09/09/2024
***
Zdrowaś Maryjo, łaski pełna, Pan z Tobą… – szeptał półprzytomnie Kajetan.
Osłabły od ran i otumaniony bólem, leżał półnagi na podłodze refektarza. Za całe okrycie ciała miał skrawek przepaski na biodrach – lecz nagość skóry skrywała się już pod rozległymi, brunatnoczerwonymi plamami poparzeń. Bijący z posadzki chłód sprawiał ulgę jego udręczonemu ciału i z wolna przywracał jasność myślenia. Po chwili zorientował się, że jest w pomieszczeniu sam. Czyżby kaci znudzili się już zabawą wpychania go w słup ognia rapierami i odeszli…? Chwilę nadsłuchiwał w ciszy. Nie, byli tu nadal… Po łomocie przewracanych sprzętów i odgłosach siarczystych przekleństw wnioskował, że plądrują klasztorne cele. Nie obawiał się, że zrabują jakieś kosztowności, jako administrator tego przybytku wiedział aż za dobrze, co Szwedzi mogą tu znaleźć.
W jego głowie błysnęła myśl o ucieczce. Pamiętał, że wrota klasztornej bramy zostały wyważone, mógłby łatwo przedostać się do ogrodu, zasadzonego po raz drugi przez Dominika, tym razem na tyłach kościoła. Byleby tylko wydostać się z tej izby… Wytężył wszystkie kołaczące się w ciele siły, lecz nie zdołał się podnieść i stanąć na nogach. Począł zatem się czołgać, mozolnie i z wielkim wysiłkiem, w kierunku drzwi. Izba była wielka, a zdarta i spalona skóra paliła żywym ogniem przy każdym otarciu o posadzkę, mimo to Kajetan z zacięciem przesuwał się metr po metrze, nie zważając na straszliwy ból. Gdy dobrnął do wyjścia, zatrzymał się. Pragnął nieco odpocząć, ale wiedział, że nie było czasu. Musiał się spieszyć, dragoni mogli wrócić tu w każdej chwili. Miał tylko tę jedną szansę. Począł czołgać się dalej, po kamiennych schodkach, a potem piaszczystą ścieżką w kierunku drzew.
Szwedzi zauważyli zniknięcie więźnia dopiero wówczas, gdy pierwsze zarośla miłosiernie skryły już jego nagie i umęczone ciało. Kajetan leżał wśród zieleni wyczerpany, rozpaczliwie starając się uspokoić i wyciszyć oddech. Serce waliło mu jak młotem, krążąca w tętnicach krew szumiała w uszach jak rzeka. Zroszony porannym deszczem, a teraz opromieniony popołudniowym słońcem, ogród pachniał aromatem kwiatów i wonnością ziół. Paulin z całej siły przywarł skatowanym ciałem do powierzchni gruntu. Wilgotna, trzymająca chłód włodawska ziemia dotykała jego ran, jakby chciała w ten sposób choć trochę ukoić ich ból. Wtem strach schwycił Młynarskiego za gardło: spostrzegł, że żołnierze – przeszukawszy najwyraźniej wszystkie izby – wysypują się na plac przed klasztorem.
– Matko Najświętsza, czyliż mnie tu znajdą…? – pomyślał.
I w tym samym momencie usłyszał dźwięk, od którego zamarło mu serce: głośne szczekanie psa! Następne sekundy poczęły toczyć się niby w zwolnionym tempie. W oślepiających promieniach lipcowego słońca ojciec Kajetan jak przez mgłę widział duży, czarny kształt biegnący ku niemu po ścieżce, a potem ludzkie sylwetki ruszające za nim. Wirowało mu przed oczami. Wiedział już, że to koniec. Inkaust tymczasem przypadł do ciała pana, szczęśliwy, że go odnalazł żywego i – nie mając pojęcia, co uczynił – począł trącać go zimnym nosem po twarzy. Lizał jego policzki i dłonie, szczekając i skomląc z emocji. Paulin z całej siły przytulił do siebie wierne, poczciwe zwierzę, którego jedyną winą było to, że go na swój psi sposób kochało.
– Cicho, piesku, już dobrze… Odnalazłeś pana… Ciiicho…
***