26/08/2025
Mój szlak będzie inny niż Twój.
Nawet jeśli teoretycznie jest taki sam – prowadzi tą samą trasą.
Spotkamy innych ludzi. Mnie będzie gorąco i pot będzie się lał strumieniami, Ty będziesz owijać się puchową kurtką na przełęczy. Ja będę z przerażeniem patrzeć w przepaście, bojąc się śliskich od deszczu rzędów barierek i drabinek, mając nogi jak z waty, Ty pomyślisz - świetna przygoda, a dodatkowo ułatwia to życie na szlaku.
Ja z radością będę wspominać campingowe gotowanie makaronu z pesto nad szwajcarskim jeziorem w Champex-Lac, Ty - grupowe śniadanie w przytulnym schronisku z widokiem na lodowiec.
Może dlatego ludzie, którzy załapią górskiego bakcyla wiedzą, że za jakiś czas znów w kościach poczują zew.
I trzeba będzie iść. Po prostu ciało i serce powiedzą, że idziesz i już. Nie wiesz kiedy, a tu jesteś spakowany i gotów witać kolejny dzień na nierównym szlaku.
Każdy będzie miał inny cel.
Moim było pokonanie lęku, sprawdzenie siebie, odnalezienie się w nowych okolicznościach.
Towarzyszyły temu zachwyty widokami, miłe rozmowy, ale też trudne momenty. Bo jak w każdej drodze – przychodzą chwile zwątpienia, upadki, momenty, gdy trzeba być wsparciem albo tego wsparcia potrzebować.
Szliśmy w trzyosobowym zespole i tak ukończyliśmy Tour du Mont Blanc.
10 dni w trasie: 9 dni wędrówki, 1 dzień odpoczynku i zwiedzania.
Ponad 170 km, 10 000 m przewyższeń, z plecakami, od campingu do campingu. Spaliśmy prawie codziennie w namiotach – poza jedną nocą, gdy przemoczeni dotarliśmy do schroniska, marząc o cieple i porządnym posiłku.
Przeszliśmy przez Francję, Włochy i Szwajcarię, kończąc ponownie we Francji. I właśnie ten ostatni odcinek był dla mnie najtrudniejszy.
Warunki się pogarszały, pojawiły się ulewy, więcej napięć, stresu, zmęczenia.
Jeszcze dwa dni wcześniej starszy pan przy porannej kawie w campingu uśmiechnął się i zapytał: „Die-hard, hm?” – kiedy usłyszał, że idę dalej mimo złych prognoz.
Wracam z ogromną wdzięcznością. Że mogłam. Że zrobiłam. Że mam tak wielkie wsparcie.
I wiecie co? Minęły dwa dni w normalnym łóżku, a w moich snach znów zaczęłam wędrować.
Bo ruch to życie.