16/08/2026
Słuchajcie, jak to jest z tymi elektrykami?
Nadszedł czas kolejnej zmiany samochodu. Do tej pory jeździłem Peugeotem 5008, poprzednio też diesel. Przy obecnych cenach i spalaniu ok. 6,5 l/100 km, 100 kilometrów kosztuje mnie już ponad 50 zł.
Jeśli chodzi o nowy model, to wezmę pewnie znowu 5008 (miałem już gen 1, zadowolony jestem z gen 2, więc pewnie wezmę nową wersję) hybrydę plug-in (o tym za chwilę), ale teoretycznie rozważałem elektryka.
Teoretycznie, bo zbyt często jeżdżę daleko z rodziną, także w miejsca typu Bieszczady, i jednak to nadal za wcześnie imho.
Ale zostawmy wygodę i zerknijmy na ekonomię.
1. Ładowanie solarami
Mam w domu instalację i to dość jasna sprawa. Prąd za friko ze słoneczka. Tylko realnie to maj-wrzesień, no może październik i tyle. W pozostałych miesiącach produkcji nie mam za bardzo, rzecz jasna.
2. Ładowanie z domu
Tu nawet się to opłaca. Przy cenie ok. 1 zł za kWh i zużyciu elektrycznego 5008 na poziomie mniej więcej 18-20 kWh/100 km wychodzi jakieś 18-20 zł za 100 km.
Czyli mniej więcej 1/3 tego, co płacę dziś dieslem. Bardzo sensownie.
3. Ładowanie na trasie
I tu zaczyna się zabawa.
Na szybkich ładowarkach prąd kosztuje mniej więcej 2,2-3,3 zł/kWh, zależnie od operatora, abonamentu, promocji itd.
Czyli te same 100 km kosztuje już ok 40-60 zł.
Czyli... mniej więcej tyle samo co diesel. WTF? Czy ja coś źle liczę?
I tu właśnie przestaję rozumieć ekonomiczny argument za elektrykiem dla kogoś, kto dużo jeździ w trasie albo nie ma jak ładować z domu.
W mieście, przy własnym domu, ładowarce i najlepiej fotowoltaice, super. Naprawdę trudno się przyczepić.
Ale jeśli część kilometrów robisz na publicznych szybkich ładowarkach, to nagle okazuje się, że kupujesz droższy samochód, musisz planować ładowanie, czekać przy ładowarce, a koszt przejechania 100 km potrafi być praktycznie taki sam jak dieslem.
A jak ktoś mieszka w bloku, czy w innym miejscu gdzie nie ma opcji ładowania własnym prądem to co?
I dlatego chyba właśnie skończę na plug-inie.
Na co dzień większość krótkich tras zrobię na prądzie z domu albo z paneli, więc po mieście mam prawie elektryka. A kiedy jadę 500-1000 km z rodziną, nie interesuje mnie infrastruktura, ładowarki, kolejki ani to, czy akurat gdzieś w Bieszczadach będzie wolne DC.
Tylko pytanie do ludzi, którzy realnie jeżdżą elektrykami, a nie tylko o nich dyskutują:
Czy ja coś tutaj pomijam? Gdzie jest ekonomiczny sens elektryka przy częstych długich trasach?
Jak większość z was wie, jestem w pełni eko, przynajmniej próbuje być, rozumiem argumenty zanieczyszczeń, lubię nawet moment obrotowy elektryków, lubię ciszę (czasem warkot V6 jest za*****ty ale na dłuższą trasę wolę ciszę), ale po prostu zastanawiam się nad ekonomią, bo coś tu poszło nie tak?