10/06/2026
Przez pół roku spotkałem się z dziesięcioma kobietami z portalu randkowego. Osiem z nich już na pierwszym spotkaniu zapytało: „A jaki masz samochód?” — i wtedy zrozumiałem jedno… świat, w którym szczerość mierzy się w koniach mechanicznych, nie jest dla mnie.
Pierwsza — Amelia. Poprosiła mnie o pieniądze na taksówkę w trakcie randki. Siedzieliśmy w małej kawiarni w centrum Warszawy, ona zamówiła sałatkę Cezar i cappuccino, ja — stek średnio wysmażony. Rozmowa nie kleiła się: Amelia częściej patrzyła w telefon niż na mnie i odpowiadała bez emocji, krótko, monotonnym tonem. Gdy kelner przyniósł rachunek, zapłaciłem bez słowa. Wyszliśmy na ulicę, chłodny wiatr niósł niezręczne milczenie. Wyjęła telefon, coś stukała palcem, po czym westchnęła:
– Słuchaj, aplikacja nie przyjmuje mojej karty, możesz przelać parę złotych za przejazd?
Przelałem jej pieniądze, nic nie mówiąc. Nawet nie podziękowała — po prostu wsiadła do auta i zniknęła w tłumie nocnego miasta. Jej wiadomości po tym pozostały nieodczytane.
Druga — Helena. Przyszła na randkę z przyjaciółką, nawet nie uprzedzając. Stałem przy wejściu do restauracji, trzymając w rękach drobną gałązkę róży — naiwny symbol mojego oczekiwania na zwykły wieczór. Podeszła uśmiechnięta, a obok niej jeszcze jedna kobieta.
– Cześć! To Maria, moja najlepsza przyjaciółka. Po prostu postanowiła iść ze mną, bo wiesz, różne rzeczy się zdarzają – powiedziała z lekkim ironicznym uśmiechem.
Usiedliśmy we trójkę. Przyjaciółka, bez skrępowania, zaczęła wypytywać: gdzie pracuję, ile zarabiam, czy mam samochód, mieszkanie, czy byłem żonaty. Czułem się jak na rozmowie kwalifikacyjnej, a nie na randce. Helena tylko przytakiwała w milczeniu, jakby aprobując ten „przesłuchanie”. Gdy kelner przyniósł rachunek — kwota za trzy osoby przekroczyła tysiąc złotych — zrozumiałem, że to koniec. Zapłaciłem, życzyłem im miłego wieczoru i wyszedłem cicho.
Trzecia — Zuzanna. Spóźniła się czterdzieści minut. Już miałem wychodzić, ale w końcu się pojawiła — zdyszana, z potarganymi włosami, szminką rozmazaną w kącikach ust. Usiadła naprzeciwko, zamówiła mojito i wypiła je jednym haustem. Potem drugie. Opowiedziała całe swoje życie od razu — o byłym mężu, o zdradzie, o bezsennych nocach, o rodzinie, która jej nie wsparła, o bólu, który wciąż pali. Słuchałem w milczeniu. Gdy próbowałem zmienić temat, zatrzymała się nagle i spojrzała mi w oczy:
– Co, nie chcesz mnie wysłuchać? Wszyscy faceci są tacy sami!
Wstała i poszła, zostawiając za sobą zapach alkoholu i rachunek. Zapłaciłem cicho, wpatrując się w pusty kieliszek.
Po piątym spotkaniu zacząłem dostrzegać wzór w tych podobnych do siebie randkach – zazwyczaj kończyły się prośbą o pieniądze albo zdaniem „nie jestem gotowa zaufać”. A jednak coś mnie pchało, by nie przerywać. Może głupia nadzieja, że wśród dziesiątek pustych zdań znajdzie się ktoś, kto po prostu będzie chciał posiedzieć, pośmiać się, pomilczeć obok.
Ostatnim razem już prawie nie miałem oczekiwań. Postanowiłem, że jeśli i to spotkanie okaże się bez sensu – usunę wszystkie konta, zapomnę o internetowych randkach na zawsze. I właśnie tego wieczoru w drzwiach kawiarni stała ona — dziewczyna o imieniu Lena, ale z angielskim akcentem w głosie, który sprawił, że po raz pierwszy od dawna zapomniałem o zegarku, telefonie, przeszłości.
A wtedy wydarzyło się coś, co wywróciło moje wyobrażenie o wszystkich poprzednich spotkaniach.
Ciąg dalszy historii w pierwszym komentarzu 👇