09/08/2026
To chyba była najszybciej rozstrzygnięta reklamacja w życiu. I tym razem byłam po drugiej stronie.
Czego bardzo nie lubi osoba zawodowo zajmująca się reklamacjami? Składać własną reklamację...
Czasami jednak trzeba.
Zakup w polskiej sieci sprzedającej ubrania sportowe. Dwie bluzy trekkingowe, po upraniu zgodnie z zaleceniami, na lewej stronie, uległy zniszczeniu. Chyba dlatego, że specyficzny materiał wymagałby raczej prania na prawej stronie.
Cztery miesiące zwlekałam z załatwieniem tej sprawy, bo jak wiadomo — szewc bez butów chodzi. Ale kiedyś musiały mi się skończyć wymówki.
Jako konsument świadomy swoich praw i obowiązków, przygotowałam zawczasu zgłoszenie reklamacyjne, w którym umieściłam wszystkie istotne elementy. Dopięłam do niego potwierdzenie z karty (paragon wyrzuciłam zaraz po zakupie) i tak uzbrojona, wybrałam się do sklepu. Liczyłam, że papierowe, odpowiednio sporządzone zgłoszenie skróci maksymalnie mój kontakt z przyjmującym reklamację.
Bo, nie będę udawać — mam alergię na niekompetencje sprzedawców w procesie reklamacyjnym. Ot, takie zboczenie zawodowe, że zawsze wiem, kiedy sprzedawca po prostu nie wie, co robić albo ma w nosie moje prawa.
Zatem miałam zgłoszenie, a pracownik sklepu miał tylko je odebrać, wraz z produktem i pokwitować na mojej kopii. Wiem też, że to również sytuacja idealna dla pracownika sklepu, bo nie musi prawie niczego robić w obecności kupującego. Potencjalny stres ograniczony do minimum.
Ale nie...
Podczas składania okazało się, że pracownik sklepu:
- próbuje wmówić mi, że tylko zgłoszenie złożone na formularzu firmy ma moc;
- do reklamacji musi być załączony paragon;
- kupujący nie może wskazać adresu mailowego jako formy kontaktu, musi podać numer telefonu, bo to firma wybiera, w jaki sposób udzieli odpowiedzi;
Dwie trzecie z tego usłyszałam już po tym, jak lojalnie ostrzegłam, że mam dużą wiedzę w tym obszarze, bo zajmuję się nim zawodowo i szkolę firmy.
Kiedy w końcu udało mi się zostawić zgłoszenie, choć musiałam jeszcze upomnieć się o datę na potwierdzeniu, wróciłam do domu i napisałam mail do centrali firmy.
Mail z propozycją szkolenia i audytu, z dokładnym wyjaśnieniem, skąd taka moja propozycja. Bo, nie łudzę się, że trafiłam na wyjątkowego pracownika. Trafiłam zapewne na typowy poziom wiedzy albo na nieciekawe standardy w organizacji.
Godzinę później dostałam informację, że moja reklamacja została uznana w całości. Na odpowiedź w sprawie propozycji szkolenia nadal czekam...