24/03/2026
Jest wtorek. Powtarzam: DOPIERO wtorek. Zegarek ledwo zdążył wybić wieczór, a ja już mam ochotę wyemigrować na Marsa, bo tam przynajmniej nie ma Partii Pracy. Jak niektórzy z Was wiedzą, moje życie to nieustanna żonglerka – z jednej strony działalność społeczna i dumnie reprezentowana przeze mnie Partia Konserwatywna, a z drugiej… twardy biznes i zarządzanie firmą. I właśnie z tego drugiego frontu nadaję, bo inaczej zaraz coś we mnie pęknie.
Siedzę sobie w biurze. Cieszę się końcówką w miarę spokojnego dnia. Ptaszki śpiewają, serwery działają, w powietrzu unosi się zapach sukcesu. I nagle dzwoni telefon. Na linii jeden z moich „wybitnych” menedżerów. Chłop brzmi, jakby właśnie zobaczył ducha, w tle słychać niemalże szelest pełnych gaci. Płacze mi do słuchawki, że ktoś z zespołu potrzebuje pomocy i co on ma, biedny, zrobić?!
Okazało się, że facet męczył się z problemem od lunchu. Od lunchu! Wiecie, ile mi zajęło rozwiązanie tego wiekopomnego dylematu, kiedy w końcu łaskawie do mnie zadzwonił? Pięć. Bitych. Minut. Nie będę Was zanudzał szczegółami, co to dokładnie było, bo szkoda na to znaków na klawiaturze, ale powiem Wam jedno: w moim mentalnym notatniku zapisałem, że gość jest do wywalenia w trybie tak natychmiastowym, że aż złamie barierę dźwięku. Skoro dostaje menedżerską pensję, a nie potrafi ogarnąć zespołu i potrzebuje tatusia do podjęcia najprostszej decyzji, to c'est la vie – rynek pracy czeka z otwartymi ramionami.
Ale wiecie, co jest w tym wszystkim najbardziej absurdalne? Patrzę na tego mojego wkrótce-byłego menedżera i widzę wypisz-wymaluj obecny rząd Partii Pracy. Oni też kompletnie nie wiedzą, co robić, kiedy pojawia się kryzys, z tą różnicą, że mój pracownik chociaż zadzwonił po pomoc.
Zaraz po odłożeniu słuchawki otwieram wiadomości, a tam nasza wspaniała minister finansów, Rachel Reeves, z grobową miną prymuski ogłasza, że powszechnego wsparcia na rachunki za energię nie będzie. Zgadliście – celowana pomoc trafi tylko do najuboższych. Cała reszta – klasa średnia, ludzie ciężko pracujący i utrzymujący ten kraj z podatków? Radźcie sobie sami, kupcie grubsze swetry i przygotujcie portfele, bo prognozy krzyczą o rachunkach rzędu 2000 funtów rocznie.
Oczywiście, czyja to wina, że idzie zima, rachunki rosną, a rząd umywa ręce? Wiadomo, Liz Truss! Reeves nie omieszkała skrytykować jej poprzedniego pakietu wsparcia jako "nieodpowiedzialnego". Klasyka gatunku – jak nie wiesz, jak zarządzać budżetem i pomóc obywatelom, zrzuć winę na poprzedników. Zamiast konkretnej pomocy, Labourzyści organizują spotkania z szefami supermarketów i dają nowe uprawnienia Urzędowi ds. Konkurencji i Rynków (CMA), żeby urzędnicy mogli pogrozić palcem zza biurka. No po prostu genialna, mistrzowska strategia! Mój menedżer by na to nie wpadł.
Podsumowując ten piękny wtorek: niekompetentny menedżer leci z roboty na zbity pysk, nasze rachunki za chwilę polecą w kosmos, a rząd udaje, że ma nad czymkolwiek kontrolę. Różnica jest tylko jedna – ja mojego "orła" zarządzania mogę zwolnić od ręki, a z rządem Reeves i Starmera musimy się męczyć aż do następnych wyborów.
Trzymajcie się tam ciepło w tym Londynie (póki jeszcze Was na to stać). Ja idę zaparzyć sobie potrójną melisę...
M. Kurzdym ✌️🇵🇱🇬🇧❤️