Pick Please - podcast

Pick Please - podcast Podcast dla muzykoholików! Rozmawiamy, opowiadamy historie i anegdoty ze świata muzyki

Odc.  #105 🎧 - Bootlegi, czyli muzyka w szarej strefie Co łączy magnetofon schowany pod kurtką, Beatlesów walczących z I...
09/06/2026

Odc. #105 🎧 - Bootlegi, czyli muzyka w szarej strefie

Co łączy magnetofon schowany pod kurtką, Beatlesów walczących z III Rzeszą i Franka Zappę wkurzonego na bootlegerów? Więcej, niż mogłoby się wydawać!! W 105. odcinku Pick Please Podcast! zaglądamy do świata nieoficjalnych wydawnictw koncertowych, sesji studyjnych i muzycznych skarbów, które przez lata krążyły poza kontrolą artystów i wytwórni.

Rozmawiamy o tym, jak powstały pierwsze bootlegi, dlaczego Bob Dylan stał się ich królem, jak fani Grateful Dead stworzyli własną kulturę wymiany nagrań oraz czemu Led Zeppelin przez lata było najczęściej bootlegowanym zespołem świata.

Nie zabraknie historii tak absurdalnych, że trudno uwierzyć, że wydarzyły się naprawdę: od „The Beatles vs. The Third Reich”, przez Franka Zappę, który postanowił walczyć z bootlegerami... wydając ich bootlegi oficjalnie, aż po zespoły, które uznały, że skoro nie da się wygrać z fanami, lepiej dołączyć do zabawy.

Zapraszamy do muzycznej szarej strefy!!

Możecie odsłuchać ten odcinek tutaj:
Link do Spotify: https://tiny.pl/c739wgv1
Youtube: https://tiny.pl/y8rydhn11

JUTRO WRACAMY 🙏💪😀Czyli zapowiedź nowego odcinka Pick Please - podcast, który pojawi się na serwisach streamingowych już ...
08/06/2026

JUTRO WRACAMY 🙏💪😀

Czyli zapowiedź nowego odcinka Pick Please - podcast, który pojawi się na serwisach streamingowych już jutro rano!
Jak wydzielano w latach 60 i 70' strefy dla fanów rejestrujących koncerty, jaka historia kryje się za takimi tytułami jak "Elvis' Greatest S**t" czy "The Beatles vs Third Reich" i co ma wspólnego wypadek motocyklowy Bona Dylana z powstanirm jednej z "jego" płyt 😀

We wtorkowym odcinku opowiadamy o historii Bootlegów 👍 W rolach głównych m.in. Grateful Dead, Bob Dylan, Led Zeppelin, Metallica, Frank Zappa, Prince!

(Jakub Dominik Polewka, Łukasz Wojciechowski)

TO MOŻE COŚ O NASZYM NOWYM ODC. PODCASTU? 😀Dyskusja o historii wzmacniacza Soldano SLO100 jest fajna (przerosła nasze oc...
06/06/2026

TO MOŻE COŚ O NASZYM NOWYM ODC. PODCASTU? 😀

Dyskusja o historii wzmacniacza Soldano SLO100 jest fajna (przerosła nasze oczekiwania) ale chyba najwyższy czas przypomnieć, że jesteśmy przede wszystkim podcastem muzycznym 😀 Dzięki wielkie oczywiście za super zaangażowanie i dyskusję!

My natomiast (Jakub i Łukasz) nagraliśmy wczoraj dla Was kolejny odcinek podcastu, w którym...

No tu PYTANIE DO WAS 😀 JAK SĄDZICIE, O CZYM BĘDZIEMY OPOWIADAĆ? 😀

Ps. Ci co wiedzą (zwłaszcza Patroni), niech nie piszą 😂 wśród fanów

SOLDANO - PIĘKNA HISTORIA BRZMIENIA z debiutu Gov't Mule  (+ EDIT z 06.06 🤝)(Coś dla lubiących historie - Długi post wię...
05/06/2026

SOLDANO - PIĘKNA HISTORIA BRZMIENIA z debiutu Gov't Mule

(+ EDIT z 06.06 🤝)

(Coś dla lubiących historie - Długi post więc ostrzegam 😀 Jakby co to wzmacniacz gitarowy występuje tu też pod nazwą "piec", "wzmak")

Żyjemy w pięknych czasach, w których My gitarzyści mamy tysiące różnych opcji brzmieniowych dla naszych gitar elektrycznych. Wzmacniacze lampowe, tranzystorowe, wtyczki (pluginy) by usłyszeć symulację prawie każdego znanego wzmacniacza wpinając się do laptopa z zewnętrzną kartą muzyczną. Mamy tradycyjne wzmacniacze do metalu i totalnej rzeźni. Fani starego brzmienia mogą nabyć "piece" wzorowane na old schoolowych Fenderach czy Marshallach. Są też małe wzmacniaczyki na baterię do ćwiczenia w domu czy małe kostki (efekty) do których się wpinamy gitarą a potem w mikser bez konieczności "taszczenia" na koncert tony gratów i pewnie jeszcze dziesiątki rozwiązań, o których zapomniałem. Generalnie mamy w czym wybierać. Czy to gabarytem, czy z głośnikami czy bez, czy z mocą małą lub dużą, czy analogowe czy cyfrowe. Możemy grać głośno i cicho, każdą muzykę jaką chcemy i (tak co do zasady) wcale nie musimy rozwalać konta by kupić sobie fajny wzmacniacz lub porządnie się nagłośnić. Tak wygląda rok 2026.

A teraz wróćmy do tematu ostatniego odcinka podcastu Pick Please Podcast! o debiucie płytowym Gov't Mule i brzmieniu Warrena Haynesa z roku 1995 - Gibson Les Paul wpięty do wzmaka marki Soldano. Co w tym szczególnego? No cóż...historia 🤘 Nie tylko legendarnego modelu Soldano Super Lead Overdrive 100 (dalej jako "SLO 100"), który słyszymy na płycie, ale i czasów, w których przyszło Mike'owi Soldano (twórcy) stworzyć wzmacniacz, który współkreował legendarne, kultowe soundy przesterowanych gitar na przełomie lat 80' i 90'. To coś więcej niż historia wzmacniacza. To opowieść o pogoni za brzmieniem człowieka, który słyszał je w swojej głowie, a którego to brzmienia jeszcze nikt wcześniej nie stworzył. Co kluczowe, Mike nie miał początkowo zbyt dużej wiedzy o wzmacniaczach. Cechował go jednak wielki drive i ambicja by się nauczyć wszystkiego co się da aby osiągnąć swój cel. I to bez chęci całkowitego kopiowania istniejących rozwiązań (aczkolwiek z bazowaniem na istniejących wtedy wzmacniaczach - m.in. Fender Bassman, Mesa Boogie Mark II, które sukcesywnie modował) lecz dalej z wizją stworzenia czegoś zupełnie swojego - niemal od podstaw.

MIKE SOLDANO I POGOŃ ZA BRZMIENIEM

Cofnijmy się w czasie do roku 1987. Czasy shredderów i wirtuozów gitary, grających niesamowicie efektownie. Szybko, widowiskowo, z techniką godną prawdziwych mistrzów. By wymienić kilkkoro z nich oraz ich osiągnięcia: Jason Becker + Marty Friedman z projektem Cacophony, Vinnie Moore, Joe Satriani z płytą Surfing with the Alien, Paul Gilbert koszący w Racer X, Tony MacAlpine, Steve Vai będący raptem trzy lata po debiucie z Flexable, George Lynch nagrywa klasyk shreddu w postaci "Mr. Scary". Co ciekawe gitarzyści, nie mają w tamtym czasie zbyt wielu opcji jeśli chodzi o wybór wzmacniaczy do cięzkiego grania. Większość twórców robi tzw. mody (przerabia / "tuninguje") modele Marshalla, których wzmacniacze są czymś doskonale znane gitarzystom od połowy lat 60'. Alternatywą są też piece Fendera. Mesa Boogie (w świecie high gainu) co prawda już się pokazała światu muzyki metalowej na kultowej płycie Master of Puppets zespołu Metallica (1986 r.) i buduje swoje kultowe wzmacniacze z serii Mark I, Mark II ale mówimy o okresie jeszcze mocno przed powstaniem modelu Dual Rectifier (1991). Trudno w to uwierzyć ale w Seattle, gdzie mieszkał Pan Soldano w tamtym okresie, Marshall był towarem wręcz ekskluzywnym! Ciężko było je dostać podczas gdy np. stare Bassmany były dostępne ot tak...i to za grosze 🤓

MŁODY, BEZ KASY...ALE Z PASJĄ DO NAUKI!

Co robi Mike Soldano mniej więcej w tamtym okresie? Napewno nie montuje wzmacniaczy 😀 Na początku budował sobie gitary. Żadna nie grała i nie brzmiała tak, jakby sobie tego życzył. Tak samo było ze wzmacniaczami. W szkole średniej na lekcjach fizyki zainteresował się jednak tematem budowy wzmacniaczy lampowych. Podszedł do jednego z nauczycieli, który mu odpowiedział coś w stylu "Synu, nikt już nie produkuje lamp (do wzmacniaczy). Dziś mamy erę wzmacniaczy tranzystorowych". Mike nie potrzebował większej zachęty by zgłębić temat. Będąc młodzieńcem z gatunku "zrób to sam!" i „ When you don’t have any money, you can become clever” (Jak nie masz pieniędzy musisz kombinować/ Kiedy brakuje Ci pieniędzy zawsze możesz wybrać bycie mądrzejszym) wybrał się lokalnej biblioteki uniwersyteckiej by znaleźć wszelkie niezbędne informacje o interesującym go zagadnieniu. Jak wspominał, lektura była bardzo "sucha" ale znalazł różne schematy lamp wojskowych i zrozumiał podstawy funkcjonowania mechanizmów wzmacniacza lampowego jak i zagadnień potrzebnych do tego, by bawić się w młodego inżyniera 😀 Kupił sobie nawet oscyloskop (narzędzie do obserwowania i badania napięcia) w jednym z lombardów. Swojej pasji "grzebania" we wzmacniaczach oddawał się wieczorami. Za dnia pracował bowiem w warsztacie samochodowym. Cel miał prosty: chciał osiągnąć jeszcze bardziej przesterowane brzmienie ze wzmacniacza niż oferowały to pierwowzory obecnych na rynku piecy gitarowych.

🔥 SLO 100 !! 🔥

Metodą prób i błędów Mike stworzył swojego kultowego potwora. 100 watową głowę wzmacniacza, który oferował coś więcej niż soczysty przester, idealny do grania hard rocka czy metalu. Ten unikalny wzmak oferował dwa różne kanały brzmieniowe ("normal" oraz "overdrive" - czyli "czysty" i "przesterowany") ale dodatkowo, ze względu na konfigurację lamp, i różne zróżnicowane możliwości przesterowania gitary na tzw. preampie (przedwzmacniaczu), szereg innych możliwości kreacji brzmienia. Pięć lamp oznaczało w SLO 100 pięć różnych skali przesterowania brzmienia (takie rozwiązanie - cascading gain stages - stosowano już w Mesa Boogie ale "egzekucja" i modyfikacja tego sposobu przez Mike'a Soldano to już było coś extra co robiło różnicę!). A przecież były dwa kanały - normal (czysty) i przesterowany, z czego w przypadku tego pierwszego był jeszcze przełącznik, który oferował barwę typu crunch (lekko przesterowane) jeśli ktoś chciał uzyskać coś mniej ostrego w brzmieniu ale mimo wszystko odbiegającego od czystej barwy. Przesterowany (niezależny drugi) kanał (overdrive channel) to już było coś idealnego dla fanów jatki i cięższego grania :) Soczysty, zbity / zwarty sound był idealny dla fanów grania rocka w nowym stylu. I metalu rzecz jasna 😀

Tak narodził się prawdopodobnie jeden z pierwszych high-gainowych wzmacniaczy (przyjmijmy, że w wersji modern 🙂). Niedługo później nastąpił wysyp kolejnych małych firm, oferujących nowe, ciekawe rozwiązania na rynku wzmacniaczy. Genialny produkty, z najwyższą jakością i poziomem dbałości o szczegóły. Drogie ale kapitalnie wykonane. Era wzmacniaczy boutique'owych się rozpoczęła a gitarzyści nie byli ograniczeni do kilku producentów znanych od lat ! Mike Soldano zainspirował swoim dziełem kolejnych konstruktorów by założyli własne małe firmy i produkowali profesjonalne wzmaki dla muzyków.

NAJLEPSI KLIENCI NA START? LEGENDY ROCKA!

A jeśli mowa o samych muzykach i szeroko pojętej klienteli (gitarzyści, właściciele studiów muzycznych, techniczni) to trzeba przyznać, że szczęście uśmiechnęło się do Mike'a chyba w ostatniej chwili. Bohater tej historii był bliski rezygnacji ze swoich dążeń. Pewnego dnia, w okresie Świąt Bożego Narodzenia, wracał od swoich rodziców, mocno podłamany brakiem zainteresowania jego pracami. Od niechcenia sprawdził swój telefon (zapewne wiadomości głosowe nagrane na sekretarce). Trzy osoby zostały wiadomości wyraźnie zainteresowane jego wzmacniaczem. Byli to: Lou Reed, Micheal Landau i Vivien Campbell.

To wręcz nieprawdopodobne jak szybko później rozniosła się wieść o SLO100 gdy debiutanckie egzemplarze tego pieca trafiły w ręce profesjonalnych gitarzystów. W Internecie można znaleźć nawet listę pierwszych klientów Soldano po tym jak sound modelu SLO100 "przedostał się" do studiów gitarowych. Chyba każdemu marzyłby się taki start biznesu, w którym na samym początku działalności firmy wśród klienteli znaleźli się tacy giganci jak: George Lynch (Dokken), Matthias Jabs (zamówił dwa wzmaki, Scorpions), Mick Mars (Motley Crue), Steve Lukather (Toto), Vivien Campbell (zamówił dwa - Dio/Def Leppard), Brad Whitford (Aerosmith), Michael Landau, Steve Stevens (Billy Idol), Mark Knopfler (zamówił dwa), Lou Reed, Eric Clapton (zamówił dwa), Peter Frampton.

SLO używał również Eddy Van Halen na początku lat 90'. To właśnie ten model Soldano posłużył potem jako główna inspiracja dla stworzenia przez Peaveya modelu 5150, z którym do dziś kojarzy się legendarnego Edka. Joe Satriani nagrywał na Soldano moją ulubioną płytę z jego dorobku czyli The Extremist (1992 rok). Idąc dalej....Vivian Campbell i Adrian Vandenberg wpinali się do Soldano grając w Whitesnake, podobnie zresztą jak obecny wtedy z nimi, Steve Vai. No i sam Jimmy Page też korzystał z SLO nagrywając na nim swoją płytę z Davidem Coverdalem.

Z biegiem czasu okazało się jednak, że SLO 100 nie sprawdzał się wyłącznie w środowisku rocka i metalu. Eric Clapton skorzystał z Soldano nagrywając płyty Journeyman oraz 24 Nights. Gary Moore na początku lat 90' też był widywany z tymi piecami na tyłach :) Jeśli zastanawiacie się nad kultowym brzmieniem Garego ze "Still got The Blues".... oczywiście SLO100. Co ciekawe egzemplarz, na którym Moore nagrywał ten przebój, trafił niedawno na stałe w ręce Joe Bonamassy. Czyste brzmienie tego wzmacniacza było również lubiane przez Marka Knopflera, znanego z zamiłowania do krystalicznego "cleana". Prince też sobie bardzo upodobał SLO100 na przełomie lat 80' i 90'. No i rzecz jasna Warren Haynes też się znalazł w gronie użytkowników.

A jak się ma sytuacja na polskim podwórku? Puśćcie sobie IRA "Mój Dom" i od razu dostajecie tym kultowym soundem Soldano na starcie. Niedawno nawet Piotr Łukaszewski wrzucił wideo (w komentarzu) jak grał na setce SLO. Do dziś można dostać tego wzmaka - Mike je dalej produkuje. Cena na Thomann to ... 17.590 zł 🥲

Ale wrażenia i historia nie mają ceny 😍

PS. Dajcie znać jeśli ktoś grał na tych piecach. Jesteśmy ciekawi! Autorowi posta to nie było dane - musiał się zadowolić brzmieniem symulacji tego pieca od Neural DSP co słyszycie w odcinku jak gra Mr. Big 😎

Ps2. Jeśli chodzi o egzemplarz SLO100 Warrena Haynesa, to on akurat poprosił Mike'a by ten go lekko zmodował gdyż nie chciał mieć takiego przesterowanego brzmienia na preampie 😉

PS3. Jeśli doczytaliście do końca... ukłony!
(Łukasz)

Ps4. Dzięki za konstruktywne komentarze i dobrą krytykę. Nie ukrywam, fajnie by było kiedyś zagrać na takim sprzęcie, zestawić to z Mesą, Bassmanami by przekonać się na własnej skórze o różnicach i podzielić się wrażeniami 🙏

SONNY ROLLINS (🙏) i historia wielkiej pokory Przedwczoraj (25 maja) pożegnaliśmy ostatniego z wielkich saksofonistów zło...
27/05/2026

SONNY ROLLINS (🙏) i historia wielkiej pokory

Przedwczoraj (25 maja) pożegnaliśmy ostatniego z wielkich saksofonistów złotej ery jazzu. I nie boję się tego stwierdzenia, bo Wayne Shorter i Sonny Rollins byli dla mnie (Łukasz)) ostatnimi muzykami z okresu, kiedy bariery tego gatunku muzycznego były przełamywane przez ludzi, którzy zasłużyli na status ikon jazzu.
Żyjemy w czasach, w których otaczają nas kapitalni muzycy nagrywający znakomite płyty. Muzycy, którzy również kształtują jazz. Ale istnieje różnica między muzykami "wielkimi" a muzykami, którzy definiują brzmienie, tworzą nowe style, wyznaczają trendy, kształtują kierunki, w jakich podążają inni, piszą standardy jazzowe, mają w sobie coś „ekstra” (jakiś pierwiastek mistycyzmu) a ich utwory są analizowane na uczelniach i prywatnych szkołach muzycznych.

I mimo że Sonny Rollins właśnie tak wyjątkowym i legendarnym muzykiem był i będzie, a jego muzyka zawsze pozostanie ponadczasowa, to mnie jednak najbardziej w jego historii zawsze urzekała opowieść związana z płytą „The Bridge”. Bo to nie jest po prostu krążek z sześcioma utworami, do nagrania których wystarczyło przemyśleć materiał, zebrać znakomitych muzyków i zobaczyć, co się wydarzy. Tak naprawdę ten album to świadectwo pokory i cierpliwości zmarłego przedwczoraj saksofonisty. Wielkiej miłości do sztuki, samokrytyki i tytanicznej pracy nad własnym warsztatem. No i niespotykanego w tamtych czasach ryzyka artystyczno-biznesowego.

O co chodzi? Otóż w 1959 r. muzyka jazzowa przeszła istną rewolucję. Miles nagrywa „Kind of Blue”, Ornette Coleman — „The Shape of Jazz to Come”, Dave Brubeck — „Time Out”, a Charles Mingus — „Mingus Ah Um”. Coltrane siedział w maju tego roku w studiu, rejestrując „Giant Steps”. Arcydzieło za arcydziełem.
Sonny Rollins też jest na topie, ale widzi, co się dzieje. Jak dookoła rewolucja w muzyce jazzowej trwa w najlepsze — i to na kilku frontach jednocześnie. Onieśmielony decyduje się na krok nie do wyobrażenia dla wytwórni muzycznych. Ogłasza przerwę, by… więcej ćwiczyć. By nadgonić, a w zasadzie stać się muzykiem, który chce jeszcze bardziej podnieść „level of his game”.

I tu pojawia się problem logistyczny. Miejsca do ćwiczeń w jego przypadku po prostu nie ma. Sonny mieszka w Nowym Jorku i nie dysponuje warunkami, by regularnie grać na instrumencie i pracować nad warsztatem. Hałas, sąsiedzi — te sprawy. Musiał więc grać na dworze.

Tym samym znalazł dla siebie miejsce przy nowojorskim moście Williamsburg Bridge i tam spędzał nawet do 16 godzin dziennie, ćwicząc. Nie miało znaczenia, czy była zima, upalne lato czy deszczowe poranki. Z pomysłami na płytę powrócił dopiero po trzech latach katorżniczej pracy.

Sesja nagraniowa tej płyty trwała w sumie trzy dni. Rollins wszedł do studia z nową dla siebie koncepcją i wizją. Dla przykładu zastąpił fortepian gitarą. W tej roli znakomicie zaprezentował się Jim Hall.

Dla wielu fanów może nie jest to najlepsza płyta w dorobku zmarłej w poniedziałek legendy, ale zdecydowanie jest w ścisłym topie. Dla mnie jednak to piękna historia o czymś, o czym dziś mówi się zdecydowanie za rzadko. Zwłaszcza w obecnych czasach. Że za każdym przedsięwzięciem muzycznym, jakim jest nagranie krążka, może być schowana historia, która opowie Ci o genezie dzieła, i samym artyście, więcej niż same dźwięki.

I ja to — po ludzku i jako muzyk (mimo że amator) — mega, mega szanuję 🙏

Spoczywaj w pokoju, Sonny.

TAKI TYDZIEŃ Z PICK PLEASE PODCAST!No to hyyc! Zaczynamy nowy tydzień muzycznych atrakcji! Latający cyrk Pick Please Pod...
26/05/2026

TAKI TYDZIEŃ Z PICK PLEASE PODCAST!

No to hyyc! Zaczynamy nowy tydzień muzycznych atrakcji! Latający cyrk Pick Please Podcast w tym tygodniu prezentuje się następująco:

Jakub Dominik Polewka właśnie odhaczył swój koncert numer....Hmmm, 500? Nie!! 700 ? Nie... 900 ? Też nie ! Pękła czterocyfrówka! A że ciężko nadążyć za Panem młodszym z podcastowego duetu ale Łukasz stara się jak może by od czasu do czasu opisać tutaj jego wojaże (Kuba raczej wrzuca na insta) 😀 Wjedzie minimum jedna recenzja z ostatnich dni !

Będziemy sukcesywnie trąbić w dalszym ciągu, że nagraliśmy i wydaliśmy tydzień temu odcinek o debiutanckiej płycie naszego kochanego Gov't Mule. Na pewno pojawi się przynajmniej jeden post związany z historią albumu tej super grupy.

W środę z kolei chcielibyśmy zaprosić do Radio Tychy na 16:30 na audycję "Popołudnik Sojki". To będzie wyjątkowa audycja i nie tylko dlatego, że prowadzi ją Łukasz Sojka vel Sojka solo - autor, aktor, prestidigitator, który jest gwarantem merytoryki oraz beki, lecz również ze względu na zaprezentowanie nowego singla naszej starszej połówki podcastu - Łukasz Wojciechowski. "Peace Piece (for Ukraine)" z wydawnictwa "Old Roads, New Sounds (Vol. 2)" to jest ten utwór, na który przyszło nam bardzo długo czekać...ale jest 😀 No i w ogóle muzyka przez te półtorej godziny będzie przednia na bank!!

Trzymajcie się ciepło !

NO I CO TAM W PLANACH NA TYDZIEŃ ? 😎Na zdjęciu szczęśliwy Patron honorowy podcastu Pick Please Podcast - monsieur Marcin...
25/05/2026

NO I CO TAM W PLANACH NA TYDZIEŃ ? 😎

Na zdjęciu szczęśliwy Patron honorowy podcastu Pick Please Podcast - monsieur Marcin Górny. Co prawa jest trochę zły bo mu non stop jakieś koncerty odwołują ( ) ale uśmiech na twarzy, muzyka w słuchawkach i ciągłe śledzenie koncertów i muzyki zespołu Poluzjanci w toku pozwalają przetrwać!

WSPÓLNIE Z NIM PYTAMY - JAKIE WY MACIE PLANY NA TEN TYDZIEŃ? 😀

ALLEN WOODY — serce i groove oryginalnego Gov't MuleW ostatnim odcinku podcastu Pick Please — „Gov't Mule: rock-bluesowy...
24/05/2026

ALLEN WOODY — serce i groove oryginalnego Gov't Mule

W ostatnim odcinku podcastu Pick Please — „Gov't Mule: rock-bluesowy debiut absolutny” (link do odcinka w komentarzu 👇) — dużo mówiliśmy o roli, jaką Allen Woody odegrał w brzmieniu i kreowaniu utworów Gov't Mule. Jeszcze raz dziękujemy Pawłowi (Paweł Muzzy Mikosz z The Bad Tales), który jako jeden z najbardziej cenionych przez nas basistów na polskiej scenie muzycznej opowiedział, na czym polegała wyjątkowość tego legendarnego muzyka.

Mimo że sam jestem bardziej gitarzystą niż basistą (Łukasz Wojciechowski), przyznam, że riff Woody’ego w „Thorazine Shuffle”, solo w „Mr. Big” czy sam groove w „Mule” stanowią dla mnie absolutną wykładnię tego, jak powinien brzmieć (i co mógłby grać) bas w zespole rock-bluesowym 🔥

Korzystając z okazji, chciałbym jednocześnie przytoczyć fragment wpisu Warrena Haynesa o zmarłym w 2000 r. basiście. Z jednej strony jest to piękna wypowiedź o tym, co wnosił do Gov't Mule jako muzyk, ale również o tym, jak wyglądała ich relacja i jak to się stało, że pomimo takiej straty zespół gra do dziś.

Kilka terminów z języka angielskiego pozostawiłem bez tłumaczenia, bo zdecydowanie lepiej się to czyta 😀

Warren Haynes (na zdjęciu z prawej) tak wspomina swojego przyjaciela:

„Tak wiele z tego, co działo się między nami na scenie, było połączeniem instynktu i telepatii, połączonych z dewizą, według której żył. A jaka to idea? Po prostu: “not giving a f**k.” 😎

Jego bezkompromisowość jako basisty nie miała sobie równych. Granie zachowawczo nie wchodziło w grę, a przynajmniej nie było czymś, co kiedykolwiek by wybrał. Bassował tak, jak grali jego bohaterowie — z lekkomyślną swobodą, która czyniła muzykę niebezpieczną, dokładnie tak, jak bogowie rock and rolla chcieli, żeby brzmiała.

Jego absolutnie ulubioną rzeczą w graniu było zatracenie się w “danger zone” — płynięcie na fali, bez wiedzy, dokąd muzyka zmierza z chwili na chwilę. Popychał mnie i rzucał mi muzyczne wyzwania w sposób, który w każdej chwili mógł zmusić mnie do wyjścia poza własną strefę komfortu i wrzucenia jeszcze wyższego biegu — takiego, który nie istniał przed momentem, w którym właśnie się znajdowaliśmy.

Nieważne było to, co zostało przećwiczone albo wcześniej rozpisane. „Let’s go here!” I w jednej chwili potrafiliśmy całkowicie zmienić kierunek i właśnie tam pójść.

Dla Woody'ego muzyka, która nie dawała przestrzeni na takie podejście, nie była warta grania. W jego przekonaniu każda muzyka powinna odzwierciedlać osobowości ludzi, którzy ją tworzą.

W dniu śmierci Woody'ego pierwsze dwa telefony, które otrzymałem, były od przyjaciół, którzy najwyraźniej sami przechodzili przez to, co — jak wiedzieli — właśnie czułem.

Pierwszy był od Phil Lesh, który powiedział: „Wiem, jak to jest stracić kogoś, z kim dzieliło się głęboką muzyczną więź”. Te słowa długo we mnie rezonowały.

Następny telefon był od Gregga Allmana, z którym razem z Woodym przemierzyliśmy świat. Gregg mówił głównie o tym, jak bardzo kochał Allena i jak bardzo będzie za nim tęsknił. Powiedział też rzecz oczywistą — że Woody i ja byliśmy jak bracia.

W jednej z późniejszych rozmów wspomniałem Greggowi, że często mam sny, w których Woody nadal żyje, na co odpowiedział niemal mimochodem: „Zawsze będziesz je mieć”.

Tamten dzień (26.08.2000 r.) rozpoczął mroczny okres w naszym życiu. To, że udało mi się przez niego przejść, zawdzięczam w dużej mierze wsparciu i słowom otuchy, jakie otrzymałem od tak wielu przyjaciół i muzyków — zdecydowanie zbyt wielu, by wszystkich tutaj wymienić.

Przyszłość Gov't Mule stała pod wielkim znakiem zapytania, delikatnie mówiąc. Każdy, kto był w podobnej sytuacji, wie, że kontynuowanie działalności jakiegokolwiek zespołu po stracie jednego z jego założycieli jest wystarczająco trudne. Powiedziałbym jednak, że w trio jest to jeszcze trudniejsze. Każdy muzyk takiego „power trio” jest właściwie nie do zastąpienia.

Moją pierwszą reakcją (tak samo jak Matta Abtsa) było zakończenie działalności i minęło kilka miesięcy, zanim w ogóle byłem w stanie rozważyć pójście dalej.

Na szczęście wśród licznych głosów wsparcia, które otrzymałem, wiele pochodziło od ludzi, którzy sami przeżyli podobne straty — takich jak Dave Grohl, James Hetfield, Dave Schools i John Popper — którzy mówili mi, że choć teraz wydaje się to niemożliwe, trzeba podtrzymać muzykę przy życiu.

Na zawsze pozostanę wdzięczny wszystkim, którzy pomogli nam odnaleźć siłę, pragnienie i odwagę, by iść dalej — szczególnie wszystkim muzykom, którzy ruszyli z nami w trasę, kiedy sami nie wiedzieliśmy jeszcze, dokąd zmierzamy, oraz tym, którzy dołączyli do nas podczas Deep End Sessions, dzięki którym mogliśmy odnaleźć drogę do ponownego stania się zespołem.

To oryginalne “power trio” Gov't Mule umarło wraz z Allenem Woodym, ale jego stale obecny duch towarzyszył nam przez całą tę podróż.

Ci z was, którzy naprawdę znali tego Wielkoluda, wiedzą, że nigdy nie byłby szczęśliwy, gdyby zespół spoczywał na laurach. Trzy studyjne albumy, które nagraliśmy z Woodym jako oryginalne trio, każdy różnił się od poprzedniego. Tylko tak nasz zmarły przyjaciel do tego podchodził — ciągła zmiana!

Często zastanawiam się, w jakich muzycznych kierunkach podążylibyśmy razem, gdyby dożył nagrania naszego czwartego, piątego i szóstego albumu oraz kolejnych — w oryginalnym składzie.

Tego nigdy się nie dowiemy, ale wiem jedno — jego obecność była częścią każdej decyzji, jak kiedykolwiek podjęliśmy, i każdej muzycznej ścieżki, którą zdecydowaliśmy się podążyć.”

Dzięki, jeśli dotrwałeś do końca 🤝

DAJ ZNAĆ, JAKI GROOVE / UTWÓR Z ALLENEM WOODY'M JEST TWOIM ULUBIONYM 👇👇

O TEMACIE MÓWIĄ WSZYSCY... I MY TEŻ BĘDZIEMY!W ostatnich dniach szerooooookim echem rozniósł się post Kraków Street Band...
22/05/2026

O TEMACIE MÓWIĄ WSZYSCY... I MY TEŻ BĘDZIEMY!

W ostatnich dniach szerooooookim echem rozniósł się post Kraków Street Band o tym w jaki sposób muzycy zespołu zostali potraktowani przez władze Miejski Ośrodek Kultury w Nowym Sączu. Wrzucimy oświadczenie Ośrodka, które opublikowano w odpowiedzi na postawione zarzuty.

Dlaczego udostępniamy? Bo post napisany przez lidera KSB (Łukasza Wiśniewskiego) brzmi jakby ten mega doświadczony i szanowany zespół grał nie w instytucji kultury lecz urzędzie z czasów komuny zarządzanej przez prostaków i wyzyskiwaczy. Przynajmniej jeśli chodzi o osoby odpowiadające za kontakt z zespołem i negocjacje. W komentarzach pod postem zespołu pojawiały się głosy osób, które również zostały fatalnie potraktowane przez osoby zarządzające MOK'iem. W przypadku krakowskiej formacji chodzi o zmianę warunków finansowych pod groźbą odwołania koncertu (w dniu wydarzenia!) z jednoczesnym wprowadzaniem zespołu w błąd, że bilety się nie sprzedawały (czemu przeczył stan osobowy na sali).

My ze swoim postem czekaliśmy na stanowisko drugiej strony. Oświadczenie Ośrodka okazało się kiepskim zestawem wytłumaczeń, które nie odnoszą się niestety do najpoważniejszych zarzutów zespołu....co daje do myślenia.

Czekamy na dalszy rozwój sprawy. Poszły pierwsze oficjalne pisma o zajęcie stanowiska przez ww. instytucję kultury. O sprawie pisał między innymi Onet oraz inne portale. W radiu o całym zajściu wypowiadał się również lider zespołu - Łukasz Wiśniewski.

W kapeli gra również Tomasz Kruk, którego Łukasz niezwykle ceni i szanuje jako mega dobrego gościa, nie wspominając o kunszcie artystycznym i klasie muzycznej. Byliśmy na wielu koncertach Kraków Street Band, nieraz oglądaliśmy ich na International Ochota Blues Festival.

Krótko i rzeczowo. Jeśli Kraków Street Band ma zluzować majty (a to ponoć usłyszeli na sam koniec po tym jak zagrożono im odwołaniem koncertu jeśli nie obniżą gaży po tym jak wprowadzono ich w błąd, że bilety się nie sprzedawały), a w najbliższych dniach nie pojawią się nowe fakty, które rzuciłyby zgoła odmienne spojrzenie na tą sytuację, to Pani Dyrektor Ośrodka radzimy solidnie mocno przemyśleć dalsze kroki PR'owe bo parafrazując klasyka: "Gosia, to jeb..e"

Ps. A już myśleliśmy, że po ostatnich akcjach jakie Fender odstawił to "paradoks" miesiąca mamy już za sobą 😀

Zazwyczaj pojawiamy sie tu z pozytywnymi informacjami, jednak dziś niestety musimy zrobić wyjątek. Zostaliśmy przez Miejski Ośrodek Kultury w Nowym Sączu oszukani tak fachowo, że metoda na wnuczka czy inkasenta gazowego jawi się jak totalna amatorszczyzna. Próbowaliśmy sprawę załatwiać polubownie, jednak Pani Dyrektor po koncercie przestała odbierać telefony i odpisywać na maile oraz smsy, więc opisujemy sprawę otwarcie, aby przestrzec innych wykonawców przed niebezpieczństwem współpracy z MOK-iem. Siądźcie wygodnie, zróbcie popcorn.

Planując trasę promującą bardzo chcieliśmy uwzględnić Nowy Sącz, bo mamy tam świetną publiczność. Niestety nasz ulubiony klub Atelier, gdzie zawsze mieliśmy pełną salę, przestał działać, postanowiliśmy zatem odezwać się do MOK-u. Po telefonicznej rozmowie z Panią Dyrektor, Małgorzatą Gułowską, okazało się, że są zainteresowni. Zaproponowaliśmy Pani Dyrektor dwie opcje - gramy za bilety lub umówioną stawkę. Pani Dyrektor - co bardzo ważne - wybrała opcję ustalonej z góry stawki, po czym podpisaliśmy umowę i niecierpliwie czekaliśmy na koncert dla nowosądeckiej publiczności. Tu powinien być koniec historii, jednak dalsze wydarzenia sprawiły, ze opadły nam szczęki.

Kilka dni przed piątkowym koncertem dostaliśmy telefon z MOK-u z informacją, ze koncert się kiepsko sprzedaje, bo dotychczas poszło tylko 30 czy 40 biletów i że albo zagramy za mniej więcej pół stawki, albo oni nam ten koncert, pomimo podpisanej umowy, odwołają. Pani, z którą rozmawialiśmy twierdziła, że wie jak tę umowę podważyć i że nie zamierzają do nas "dokładać". I popełniliśmy kardynalny błąd - trochę nam się zrobiło głupio, że taka słaba frekwencja, poza tym nie chcieliśmy zawieść tej garstki osób, więc naiwnie się zgodziliśmy i podpisaliśmy aneks do umowy, znacznie obniżając naszą gażę. I tu powinien być kolejny koniec historii, ale wielki finał przed nami.

Gdy przyjechaliśmy na miejsce, okazało się, że wyprzedana jest większość miejsc. Poprosiłem Panie w kasie o aktualny stan sprzedaży, dostałem informację, ze w samej przedsprzedaży osiągnięto kwotę odpowiadjącą około 150-ciu biletom (!), a nie uwzględniało to jeszcze sprzedaży przed samym koncertem. Powiedzieliśmy, że to sytuacja diamertalnie inna, niż ta, którą nam opowiedziano podsuwając nam do podpisania obcinający gażę aneks i że chcemy powrócić do pierwotnych ustaleń. Oczywiście nie było akurat na miejscu nikogo decyzyjnego i powiedziano nam, że omówimy to w poniedziałek. Zaprotestowaliśmy, nie chcąc grać bez formalnej klarowności, więc wróciliśmy do próby dźwięku, a pracownicy MOKu w tym czasie się naradzali. Na około godzinę przed występem, gdy pod salą gromadziła się już publiczność, dostaliśmy informację - jest decyzja. Albo gracie za obniżoną kwotę z aneksu, albo w tym momencie odwołujemy koncert. Mimo wściekłości i poczucia totalnej porażki, postanowiliśmy zagrać, żeby nie zawieść publiczności, szczególnie, że był to był koncert premierowy naszej nowej płyty.

Zagraliśmy, dostaliśmy owację na stojąco, ale Pani Dyrektor, która podobno była na koncercie, nawet do nas nie podeszła, żeby sprawę w jakikolwiek sposób wyjaśnic.Od tamtego czasu nie odbiera od nas telefonów, nie odpisuje na maile. Pisaliśmy w międzyczasie z prośbą o pomoc do władz Nowego Sącza w osobach Prezydent Ludomir Handzel oraz Artur Bochenek - Zastępca Prezydenta Miasta Nowego Sącza - również bez jakiejkolwiek odpowiedzi. Pozostaje nam więc tylko podzielić się tą historią, żeby koleżanki i koledzy po fachu nie dali się złapać w te same sidła. Przy jakiejkolwiek współpracy z nowosądeckim MOK-iem polecamy obwarować się siarczystymi zaliczkami i restrykcyjnymi umowami - przygotowanymi przez Waszego prawnika!

Jeśli ktoś doczytał do tego miejsca, wytrwałość nagrodzimy anegdotką o interpersonalnych zwyczajach pracowników publicznej instytucji kultury. Jeden facet (który nie chciał wyjawić swojej tożsamości ani nawet stanowiska) krzyczał na nas i mówił, że jest tyle ludzi, bo - uwaga - na taki zespół jak nasz nikt nie chce przyjść i musieli rozdawać bilety za darmo. Pani konferansjerka natomiast, po zakończonym owacją na stojąco koncercie powiedziała, że było super i żebyśmy w kwestii obciętej gaży - cytuję - "zluzowali majty".

W komentarzu wrzucamy filmik z koncertu, na którym było 30 osób. ;)

[EDIT] Skala Waszego wsparcia przeszła nasze najśmielsze oczekiwania! Dziękujemy, jesteście kochani. ❤️

W międzyczasie się dowiedzieliśmy, że interwencja Prezydenta Miasta w naszej sprawie jest raczej mało prawdopodobna, ponieważ dyrektorka MOku jeszcze do niedawna była... jego sekretarką. :) Strach się bać na co my tu trafiliśmy. :) Źródło:
https://twojsacz.pl/oto-nowa-dyrektor-miejskiego-osrodka-kultury-ma-wiele-pomyslow-ale-na-razie-ich-nie-zdradzi/

Adresse

Karl-Marx-Str. 101
Berlin
12043

Benachrichtigungen

Lassen Sie sich von uns eine E-Mail senden und seien Sie der erste der Neuigkeiten und Aktionen von Pick Please - podcast erfährt. Ihre E-Mail-Adresse wird nicht für andere Zwecke verwendet und Sie können sich jederzeit abmelden.

Service Kontaktieren

Nachricht an Pick Please - podcast senden:

Hervorgehoben

Teilen

Kategorie