11/11/2022
Wreszcie! Jestem na etapie druku próbnego, aaa! Już nie mogę się doczekać, kiedy będę mogła wziąć ją do rąk 😍
Na okładkę mojej książki wybrałam ostatecznie fotografię dziewczyny piorącej swoje sari w rzece Tungabhadra, u stóp świątyni w Hampi. To zdjęcie przywołuje wspomnienie wszechogarniającego uczucia spokoju, szczęścia i swobody, którą daje mi wielomiesięczna podróż i przypomina o jednym z najciekawszych miejsc, jakie znalazłam w Indiach.
Hampi. Niegdyś miasto pełne bogactw, przyciągające kupców z całego świata. Z rynkami wypełnionymi jedwabiem i klejnotami, przyprawami i końmi arabskimi, odeszło w niepamięć po ataku islamskich władców w szesnastym wieku. Odkryto je ponownie pod koniec dziewiętnastego wieku, ale wpisane na listę UNESCO zostało dopiero w latach osiemdziesiątych dwudziestego wieku i wciąż jest jeszcze mało znanym miejscem. Aż dziw. Kompleks zajmuje obecnie teren czterdziestu kilometrów kwadratowych i jest nie tylko pełen skarbów architektury, ale też nieziemskich, wręcz marsjańskich widoków i chilloutowego klimatu. Kiedyś było to miejsce pielgrzymek masy hipisów, dziś – backpackersów. Wioska leżąca tam, gdzie dawno, dawno temu małpia armia Hanumana rozrzuciła wzniesienia i skalne łuki na znak swojej potęgi. (...)
Wielkie miasto Hampi u szczytu swojego dobrobytu finansowego i kulturowego było jednym z najlepiej zorganizowanych miast w całej Azji – konkurował z nim tylko Pekin. Mieli systemy kanalizacyjne, dziesiątki świątyń przeróżnych wyznań, pałace królewskie, łaźnie miejskie, liczne bazary… czego dusza zapragnie. Wiele z tych obiektów, jak choćby stajnie dla królewskich słoni czy łaźnie
królowej, można wciąż tu odnaleźć w całkiem dobrym stanie.Jest tylko jeden problem. Wstąpienie Hampi na listę UNESCO wiąże się z pewnym kłopotliwym wymogiem. Otóż w centrum archeologicznym nie powinno być żadnej wioski, nikt nie może tu mieszkać. To znaczy, że rząd indyjski próbuje wszystkich mieszkańców wyeksmitować z ich starych domostw i przegonić na drugą stronę rzeki. Planują tam zostawić dosłownie dwa, trzy hotele, może jakąś restaurację… i tyle. Jakoś nie wyobrażam sobie, żeby im się to miało udać. Przecież to Indie!
Najciekawsze jednak są okoliczności przyrody, w jakich te wszystkie zabytki się znajdują. Okolica Hampi usiana jest wielkimi, okrągłymi głazami w kolorze rdzy. To wciąż jest królestwo małp, niekoniecznie Hanumana. W dzień chowają się w cieniu kamieni lub napadają stragany i domostwa w Hampi. Co rano słychać, jaką rozróbę robią na dachach wioski. Głośny tupot małych nóg na blasze falistej, skrobania pazurków i groźne piski mieszają się ze wściekłymi krzykami ludzi i odgłosem spadających na dach kamieni. Wieczorami małpy odpoczywają na skałach, podziwiając z góry wraz z turystami nieziemskie widoki na Hampi i okolicę.
Gdy tylko spadnie deszcz, rdzawa ziemia barwi na rudo rzekę Tungabhadra. Rybacy płyną tą krwawą rzeką w swoich wielkich, czarnych miednicach i zarzucają co raz sieci. Ciekawe, czy ryby też są krwawe? Tu wszystko wydaje się możliwe. Jak tylko zacznie zachodzić słońce, powietrze przybierze kolor rdzy, dokładnie taki sam jak ziemia. Wszystko przesłoni taka cienka, pomarańczowa mgiełka. Wieczorem myję twarz nad zlewem, a woda barwi się na rudo…
Hampi wspominam do dziś jako wioskę z Marsa, złożoną z kramów, sklepików, kameralnych restauracji i pensjonatów. Można tam spotkać kąpiącego się o świcie słonia, małpy złodziejki i zadziorne krowy pod świątynią. Po restauracjach biegają jaszczurki, po okolicach snują się trzymetrowe węże, przemykając pod okryciem cienia pod skałami. Śmieszne łódki-miednice kołyszą się na
falach czerwonej rzeki, a kłódki w hotelikach testuje sam Hi**er. Przynajmniej naszą, która dumnie głosi: „Hi**er tested OK”…