nawet wtedy — może właśnie wtedy — to jest możliwe.
Można być jednocześnie osobą, która przeżywa trudne emocje, i osobą, która trzyma siebie z łagodnością. Jak kochający rodzic. Jak najlepsza przyjaciółka. Tylko że tą przyjaciółką — pierwszą, bezwarunkową, zawsze dostępną — musisz stać się ty sama dla siebie.
Do tego: ruch, sen, składniki odżywcze, dotyk. Nie jako dyscyplina ani przymus, ale jako akt miłości własnej, której zapewne w dzieciństwie nikt nas nie nauczył. Dobra wiadomość — w dorosłości nie jest na to za późno. Ważne tylko, żeby pamiętać: to też są nawyki, które — jeśli nie wyssałaś ich z mlekiem matki — trzeba sobie cierpliwie wypracować. Dzień po dniu, nie wściekając się na siebie, tylko delikatnie i z czułością powracając do miejsca troski i wsparcia.
Peyton mówi: niezależnie od predyspozycji genetycznych czy trudnych doświadczeń z dzieciństwa, mózg jest w stanie budować nowe połączenia neuronalne — takie, które pomagają regulować emocje i sprawiają, że własne ciało przestaje być miejscem zagrożenia, a staje się miejscem bezpieczeństwa. Wymaga to nieco cierpliwości. Ale jest jak najbardziej do zrobienia.
Zasada, której zapisanie w ciele zajęło mi chyba najwięcej czasu: nie martwię się z wyprzedzeniem. Jeśli coś się jeszcze nie wydarzyło i nie ma absolutnej pewności, że się wydarzy — martwienie się zostawiam sobie na tę ewentualność. Tłumacząc cierpliwie swojemu mózgowi, że rozumiem — on ma potrzebę zapobiec, przewidzieć, uchronić. Ale wpadanie w panikę rzadko jest najlepszą formą wyrazu tej potrzeby. Najczęściej jest nią realistyczna ocena sytuacji i spokojne szukanie wyjścia.
Jeśli zaś coś obiektywnie stresującego już się dzieje — pomaga mi wyznaczenie sobie w ciągu dnia osobnego czasu na działanie i osobno, koniecznie, na martwienie się. Jeśli mózg potrzebuje się trochę pomartwić, niekoniecznie trzeba mu tego zakazywać. Ważne tylko, żeby martwienie się nie blokowało działania — bo to właśnie metodyczne, adekwatne działanie przynosi realne obniżenie lęku. Spokój w układzie nerwowym umożliwia myślenie, kreatywność i szukanie rozwiązań. Panika — nie.
Bycie po swojej stronie — bezwarunkowo, szczególnie gdy jest najtrudniej — to konieczność. I to, w moim przekonaniu, jest fundament zdrowia psychicznego i rezyliencji wtedy, gdy życie staje się nieznośnie trudne.
Trzymaj się, kobieto. I pamiętaj: nigdy nie jest za późno, żeby stać się skutecznym wsparciem dla siebie.
Dawkowanie: rano, tuż po przebudzeniu, i wieczorem przed snem — oraz w razie potrzeby, w środku nocy — „kocham się", trzy, cztery razy. Codziennie. Do końca życia. Szczególnie wtedy, gdy nie masz obok kogoś, kto mówi to do ciebie.
***
Blanka Łyszkowska
Linki do książek, które zainspirowały ten tekst - w pierwszym komentarzu
Ten tekst powstał dla wydawnictwa CoJaNaTo i należy do mnie. Jeśli chcesz go udostępnić — zrób to z podaniem źródła. Dziękuję 😊
Obraz autorstwa Ery Leissner