19/08/2026
Są takie momenty, kiedy kończę książkę, zamykam ją i od razu wiem, co chcę napisać. Tym razem było inaczej.
Siedziałam i zwyczajnie brakowało mi słów.
„Człowiek, którym się stałem” Mateusza Niedźwieckiego nie jest historią człowieka, który upadł, podniósł się i od tej chwili wszystko było dobrze. I chyba właśnie dlatego zrobiła na mnie tak ogromne wrażenie.
To autobiograficzna, momentami brutalnie szczera opowieść o człowieku, który przez lata potrafił niszczyć samego siebie, choć nie zawsze od razu zdawał sobie sprawę z tego, dokąd prowadzą jego decyzje.
Mateusz prowadzi nas przez wiele lat swojego życia. Jest wojsko, wyjazdy za granicę, praca, muzyka i marzenie o punkrockowym zespole. Są przeprowadzki, związki, rodzina, straty i kolejne próby zaczynania od nowa. A gdzieś pomiędzy tym wszystkim coraz więcej miejsca zaczyna zajmować alkohol.
Najpierw jest częścią zabawy. Później sposobem na odreagowanie. Jeszcze później staje się czymś, bez czego coraz trudniej funkcjonować.
I właśnie obserwowanie tego procesu było dla mnie jednym z najmocniejszych elementów tej książki. Nie ma tutaj jednego spektakularnego momentu, po którym wszystko nagle się rozpada. Człowiek może przekraczać kolejne granice powoli. Może przez długi czas przekonywać samego siebie, że przecież jeszcze panuje nad sytuacją.
A potem przychodzi moment, w którym alkoholu nie pije się już dla przyjemności. Pije się, żeby nie czuć, nie myśleć i przez chwilę uciszyć to, co dzieje się w głowie.
W tej historii szczególnie mocno uderzyło mnie to, że Mateusz nie próbuje zrobić z siebie bohatera. Nie wybiela własnych decyzji. Potrafi napisać wprost, że wiele rzeczy zniszczył sam i że odpowiedzialność za niektóre upadki należała właśnie do niego.
A przecież alkohol nie jest jedynym przeciwnikiem.
Jest również otyłość. W najgorszym momencie waga przekracza możliwości urządzenia kończącego skalę na 150 kilogramach. Autor szacuje później, że ważył około 165 kilogramów.
Są utracone marzenia, kolejne nieudane próby zmiany, powroty do dawnych schematów i śmierć bliskich. W pewnym momencie tych strat jest tak dużo, że zostaje właściwie tylko pustka. A razem z nią kolejny powrót do alkoholu.
I jest dno.
Takie, przy którym trudno już mówić o zwykłym „problemie”. Mateusz opisuje moment, kiedy alkohol przestaje przynosić nawet chwilową ulgę, a pojawiają się myśli o zakończeniu własnego życia.
Czytałam te fragmenty i kilka razy po prostu odkładałam czytnik.
Bo świadomość, że nie czytam wymyślonego dramatu stworzonego po to, żeby wycisnąć ze mnie emocje, zmienia wszystko.
A jednak „Człowiek, którym się stałem” nie jest wyłącznie historią upadku.
Jest również historią kolejnych prób wstawania. I celowo piszę „prób”, bo tutaj nic nie dzieje się raz na zawsze.
Mateusz podejmuje walkę z alkoholem. Zaczyna walczyć również o swoje ciało. Z około 165 kilogramów schodzi do 98, zmienia sposób życia, zaczyna trenować i po raz kolejny próbuje zbudować siebie od początku.
Tylko że nawet wtedy autor nie daje czytelnikowi pięknego zakończenia pod tytułem: „wygrałem”.
Pojawiają się kolejne potknięcia. Alkohol wraca. W końcu Mateusz musi przyznać przed samym sobą coś, czego wcześniej nie chciał zaakceptować: uzależnienie nie zniknęło tylko dlatego, że przez jakiś czas nie pił.
I chyba właśnie końcówka tej książki uderzyła mnie najmocniej.
Nie ma zwycięzcy stojącego na mecie z rękami uniesionymi do góry. Jest człowiek, który wie, z czym się mierzy. Autor sam pisze, że nie pokonał otyłości, nie wyleczył się z uzależnienia i nie stał się „nowym człowiekiem”. Stał się człowiekiem świadomym.
I dla mnie właśnie o tym jest ta książka.
Nie o spektakularnej metamorfozie.
Nie o tym, że wystarczy bardzo chcieć.
Nie o magicznym momencie, po którym wszystkie problemy znikają.
O odpowiedzialności za własne życie. O konsekwencjach decyzji. O świadomości swoich słabości. O tym, że czasami największym zwycięstwem nie jest powiedzenie „wygrałem”, ale podjęcie kolejnego dnia tej samej decyzji.
Po przeczytaniu ostatnich stron jeszcze mocniej wybrzmiał dla mnie napis z okładki: „Nie ma gwarancji. Jest tylko decyzja – podejmowana codziennie od nowa”.
I dokładnie taka jest ta historia.
Bez gwarancji, bez obietnicy, że od teraz będzie już tylko dobrze.
Za to z człowiekiem, który po wielu latach uciekania w końcu stanął twarzą w twarz z samym sobą.
Nie będę pisała, że jest to łatwa książka, bo nie jest. Niektóre fragmenty bolą, inne wkurzają, przy kolejnych człowiek ma ochotę zapytać: „Dlaczego znowu to sobie zrobiłeś?”. A później przychodzi refleksja, że właśnie na tym polega jej szczerość.
Mateusz nie pokazuje siebie takim, jakim chciałby zostać zapamiętany.
Pokazuje również człowieka, którym był.
I człowieka, którym każdego dnia próbuje być.
10/10.
Nie dlatego, że to idealna historia.
Dlatego, że jest boleśnie prawdziwa.
Mateusz Niedźwiecki