20/06/2026
Wiele lat temu oglądałam pewien film. Bardzo krótki, chyba japoński. Opowiadał o młodym chłopcu, który wymyślił sprytny sposób, by się wzbogacić — rzucał kamieniami w samochody na autostradzie. Nocą, gdy jechały z dużą prędkością. Samochody rozbijały się, a chłopak przeszukiwał wnętrza aut, w których byli umierający ludzie, i zabierał wszystko, co znalazł — rzeczy, pieniądze. Zginęło wielu.
Rodzice ukryli go przed wymiarem sprawiedliwości i zawieźli do odległego klasztoru, do starego mnicha.
Mnich powiedział im, że sprawiedliwość i tak nadejdzie — chłopiec musi spędzić jedną noc samotnie na pustym polu. To wszystko.
Zuchwały młodzieniec roześmiał się: jedna noc na pustym polu, wielka rzecz! I poszedł. A z mroku i pustki zaczęły lecieć kamienie. Dokładnie tyle, ile sam rzucił.
Z jaką siłą je rzucał, z taką do niego wracały.
Z jaką intencją je rzucał, z taką nadlatywały.
I zabiły go.
Plutarch zadawał sobie pytanie: dlaczego prawda triumfuje tak późno, dlaczego Boże młyny mielą tak powoli? Złoczyńca zdążył już zapomnieć o tym, co zrobił! I myśli, że nieszczęście przyszło przypadkiem...
Nikt nie zajmuje się reedukacją złych ludzi. Ani ludzi w ogóle. Po prostu wszystkie rzucone kamienie lecą z powrotem. Nie wiemy, kiedy wrócą. Czasem wracają od razu, czasem mija bardzo dużo czasu. Ale są dokładnie takie same.
I nie jest to buddyjska mądrość. Pisali o tym i Plutarch, i Eurypides.
Longfellow powtórzył ich słowa po tysiącleciach:
Powoli mielą Boże kamienie młyńskie
i drobna jest ich mąka,
wielka jest Jego cierpliwość,
lecz twarda jest Jego ręka.
Dlatego nie należy rzucać kamieni. Nie należy też pluć do studni ani pluć na ludzi. Nie wolno ranić słowami.
Samotna noc na polu przychodzi niespodziewanie...
ANNA KIRJANOWA