01/06/2026
Obiecałem napisać coś o przekładzie „Odjazdowej książki”, skorzystam więc z okazji, żeby wyjść od spraw zasadniczych, czyli tego, jak w Rewizjach widzę rolę przekładu w ogóle.
Kto ze mną już współpracował, ten wie, że lubię się angażować (czyt. wtrącać) w prace nad tekstem, choć oczywiście językową obróbką tłumaczeń zajmują się też – a raczej przede wszystkim – redaktorzy językowi, czyli osoby zdecydowanie bardziej kompetentne ode mnie. Ten przymus wtrącania się jednym tłumaczom może się podobać bardziej (rozumiem), a drugim mniej (też rozumiem), ale nie wynika on z tego, że wiem lepiej (czy tak też mi się wydaje), tylko z mojego zapatrywania na rolę przekładu. Jak już kiedyś pisałem, wybierając tytuły, zawsze wychodzę od kwestii wizualnych, bo w książce najbardziej pociąga mnie jej fizyczny aspekt – książka jako przedmiot, coś, co ma kształt i fakturę, a nie tylko nośnik treści. Jeśli dany tytuł nie ma ciekawej formy albo sam nie mam pomysłu, jak mu taką nadać, to nawet najpiękniejszy i najmądrzejszy tekst nie pomoże. Nie oznacza to oczywiście, że tekst jest nieważny i chętnie sięgnąłbym po książkę telefoniczną, byle była wybitnie zaprojektowana. Musi być w nim to coś, co mnie zainteresuje, a później sam musi zostać przełożony na wysokim poziomie.
Rozpoczynając prace nad książką (jeszcze przed wykonaniem tłumaczenia), mam już jej wizję – jak ma wyglądać i jaki przekaz sobą nieść. I do tego trzeba teraz dostosować przekład. Jeśli chodzi o teksty z zakresu teorii sztuki, to w zasadzie sprawa jest prosta, bo sposób wydania raczej nie wymusza określonego podejścia tłumacza. Oczywiście tekst może zostać przetłumaczony w różny sposób, ale nie trzeba go dopasowywać do konkretnej formy – jest bez różnicy, czy jest to przekład bardziej literacki (jak na przykład „O duchowości w sztuce”), czy może bardziej surowy, lepiej oddający styl autora (jak „Eseje o sztuce i artystach”).
Na marginesie: profesor Fijałkowski, autor polskich wersji „O duchowości” i „Punktu i linii”, oddał niedźwiedzią przysługę wydawcom i kolejnym tłumaczom Kandinskiego, przekładając jego dwie najważniejsze pozycje w taki sposób, że czytelnik gotów uważać Kandinskiego za tak dobrze piszącego po niemiecku. Tymczasem jego teksty już dla współczesnego mu czytelnika brzmiały… osobliwie, i nie mam tu na myśli niełatwych przecież zagadnień, które poruszał. Jak się porównuje polski przekład z oryginałem, to widać, że momentami jest tam więcej Fijałkowskiego niż Kandinskiego, zarówno jeśli chodzi o styl, jak i warstwę merytoryczną. Ale tłumacz jest dla mnie równoważny autorowi, więc licentia poetica… Na marginesie w marginesie: ze stylem Kandinskiego właśnie niedawno mierzyliśmy się w Rewizjach podczas prac nad jego kolejnym tekstem (siedzi w ostatniej korekcie po składzie). Jak tu oddać chropowatości oryginału bez rzucania większych kłód pod nogi czytelnika, który w większości będzie pamiętał piękne frazy z „O duchowości”?
Zdecydowanie większy problem pojawia się w przypadku serii Klasyka Książki Obrazkowej, w której odkurzane są wiekowe tytuły w ich oryginalnej szacie. I jakkolwiek genialnie byłyby te książki kiedyś wydane, to jednak w porównaniu do obecnie ukazujących się cudeniek prezentują się jak ramotki. Tak już jest, że gust ewoluuje i to, co kiedyś wywoływało efekt wow, dzisiaj – kilka pokoleń później – raczej będzie śmieszyć czy nawet drażnić, a na pewno trącić myszką.
I właśnie z tym problemem trzeba się było zmierzyć przy opracowywaniu książek sprzed 100 lat, gdy chce się zachować ich oryginalną formę – format, ilustracje i przede wszystkim typografię. Szczególnie ten ostatni element (a nie sama warstwa tekstowa) wymusza określone podejście do przekładu. Bo jaki styl nadać tekstowi „Milionów kotów”, który został skrupulatnie wykaligrafowany przez Howarda – brata Wandy Gág, żeby nie zabrzmiał on sztucznie, niemal jak oderwany od warstwy wizualnej? Czyż nie dziwacznie śledziłoby się perypetie staruszka szukającego kota nakreślone dosyć „dziaderskim” już pismem, ale brzmiące młodzieżowym slangiem trzeciej dekady XXI wieku?
Podobnie jest z jeszcze starszą od debiutu Wandy Gág „Odjazdową książką” Petera Newella. Choć tekst i ilustracje wciąż się bronią, to zastosowana czcionka nie budzi wątpliwości, na początku którego wieku jesteśmy – XX czy XXI. W nowych wydaniach takich książek przekład musi wpasować się w ramy opracowane 100 lat temu lub więcej, ale jednocześnie brzmieć w miarę współcześnie, a na pewno nie tak, jak teraz brzmi choćby „W pustyni i w puszczy” (czytałem kilka dekad temu, więc już nie pamiętam dokładnie, ale ponoć młodzież – i nie tylko – ma dziś problemy z tą lekturą).
I przechodząc do sedna – właśnie taki jest przekład „Odjazdowej książki” (a nawet jest jeszcze bardziej, bo jak dla mnie przerasta oryginał): wpisujący się w warstwę wizualną, ale też brzmiący zupełnie naturalnie; z całą paletą smaczków językowych, ale też bez żadnych udziwnień. Nazwałbym go uniwersalnym, bo obroni się i za 20 lat, i za (tak myślę) pięć pokoleń. No i chyba nie muszę dodawać, że mogłem sobie wziąć wolne od wtrącania się. Jest to jedyny tekst wydany w Rewizjach, na którym nie zostało odciśnięte moje piętno, i zdecydowanie wyszło mu to na dobre.
Gdyby ktoś mnie zapytał, co to jest kongenialny przekład, to właśnie wskazałbym na ten, który stworzyła Emilia Kiereś do „Odjazdowej książki”. Ale nie musicie mi wierzyć na słowo i nawet nie wierzcie, tylko sami się przekonajcie. Poniżej próbka, czyli pierwsza z 22 historyjek, wprowadzająca do szaleńczej jazdy Jurka.
Książka dostępna będzie pod koniec czerwca, więc dzieciaczki małe i duże – cierpliwości!