25/01/2026
Biskupia Kopa – 11 stycznia ❄️
To był jeden z tych dni, kiedy warunki robią wszystko, żebyś zostać w domu.
Śnieżyce, zima na pełnym etacie, prawie 200 km w samochodzie i perspektywa powrotu po ciemku. Idealny moment na… kolejny szczyt Korony.
Ruszyłyśmy z Jarnołtówka.
Śnieg od startu — na drogach, na szlaku, w lesie i w powietrzu. Padał, jakby chciał mieć pewność, że zapamiętamy ten dzień na długo. Warunki raczej z tych „ambitnych”, a nie „przyjemnych”.
Biskupia Kopa, najwyższy szczyt Gór Opawskich, tym razem nie dawała taryfy ulgowej i solidnie testowała determinację. Były chwile zwątpienia i szybkie kalkulacje, czy zawracanie nie byłoby rozsądniejsze. Na szczęście dobre towarzystwo robi różnicę.
Na szczycie… cóż: mgła, zimno i widoczność na jakieś 10 metrów. Szybkie zdjęcia, pieczątki, krótka satysfakcja i odwrót — bo przy takiej aurze nie ma przestrzeni na kontemplację.
Za to schronisku pod Biskupią Kopą — klasyka gatunku: szarlotka uratowała morale, a ściana pełna odciętych krawatów poprawiła humor (tak, krawat na szlaku to zły pomysł 😉).
Po krótkim odpoczynku ruszyłyśmy w dół — bo przed nami był jeszcze długi powrót na Śląsk. Zmarznięte, zmęczone, ale z kolejnym szczytem zaliczonym.
I z tym fantastycznym uczuciem, że mimo fatalnych warunków — udało się.
Ogromne dzięki dla mojej Przyjaciółki za to wyjście. Wiem, że wyrwanie się z domu to niezła logistyka, dlatego tym bardziej doceniam to wspólne bycie na szlaku.
I jeszcze historia z happy endem…
W drodze na szczyt zauważyłam, że zgubiłam rękawiczkę.
Zaczepiłam schodzącego turystę — umówiliśmy się, że jeśli ją znajdzie, zaniesie ją na dół, do agroturystyki.
Znalazł. Zaniósł. Czekała. Dziękuję 🙂
Takie drobiazgi robią dzień.
́ryopawskie