25/05/2026
Szanowni Państwo!
Chciałbym poinformować Państwa o ważnym rozstrzygnięciu w jednej z prowadzonych przeciwko mnie spraw dyscyplinarnych.
Naczelny Sąd Lekarski uchylił orzeczenie Okręgowego Sądu Lekarskiego w Poznaniu i umorzył postępowanie w sprawie dotyczącej rzekomego publicznego rozpowszechniania informacji niezgodnych z aktualną wiedzą medyczną. Chodziło o podpisanie przeze mnie dwóch dokumentów z 2020 roku: Listu otwartego polskich lekarzy, naukowców i pracowników służby zdrowia do polskich władz oraz mediów, a także Drugiego Apelu naukowców i lekarzy w sprawie szczepień na koronawirusa SARS-CoV-2 i powrotu do normalności.
Tak, proszę Państwa. Jedna z tych spraw, które przez lata przedstawiano jako dowód mojej rzekomej winy, zakończyła się umorzeniem.
Naczelny Sąd Lekarski uchylił orzeczenie Sądu I instancji i umorzył postępowanie z powodu ustania karalności przewinienia zawodowego. Innymi słowy - przez ustawowo przewidziany czas organy odpowiedzialności zawodowej lekarzy nie były w stanie doprowadzić tej sprawy do prawomocnego zakończenia.
Przyjmuję to rozstrzygnięcie z oczywistą satysfakcją.
Nie dlatego, że cieszę się z samego upływu czasu. Cieszę się dlatego, że przez kolejne lata próbowano przedstawiać mnie opinii publicznej jako lekarza, który miał działać na szkodę pacjentów i społeczeństwa, a ostatecznie sprawa nie zakończyła się prawomocnym ukaraniem. Nie wykazano w ustawowym terminie, że zasadne było ukaranie mnie za podpisanie dokumentów, w których lekarze i naukowcy domagali się debaty, normalności i uczciwego podejścia do danych naukowych.
Proszę zwrócić uwagę na jedną rzecz.
Wyrok Sądu I instancji został przeze mnie zaskarżony. W apelacji wskazałem nie tylko na błędną ocenę moich wypowiedzi, ale również na bardzo poważne uchybienia proceduralne. Jednym z kluczowych problemów była opinia biegłej prof. Iwony Paradowskiej-Stankiewicz, na której Sąd I instancji oparł swoje rozstrzygnięcie. W apelacji podniosłem, że opinia ta budzi poważne wątpliwości co do rzetelności, ponieważ - według przeprowadzonej analizy - około 90% jej treści miało zostać sporządzone przy użyciu sztucznej inteligencji, bez ujawnienia tego faktu przed sądem. To nie jest drobiazg techniczny. To jest kwestia fundamentalna. Biegły sądowy nie jest od tego, aby przedstawiać sądowi tekst wygenerowany przez narzędzie informatyczne jako własną, niezależną i fachową opinię. Biegły ma oprzeć się na własnej wiedzy, doświadczeniu i samodzielnej analizie materiału.
Co zrobił Sąd I instancji? Oddalił wniosek o przesłuchanie biegłej. A więc w sprawie, w której opinia biegłej była jednym z najważniejszych dowodów, odmówiono mi realnej możliwości zadania pytań osobie, której opinia miała przesądzać o mojej odpowiedzialności zawodowej. Sąd nie chciał wyjaśnić, w jaki sposób opinia została sporządzona, jaki był rzeczywisty udział biegłej, czy użyto sztucznej inteligencji, dlaczego tego nie ujawniono i czy taka opinia w ogóle może stanowić podstawę ukarania lekarza.
To jest kuriozalne.
Jeszcze bardziej znamienne jest to, że w sprawie tej wskazywałem również na fakt wszczęcia przez Prokuraturę Rejonową w Poznaniu śledztwa dotyczącego podejrzenia sporządzenia fałszywej lub nierzetelnej opinii biegłej. Mimo to postępowanie dyscyplinarne było kontynuowane. Innymi słowy - sąd lekarski oparł się na opinii, której rzetelność była kwestionowana tak poważnie, że sprawą zajęła się prokuratura, a jednocześnie odmówił przesłuchania biegłej i nie poczekał na wyjaśnienie tej kwestii. Czy tak wygląda rzetelne postępowanie? Czy tak powinno wyglądać postępowanie wobec lekarza, któremu próbuje się przypisać naruszenie etyki zawodowej? W mojej ocenie - nie.
Od początku podkreślałem, że istotą tej sprawy nie była żadna szkoda wyrządzona pacjentowi. Nie chodziło o błąd medyczny. Nie chodziło o zaniedbanie obowiązków lekarskich. Chodziło o wypowiedzi, o podpisanie apeli i o udział w debacie publicznej dotyczącej polityki zdrowotnej państwa w czasie tzw. pandemii. Sąd I instancji, zamiast wykazać fałsz moich wypowiedzi, w istocie przyjął, że problemem była ich niezgodność z tzw. oficjalną narracją z lat 2020-2021. A to są dwie zupełnie różne rzeczy. Czym innym jest wypowiedź niezgodna z rzeczywistością, a czym innym wypowiedź niezgodna z komunikatami władz, apelami polityków czy stanowiskami instytucji publicznych.
Lekarz nie składa przysięgi wierności „oficjalnej narracji”. Lekarz ma kierować się wiedzą, doświadczeniem, sumieniem i dobrem pacjenta.
W apelacji wskazałem również, że Sąd I instancji całkowicie pominął ewolucję wiedzy medycznej. Wiedza z 2020 roku nie może być traktowana jak dogmat. Tzw. "pandemia" była okresem ogromnej niepewności. Wiele twierdzeń podawanych wtedy jako pewniki okazało się później co najmniej dyskusyjnych. Dotyczyło to lockdownów, masek, testów, transmisji wirusa, odporności naturalnej, skuteczności szczepień w zapobieganiu transmisji czy bezpieczeństwa masowych interwencji w grupach niskiego ryzyka. Wyjaśniałem to Państwu regularnie przez cały ten ciężki czas.
Czytając opinię biegłej muszę podkreślić jeszcze jeden bardzo istotny problem: opinia ta nie opierała się na rzetelnej hierarchii dowodów naukowych. Zgodnie z zasadami medycyny opartej na dowodach, najwyżej stoją randomizowane badania kontrolowane oraz metaanalizy takich badań. Tymczasem w opinii biegłej dominowały odwołania do stanowisk instytucji, modeli matematycznych, badań obserwacyjnych i ogólnych sformułowań typu „było wiadomo” albo „eksperci uważali”.
Proszę Państwa, to nie jest nauka. To jest retoryka.
Jeżeli lekarzy oskarża się o wypowiadanie twierdzeń rzekomo niezgodnych z wiedzą medyczną, to należy wykazać to w oparciu o najlepsze dostępne dowody naukowe. Nie wystarczy powiedzieć, że WHO, EMA, CDC, minister zdrowia albo Rada Medyczna miały inne zdanie. Autorytet instytucji nie zastępuje danych. Komunikat urzędowy nie zastępuje metaanalizy. Model matematyczny nie zastępuje dobrze zaprojektowanego badania klinicznego. Biegła pomijała lub marginalizowała badania dotyczące masek - w tym Danish Mask Study oraz przegląd Cochrane, pomijała metaanalizy wskazujące na marginalny wpływ lockdownów na śmiertelność, nie uwzględniała w należyty sposób danych dotyczących transmisji wirusa przez osoby zaszczepione, nie odnosiła się właściwie do badań dotyczących odporności naturalnej. Zamiast przedstawić pełne spektrum dowodów, opinia miała - w mojej ocenie - bronić jednej z góry przyjętej tezy.
Jeżeli istnieje spór naukowy, to lekarza nie wolno karać za to, że opowiedział się po jednej ze stron tego sporu, zwłaszcza jeżeli swoje stanowisko opierał na badaniach naukowych. Nauka nie rozwija się przez dyscyplinowanie tych, którzy zadają pytania. Nauka rozwija się przez weryfikację hipotez, krytykę, debatę i konfrontację argumentów.
W tej sprawie pojawia się również problem konfliktu interesów. Prof. Iwona Paradowska-Stankiewicz była w czasie pandemii członkiem Rady Medycznej przy Premierze. To właśnie ta Rada współkształtowała rekomendacje dotyczące lockdownów, masek, izolacji, kwarantann, szczepień i ograniczeń w funkcjonowaniu społeczeństwa. Tymczasem w mojej sprawie oceniano wypowiedzi krytyczne wobec tych działań i tej polityki. Innymi słowy - osoba współodpowiedzialna za rekomendacje, które były przedmiotem krytyki, została następnie powołana do oceny lekarzy, którzy tę krytykę formułowali. Czy można w takiej sytuacji mówić o pełnej bezstronności? Czy osoba zaangażowana w tworzenie określonej polityki państwa powinna później oceniać, czy krytyka tej polityki była zgodna z wiedzą medyczną?
W mojej ocenie odpowiedź jest oczywista.
Przez lata próbowano stworzyć wrażenie, że spór dotyczył prostego podziału: z jednej strony nauka, z drugiej „antynaukowość”. Tymczasem dokumenty tej sprawy pokazują coś zupełnie innego. Pokazują, że po stronie obrony były konkretne argumenty prawne, konkretne publikacje naukowe, konkretne zarzuty metodologiczne i konkretne pytania o rzetelność opinii biegłej. Pokazują również, że Sąd I instancji nie odpowiedział na wiele z tych problemów w sposób, jakiego należałoby oczekiwać od organu wymierzającego karę zawodową lekarzowi.
Nie mogę pominąć jeszcze jednej kwestii.
W sprawie tej powtarzano, że moje wypowiedzi miały być niebezpieczne społecznie. Ale gdzie są dowody tej szkody? Gdzie wykazano, że podpisanie przeze mnie apeli spowodowało konkretną szkodę dla pacjentów? Gdzie wykazano, że przedstawione przeze mnie zastrzeżenia były fałszywe? Gdzie przeprowadzono rzetelną analizę wszystkich dowodów, również tych niewygodnych dla oskarżenia? Zamiast tego przez lata próbowano zastąpić dowody atmosferą potępienia. A przecież w demokratycznym państwie lekarz ma prawo zabierać głos w sprawach publicznych. Ma prawo krytykować decyzje rządu. Ma prawo kwestionować zalecenia, jeżeli uważa, że są niewystarczająco uzasadnione naukowo albo mogą przynosić więcej szkody niż pożytku. Ma prawo mówić o niepewności naukowej. Ma prawo pytać o skutki uboczne restrykcji, opóźnione leczenie, teleporady, izolację społeczną, nadmiarowe zgony i dramatyczne konsekwencje zamknięcia ochrony zdrowia dla pacjentów z innymi chorobami. Tym bardziej, że te działania, niestety zgodnie z moimi przewidywaniami, skończyły się ponad 200 tysiącami nadmiarowych zgonów. Ludzi, którzy mogli do dzisiaj być z nami.
Bez takiej debaty medycyna staje się administracją. A lekarz nie powinien być urzędnikiem od powtarzania komunikatów. Lekarz powinien myśleć.
Dlatego z satysfakcją przyjmuję fakt, że Naczelny Sąd Lekarski uchylił orzeczenie Sądu I instancji i umorzył postępowanie. Podkreślam raz jeszcze: sąd nie był w stanie w ustawowym terminie zakończyć tej sprawy prawomocnym ukaraniem mnie. Po latach postępowania, po opinii biegłej budzącej poważne zastrzeżenia, po odmowie jej przesłuchania, po pominięciu wielu argumentów obrony - sprawa została umorzona. Oczywiście, umorzenie z powodu ustania karalności nie jest formalnie tym samym, co uniewinnienie. Ale warto postawić proste pytanie: jeżeli przez pięć lat nie zdołano prawomocnie zakończyć sprawy, to czy rzeczywiście mieliśmy do czynienia z tak oczywistym, ciężkim i niebudzącym wątpliwości przewinieniem, jak próbowano Państwu wmówić?
Dla mnie odpowiedź jest jasna.
Dziękuję wszystkim Państwu, którzy przez ten czas okazywali mi wsparcie, przesyłali słowa otuchy i rozumieli, że sprawa nie dotyczy wyłącznie mnie. Dotyczy ona prawa lekarzy do mówienia prawdy zgodnie z własną wiedzą, sumieniem i doświadczeniem. Dotyczy prawa pacjentów do uzyskiwania informacji. Dotyczy wreszcie tego, czy w Polsce lekarz może jeszcze publicznie zadawać niewygodne pytania.
Jedna sprawa została umorzona.
To dobry dzień.