29/07/2026
Co robić po Apokalipsie?
Obiecałam tekst („Zdroworozsądkowa fantasmagoria”) dotyczący utopizmu nowoczesnej lewicy, ale w międzyczasie doszło do wymiany zdań z Jarosławem Wocialem, który dobrze reprezentuje ten właśnie typ myślenia, a w zasadzie tę postać braku pogłębionej refleksji, zadowalającej się przykładaniem do złożonej rzeczywistości społecznej własnych wyobrażeń opartych na tzw. zdrowym rozsądku, co zawsze prowadzi do zrezygnowanych westchnień nad marnością materiału ludzkiego, niezdolnego do padnięcia na kolana przed Prawdą Objawioną.
Ta wymiana opinii pozwala mi na potraktowanie spostrzeżeń JW na temat służby zdrowia jako ilustracji praktycznej mojej krytyki tego sposobu myślenia i zwalnia od analizy krok po kroku samych enuncjacji autora w odpowiednim poście.
Dodatkowo, Piotr Ciszewski zdradził niezdrowy stan ducha polskiej radykalnej lewicy po upływie paru dekad od upadku PRL. Przy okazji ujawnił niezdolność tejże lewicy do postawienia właściwej diagnozy co do przyczyn takiego stanu rzeczy, co jest zrozumiałe, albowiem taka diagnoza postawiłaby pod znakiem zapytania niemal cały dorobek polskiej lewicy od tamtej pory.
Oba wątki łączą się, albowiem oba dotyczą mentalności drobnomieszczańskiej. Używam tego przymiotnika nie w sensie wartościującym, ale w sensie opisowym.
*
W przypadku nowoczesnej, radykalnej lewicy, zniknięcie przemysłowej klasy robotniczej oznaczało, że jej miejsce jako bazy oddziaływania zajęło właśnie drobnomieszczaństwo, czyli warstwa pośrednia między dwiema klasami antagonistycznymi. Drobnomieszczaństwo zostało nobilitowane dzięki nadaniu mu miana tzw. klasy pracowniczej.
Z klasą robotniczą łączy ją status najemnej siły roboczej, natomiast rożni miejsce w społecznym podziale pracy, miejsce w stosunkach społecznych zachodzących w procesie produkcji.
Bezpośrednia klasa produkcyjna (chłopi i robotnicy) zajmuje się produkcją materialnych warunków reprodukcji społeczeństwa. Marks zauważał, że epoka kapitalizmu posunęła w sposób bezprecedensowy rozwój sił wytwórczych, co daje ludzkości szansę na przejście o etap wyżej – do społeczeństwa bezklasowego.
W intelektualnym entuzjazmie liberalno-lewicowo-demokratycznym, rozważania o tym wyższym etapie koncentrowały się na różnorodnych wspaniałych od tej pory aspektach życia człowieka w nowej rzeczywistości, zwolnionej ze smyczy alienacji i przymusu świata fizycznego, ograniczających wolność jednostki.
W optyce Marksa, wynikającej z nadawania klasie robotniczej (nie ogółowi pracowników najemnych) wyróżnionej pozycji, społeczeństwo bezklasowe to takie, w którym wspólna własność środków produkcji stanowi zabezpieczenie powszechności dostępu do dóbr materialnych, niezbędnych dla reprodukcji zarówno jednostki, jak i społeczeństwa. Na tej bazie będą się nieuchronnie rozwijać niezliczone konflikty dotyczące okoliczności związanych z nadbudową kulturową.
Podkreślmy, dla Marksa społeczeństwo bezklasowe to nie takie, w którym zanikną sprzeczności i pełna wolność indywidualna będzie się mogła upowszechnić, nie naruszając przy okazji wolności społecznej, jednym słowem – zapanuje powszechne szczęście, ale takie, w którym zostanie zabezpieczona baza materialna dla zaspokojenia podstawowych potrzeb materialnych wszystkich członków społeczeństwa. Nadbudowa kulturowa pozostaje w sferze przyszłych wyborów społeczeństwa, nie wykluczając możliwości zaistnienia sprzeczności i konfliktów. Tyle, że nikt nie będzie umierał z głodu z powodu odmienności przekonań – ujmując sprawę w ogromnym uproszczeniu.
To, że takowych sprzeczności i konfliktów nie zabraknie dowodzi proliferacja różnorodnych problemów mniej lub bardziej urojonych we współczesnym społeczeństwie od kwestii gender poczynając na prawie do eutanazji kończąc, przez akta Epsteina przechodząc. Tego typu problemy zawsze stanowiły jakiś element kultury klas panujących, które mogły sobie pozwolić na tego typu dylematy (a nawet przedstawiać je symbolicznie w postaci pomników kultury literackiej), natomiast z pozycji klasy podporządkowanej i wyzyskiwanej stanowiły nieznośną fanaberię pańską i dowód ich totalnej degeneracji.
Nawiasem można dodać, że taka wizja rzeczywistości była podłożem dla niezwykle krwawych rozpraw zbuntowanego chłopstwa z ciemiężycielami, co wywoływało retorsje po drugiej stronie, a więc obie strony stosowały proceder dziś nagminny – proceder dehumanizacji przeciwnika.
Ruch proletariacki i powstania, jakie rodził, miał charakter nieco inny, dużo łagodniejszy, bardziej „cywilizowany” jakbyśmy to ujęli. Wbrew rozpowszechnionemu dziś przekonaniu, ruch robotniczy nie odrzucał kultury burżuazyjnej. Ani Marks, ani klasa robotnicza nie odrzucali kultury europejskiej mającej swe źródło w starożytnej Grecji. Nie przyjmowali również owoców tej kultury bezkrytycznie. Wskazując na klasowe ograniczenia autorów, potrafili wskazywać na realizm wielkiej literatury burżuazyjnej, nierzadko demaskatorskiej wobec własnych mecenasów.
U Marksa, rewolucja proletariacka stanowiła nie tyle zerwanie z całością minionej historii, co jej przezwyciężenie w najbardziej heglowskim, dialektycznym znaczeniu.
*
Sumując, podstawą bezklasowości są warunki materialne osiągnięte przez społeczeństwo. A te są wypracowywane w procesie produkcji materialnej. Antagonizm klasowy zamyka się w tym obszarze i nie rozprasza się gdzie indziej. Tymczasem Nowa Lewica z korzeniami w amerykańskim buncie drobnomieszczańskiej młodzieży przeciwko powierzchownym objawom społeczeństwa burżuazyjnego przesunęła akcent z obszaru stosunków produkcji na obszar nadbudowy kulturowej (w zgodzie zresztą z krytyką marksizmu przez przedstawicieli szkoły austriackiej, która w jakimś sensie znajdowała się u podłoża mieszania sfer działalności ekonomicznej, wychodząc z założenia o subiektywności pojęcia wartości).
W ten sposób do klęski międzynarodowego ruchu robotniczego w wyniku stalinizmu doszedł jeszcze cios w postaci skutecznego oderwania sfery produkcji od zainteresowań lewicy. Zainteresowania i ambicje przesunęły w stronę akademickich spekulacji intelektualnych, które zastąpiły walkę klasową jej parodią. Możliwe że z pomocą amerykańskich służb specjalnych, a na pewno już przy użyciu środków wasalizacji Europy Zachodniej, m.in. przez zalew masowej kultury amerykańskiej o charakterze wybitnie propagandowym.
Lewica europejska ochoczo przystąpiła do „odświeżania” skostniałego marksizmu, tym bardziej, że różne autorytety od dawna już prowadziły prace na rzecz cięcia między „starym” a „młodym” Marksem, co padało na podatny grunt, albowiem „stary” marksizm łatwo utożsamiało się ze stalinizmem, mimo niepodważalnego faktu, iż ten ostatni wypływał on z nauk II Międzynarodówki, a jej nauki były odrzucane jednoznacznie przez Lenina i przez Różę Luksemburg. Przede wszystkim w warstwie ekonomicznej, co ściśle wiązało się z naszą centralną tezą – wyróżnionym miejscem klasy robotniczej. Z tezy ekonomicznej wypływała teza filozoficzna, której rozszyfrowywaniem zajmował się Lenin, poszukując inspiracji dialektycznej u Hegla (podobnie jak Marks i dochodząc do podobnych wniosków). Ten kierunek myślenia Lenina, idący pod prąd nauczania II Międzynarodówki, został odrzucony przez Stalina i stalinizm. Stalinizm wolał się trzymać kursu II Międzynarodówki z konsekwencjami z tego płynącymi – spowolnionym tempem podążania w dokładnie tym samym kierunku, co lewica na Zachodzie. Wszystkie kolejne reformy stalinizmu i poststalinizmu świadczą dobitnie o tym trendzie, który Trocki charakteryzował jako konieczny proces ewolucji biurokracji stalinowskiej.
W końcówce lat 80-tych ub. stulecia słowo stało się ciałem i proces konwergencji (bardziej jednostronnej niż dwustronnej – ta ostatnia to wymuszone państwo socjalne w Europie Zachodniej) dobiegł ostatecznego końca. Ku wielkiemu skądinąd ukontentowaniu nowoczesnej lewicy radykalnej, która w upadku poststalinizmu dostrzegała jedynie benefity w postaci możliwości uwieszenia się na owym warunkowym i rachitycznym składniku nierównej konwergencji – zachodnim państwie socjalnym.
Ofiarą tego katastrofalnego myślenia byli więc członkowie lewicy, ideowo wrodzy stalininowskiej biurokracji, tacy jak np. Piotr Ikonowicz, który sikał po nogach ze szczęścia, że Polska dołączy do UE i do zachodniego dobrobytu, nie mówiąc już o zaistnieniu nad Wisłą warunków dla godnej i efektywnej walki o prawa obywatelskie i pracownicze ze względu na pojawienie się upragnionych instytucji demokratycznych państwa burżuazyjnego. Poza faktem, że w realnych, potransformacyjnych warunkach Ikonowiczowi i kilku pokoleniom jego dzieci i wnuków nie zabraknie powodów do mało owocnego użerania się z instytucjami demokratycznego państwa, ten model myślenia okazał się zbankrutowany tuż po zakończeniu transformacji systemowej, czyli zmiany ustrojowej. Wysiłki pracy organicznej od podstaw w wykonaniu radykalnej lewicy reformistycznej nigdy nie przyniosą w efekcie zmiany formacji kapitalistycznej na socjalistyczną.
To jak walka z hydrą – Herkules ciął z zapałem łby Hydry, ale w miejsce jednej natychmiast odrastało ich dziesięć. Dziś lewica radykalna zadaje sobie pytanie, co poszło nie tak?
Herkules w końcu sobie poradził przypalając rany po odciętych łbach, ale jeśli współczesnemu Herkulesowi nie stało pochodni, to co?
*
Doszliśmy więc do momentu, w którym działactwu lewicowemu odechciało się... No cóż, bohaterowie są zmęczeni. I zgorzkniali.
Lewica radykalna podzieliła się w efekcie na dwa obozy – jeden pozostał na starych pozycjach nieprzejednanego antykomunizmu, który dziś organizuje się wokół wrogości wobec Rosji. Rosja jest traktowana nie tylko jako totalitarny potomek stalinowskiego autorytaryzmu, mimo oczywistości faktu, że uosabiana przez Putina kasta nowej administracji stojącej na straży interesów rodzimej burżuazji kompradorskiej tyle ma wspólnego z komunizmem Lenina, co cała kasta stalinowska minionych dekad ZSRR i jest dziś tylko emanacją tego procesu przewidywanego przez Trockiego.
Po upadku bloku można było jeszcze przez jakiś czas sądzić, że Rosja jest traktowana jako spuścizna po ZSRR nie tylko przez nową lewicę, ale i przez tzw. demokratyczny Zachód, który nie wybacza grzechu pierworodnego, czyli zamachu na świętą własność prywatną. Tak jeszcze uważał Adam Schaff.
Problem w tym, że sama Rosja zamachnęła się na ową świętość, czyli dokonała mordu inicjacyjnego na swoim społeczeństwie, który miał ją wprowadzić do kapitalistycznej sekty. Kosztem społeczeństwa, podobnie zresztą jak i w pozostałych krajach posocjalistycznych. Na gruzach własności społecznej, która w warunkach stalinizmu nigdy nie wyszła poza ramy własności państwowej, a więc, gdzie wyzysk klasy produkcyjnej dokonywał się nadal (i przy okazji posłużył budowaniu tzw. klasy średniej), stworzono system kapitalizmu zależnego, czyli zepchnięto te kraje do pozycji otoczenia quasi-kapitalistycznego. Z korzyściami wymiernymi dla nowej klasy kompradorskiej i grupy zawodowych polityków, wśród których mamy jeszcze niedobitki poststalinowskiej elity.
Jednym słowem, z grzechu pierworodnego pozostało ideologom kapitalizmu i postkapitalizmu przekonywanie samych siebie, że Rosja jest miejscem tajemnym, w którym są skupione szczególne warunki dla rodzenia się Zła absolutnego, a mianowicie – horribile dictu! - komunizmu. Radykalna lewica wiąże to, rzecz jasna, ze stalinizmem, który w jej opinii w niczym nie ustępuje imperializmowi carskiemu, a więc tendencji do podporządkowania ludów skolonizowanych autorytarnej władzy wywiedzionej z dziedzictwa tatarsko-mongolskiego, jakiemu wierni są po dziś dzień Rosjanie.
Niemniej, zachodnia prawica zdołała dość szybko przejść do porządku dziennego nad rosyjskim, poradzieckim „grzechem pierworodnym”. Pozostała przy jego ekskomunice... lewica.
W ten sposób, wszystko, co autorytarne, historycznie przypisuje się umownej Moskwie, zaś pozostałe dziedzictwo terenów imperium carskiego, znajdujące się na pograniczu Europy i tak rasistowsko pojmowanej Azji przypisuje się... Ukrainie. W ten oto magiczny sposób dopisywana jest Ukrainie cała wielka część historii powstawania imperium carskiego poprzez jego różne meandry, ściśle oddzielając ziarna od plew – plewy, oczywiście, wrzucamy do garnuszka Rosji.
*
Nawiązujemy tym samym do dziedzictwa połączenia polskiego ruchu robotniczego z ruchem narodowo-wyzwoleńczym skierowanym przeciwko zaborcom, ze szczególnym uwzględnieniem Rosji. Pozostali zaborcy pozostają z nami, Polakami, w nieco ambiwalentnych stosunkach. Analogicznie do postaw na Ukrainie w odniesieniu do Zachodu (w tym i do nas), pozostali zaborcy są postrzegani jako więź z wyższą kulturą zachodnioeuropejską, z drugiej strony – pozostają niektóre zaszłości przeszkadzające w ułożeniu do końca dżentelmeńskich stosunków.
Zwolennicy oparcia swej ograniczonej suwerenności na UE bagatelizują zagrożenie ze strony imperializmu niemieckiego, który na naszych oczach skutecznie się odradza. Faktycznie, z tego punktu widzenia, tylko utrzymanie jak najściślejszej Unii ze zrzeczeniem się suwerenności i nadzieją (płonną), że te ograniczenia będą demokratycznie przypisane wszystkim podmiotom europejskim, ratuje Polskę przed kolejnym starciem z mapy.
W obecnej chwili mamy sytuację, w której proces rozpadu UE (w postaci jej mniej lub bardziej długotrwałego gnicia) stał się niemożliwy do zahamowania. Wraz z zanikiem alternatywnego obozu stawiającego na międzynarodowy podział pracy w ramach wzajemnych porozumień o współpracy (choćby i w (post)stalinowskim wydaniu) skończyła się podstawa dla akceptacji nowolewicowej polityki międzynarodowej wśród społeczeństwa.
Tymczasem atrakcyjność tej polityki ujawniła się w nieoczekiwanym względnym poparciu krajów Globalnego Południa dla Rosji w jej starciu z amerykańskim imperializmem. Oparcie wymiany międzynarodowej na zasadzie współpracy, a nie konkurowania, zwalczania i niszczenia jest aspiracją społeczeństw Globalnego Południa, które każe im postrzegać w Chinach lidera wielobiegunowego świata, po którym ludzie obiecują sobie wiele. Niekoniecznie opiera się to na uzasadnionych podstawach.
Polityka nowoczesnej lewicy – opierania społeczeństwa egalitarnego na (post)kapitalistycznych podstawach – staje się anachroniczna. Zostaje utożsamiona z woke'izmem, z globalizmem, a więc stanowi wygodny worek treningowy dla wszelkiej maści prawicowych napastników. Nie, żebyśmy tu użalali się nad lewicą radykalną. Macie, czegoście chcieli!
Najbardziej w tej sytuacji jest bita radykalna lewica, która usiłuje zajmować pozycje wyważone (np. PD w naszych warunkach). Tego typu formacje stały się przeżytkiem i nie odpowiadają na wyzwania czasu. Wciąż mówią o tym, co powinno być, a nie o tym, co jest i co należy robić. Nie potrafią się wznieść ponad poziom działactwa i zamykają się w kręgu dbałości o własne kariery zawodowe i wciąż parciejące sfery filantropii, w których wyczerpują swoje i tak już niewielkie rezerwy sił i środków. Takie formacje jeszcze trzymają się z dala od popadania w tendencje nacjonalistyczne, bijąc się ze skutkami własnej ambiwalencji na ten temat. To uwidocznia się w mniej lub więcej wyważonej analizie konfliktu rosyjsko-ukraińskiego, z tym, że w obecnych warunkach otwartego stawiania na nacjonalizm i przewidywalnego zwycięstwa tego trendu, taka pozycja predestynuje tylko do bicia z lewa i z prawa.
Część lewicy radykalnej, autyautorytarnej, z biegiem czasu zreflektowała się, że za tego poststalinizmu to jeszcze tak najgorzej nie było. Nacjonalizm jako ideologia stalinizmu, ostatnia prosta na drodze do bezapelacyjnej kapitulacji przed kapitalizmem, sprawił, że lewica posttrockistowska i radykalno-socjaldemokratyczna, znalazła sposób na pogodzenie się ze stalinizmem w wersji „post” i przeszła na pozycje narodowo-suwerenistyczne jako wyraz pragmatyzmu politycznego naszej doby.
Zadowolony tu został radykalny reformizm owej formacji lewicowej, który i tak już od transformacji zamknął się w formule „umiarkowanego postępu w ramach prawa” i celebrowania zdrowego rozsądku, który nakazuje stawiać interesy państwa suwerennego na pierwszym miejscu. Wracamy wciąż do aksjomatu, że w suwerennym państwie z demokratycznymi instytucjami będzie nam lżej walczyć o interesy społeczne.
Oba skrzydła lewicy walczą więc o interes państwowy (narodowy), postrzegając szanse na jego zachowanie w odmienny sposób. Oba są z tej perspektywy racjonalne, ponieważ to obiektywna rzeczywistość stoi na krawędzi wyboru dalszego biegu Historii. Z winy nowej lewicy jako trendu antymarksowskiego światu nie dano możliwości trzeciego wyboru, posyłającego oba łby Hydry do diabła.
*
Jednym słowem, znajdujemy się w przeddzień wielkiego przewalenia się koła Dialektyki. Proces doszedł do momentu, w którym sprzeczności i konflikty narosły tak bardzo, że nie ma możliwości, aby wysnuć z nich kontynuację tego, co jest. Po przewaleniu się koła, wejdziemy w świat, który trzeba będzie w jakimś sensie budować na nowo. Niemniej, jedna rzecz pozostanie nam po minionym cyklu, a mianowicie, że wejdziemy w nowy ze starym szajsem, tj. z podzielonymi już środkami produkcji wśród właścicieli. Ta kwestia, uznana przez lewicę za nieważną, albowiem jest ona realnie nieważna z perspektywy drobnomieszczaństwa, będzie nam określała nowy cykl dziejowy i wyznaczała jego konflikty. Szansa wyjścia ludzkości poza fazę prehistorii została zaprzepaszczona.
W nowej rzeczywistości, liczebność tzw. przyszłej niedoszłej klasy średniej zostanie gruntownie zredukowana, ponieważ ogromna klasa średnia nie jest potrzebna społeczeństwom rozwijającym się w sposób stagnacyjny. Natomiast w społeczeństwie dynamicznym, jak kapitalizm, tzw. klasa średnia jest nawozem tworzącym nowy proletariat.
Epoka kapitalizmu stworzyła zróżnicowanie w ramach globalnej gospodarki, co pozwoliło na przyspieszenie niektórych regionów w stosunku do innych. Gospodarka tradycyjna (formacja azjatycka) nie jest do tego zdolna, ponieważ opiera się ona na stopniowej ekspansji tego samego modelu gospodarowania na coraz szersze tereny, nie dopuszczając do wzajemnej konkurencji. Konkurencja jest autorytarnie, od góry, blokowana. Imperium wchłania elity regionów podporządkowanych, którym pozwala rozwijać się poniekąd w izolacji, zaś migracja ogranicza się do warstw i grup wyższych, nie związanych z produkcją dóbr materialnych. Model się rozszerza, a nie podbija po to, aby zniszczyć. Ten ewolucyjny charakter sprawia, że społeczeństwa są niepodatne na bunt, albowiem ich sytuacja jest stała. Taki była charakter imperium carskiego, a więc model kolonializmu wewnętrznego, tak znienawidzony przez antytotalitarną lewicę radykalną. Model, którego archetyp tkwi w głowach lewicowych i skutkuje atawistyczną wrogością do Rosji jako do modelu, a nie tylko jako do organizmu państwowego.
Z perspektywy nowolewicowej, ważne w tym modelu jest faktyczne zniewolenie jednostki. Zniewolenie, jak to w modelu azjatyckim, związane jest z poczuciem bezpieczeństwa w strukturze społecznej, a więc z problemem, jaki jeszcze Marks stawiał w swoim czasie, przy ocenie kolonializmu brytyjskiego w Indiach. Ocena zależy od punktu widzenia.
Kolonializm Zachodu polegał na blokowaniu rozwoju podbitych terenów i ich wyzysk w celu prowadzenia wewnątrzkapitalistycznej (wewnątrzimperialistycznej) konkurencji. Rozrywając strukturę anachronicznego, „feudalnego” społeczeństwa kolonizowanego, kapitalizm spełniał jednocześnie funkcję czynnika wyzwalającego jednostkę. Podobnie, jak u siebie, w Europie.
Jednak to wyzwolenie odbywało się za cenę utraty marnego, ale zawsze, miejsca w strukturze społecznej. Pewność przetrwania (lub solidarnej zguby) związana z tkwieniem w silnym związku rodzinnym, plemiennym czy innym wspólnotowym zanikła, rodząc wyzwolenie indywidualne.
Dzięki oddzieleniu siły roboczej od właściciela środków produkcji, pojawiła się masa zgłaszająca popyt, a więc gwarant opłacalności produkcji masowej (dóbr materialnych, przydatnych do reprodukcji fizycznej). Oczywiście, kapitał finansował ten proceder odbijając sobie nie tylko na płacach roboczych, ale przede wszystkim na eliminowaniu konkurencji z zewnętrznych rynków zbytu oraz na drenowaniu bogactwa poprzednich pokoleń we własnym kraju.
Kiedy zbrakło tego drugiego elementu, imperializm przybrał na sile, stał się głównym motorem dynamiki kapitalizmu jako formacji. Po opanowaniu świata, kapitał wrócił do sytuacji, w której dochodzi do absurdu czerpania zysku ze środków, które sam wcześniej włożył w produkcję. To skutkuje ucieczką kapitału w sferę finansową, a więc w sferę czystego przejmowania zysków w walce między samymi kapitalistami. To z kolei prowadzi do dezindustrializacji, ponieważ kapitał przemysłowy nie widzi sensu w podejmowaniu produkcji, którą musi sfinansować z własnych środków (brak możliwości drenażu i tak już sproletaryzowanego społeczeństwa), produkcji, która nie przyniesie zysków, ponieważ nie sposób bez strat upchnąć jej na zewnętrznych rynkach opanowanych przez konkurencję itd., itp.
Kapitalizm gnije od środka, pozostając, przy okazji, formacją, na aksjomacie trwałości której nowoczesna lewica antymarksowska opiera swoje nadzieje na zachowanie demokratycznych instytucji.
Jeżeli lewica tego nie potrafi zrozumieć, to bez diagnozy trudno liczyć na znalezienie leku na chorobę.
*
Można sobie konstruować nieskończoną liczbę projektów naprawiających naszą służbę zdrowia i dowolny inny sektor usług, ale każdy będzie słaby tym, że nie ma sił społecznych zdolnych za nim stanąć. Zdrowy rozsądek podpowiada, że problem jest techniczny. Zdrowy rozsądek wychodzi bowiem z aksjomatu, że państwo dysponuje nieskończoną możliwością finansowania dowolnego projektu, albowiem ma zdolność zadłużania się bez końca (najwyżej się weźmie i anuluje długi). Problem w tym, że utrzymywanie się fikcji o możliwości sfinansowania wszystkiego dzięki pieniądzowi wirtualnemu jest na dłuższą metę niemożliwe.
W zastosowaniu do polityki wewnętrznej, pieniądz wirtualny natychmiast jest sprawdzany (jak w grze w karty) co do swojej realności. Jeśli nie ma wystarczającej liczby dóbr zaspokajających popyt, to zaczyna się inflacja, ponieważ pieniądz sprawdzony musi się przyznać, jaka jest jego prawdziwa wartość. A jeśli nie stoi za nią wartość materialna, to spuszcza oczy, podwija ogon i musi wyznać prawdę o sobie.
Państwo o niesuwerennej pozycji międzynarodowej, nie popartej siłą ekonomiczną, nie może zadowolić się stwierdzeniem, że wirtualny pieniądz kupi nam wystarczającą ilość pożywienia na zewnętrznym rynku. Pieniądz wirtualny musi konkurować z silniejszymi rywalami na rynkach międzynarodowych, a więc jego fałszywe pretensje będą rozszyfrowane jeszcze szybciej niż na rynku wewnętrznym.
Analitycy trąbią o tym, co marksiści wiedzą od zawsze, że brak podstawowych mocy produkcyjnych (dezindustrializacja) stawia kraj w sytuacji bezradności w przypadku niekorzystnego złożenia się zewnętrznych okoliczności. Konflikt rosyjsko-ukraiński pokazał to dobitnie – nadzieje na rzucenie Rosji na kolana w wyniku przewidywanego zawalenia się jej gospodarki okazały się płonne – jesteśmy przy 22. pakiecie sankcji nieodmiennie ostatecznie rozwiązujących problem. Gospodarka rosyjska ma jednak szanse się wykończyć w wyniku wyniszczającej obie strony wojny, ale nie daje to Europie dobrych perspektyw. Rozpad Rosji nie będzie skutkował podporządkowaniem jej surowców potrzebom odbudowującej się (jeśli wierzyć zapewnieniom polityków) europejskiej gospodarki. Rosja stanie się terenem ostatniego kawałka tzw. otoczenia niekapitalistycznego, o który będą się bić gospodarki ekspansywne. Utrzymanie Federacji Rosyjskiej jest w interesie odbudowy gospodarki niemieckiej (a co za tym idzie – unijnej), ponieważ sojusz z Niemcami pomaga utrzymać pozostałych drapieżników z dala od Rosji.
Jednak wówczas mamy nieciekawe perspektywy dla Polski, jeśli Polska chce być regionalnym mocarstwem. Agresywna polityka nacjonalistyczna jest obliczona wyłącznie na wsparcie amerykańskie, czyli na to, że Polska będzie odgrywała w regionie rolę czynnika skłócającego pozostałe kraje europejskie, co ponownie sprowadzi Polskę do roli „chorego człowieka Europy” i grozi wymazaniem z mapy. Jedyna szansa polegałaby na tym, że Polska byłaby zdolna zastąpić Niemcy pod względem politycznym (co politycy P*S uważają zapewne za możliwe) oraz ekonomicznym (co wydaje się nader ambitnym planem). Ale jednocześnie musiałaby przejąć niemiecką postawę współpracy z Rosją, co wydaje się już całkiem nieprawdopodobne. Dlatego nawet politycznie Polska nie jest w stanie przejąć roli Niemiec w UE.
Część, jak na razie większa, społeczeństwa uważa, że Polska powinna zadowolić się wygodną pozycją jednego z beneficjentów istnienia UE i modlić się o utrzymanie tej struktury, nawet jeśli przybliża się ona niebezpiecznie do totalitaryzmu w dążeniu do utrzymania swojej spójności.
Jak widać, w sytuacji walki o przetrwanie nie sposób wymagać od dowolnego systemu politycznego sprawnie funkcjonującej demokracji. Dlatego imperializm wymaga kategorycznie demokracji od państw znajdujących się na krawędzi rozpadu. Ten wymóg skutecznie przyspiesza oczekiwany proces.
*
Pragmatyczna lewica radykalna słusznie czuje się zmuszona do wyboru między dwiema opcjami, które jakoś są obliczone na przetrwanie tego, co jest. Bo tego, czego nie mamy, nie będziemy wszak bronić. To jest bardzo racjonalne, wręcz – zdroworozsądkowe.
Rozkład struktur społecznych, w tym polaryzacja społeczeństwa prognozowana przez Marksa w jego rozważaniach o schyłku kapitalizmu, sprawia, że grupy społeczne, sprowadzone do drobnomieszczaństwa, tracą poczucie solidarności. Bogactwo do podziału nie jest stałe, jak to w społeczeństwach stagnacyjnych, tylko obecnie gwałtownie się kurczy. Im więcej kumulują w swoim ręku grupy uprzywilejowane dochodowo, tym bardziej wirtualnym staje się pieniądz w ręku tzw. szarych obywateli. Wszystko to bowiem odbywa się w obiegu zamkniętym. Trend do lokowania w celu zabezpieczenia środków ma sens, kiedy spodziewamy się tąpnięcia. Jednocześnie napędza to i tak już przyspieszone tempo dewaluacji pieniądza. Nie sposób oczekiwać innej postawy ze strony rządzących, dla których środki publiczne są źródłem dochodu. Mamy warunki dla rozkwitu korupcji jako objawu rozpadu organizmu państwowego. Rozwarstwienie społeczne, przy braku możliwości lub ogromnych komplikacjach przy wyjściu na zewnątrz rozrywa logikę rynku wewnętrznego. Nie sposób dopasować cen do poziomu możliwości wszystkich uczestników rynku konsumpcji. To, co dla jednego jest śmiesznie tanie, dla drugiego pozostaje nieosiągalne i powoduje jego wycofanie się z łańcuszka popytu efektywnego. Funkcjonowanie jednolitego rynku wewnętrznego staje się niemożliwe.
A to są przecież prawomocne marzenia każdego o tym, aby mógł się dorobić na tyle, na ile pozwalają mu jego rozliczne talenta. Jego wolność indywidualna polega zawsze na możliwości nie zwracania uwagi na innych uczestników rynku i zachowania czystego sumienia. Bo na tym polega właśnie wolność indywidualna, której nie przewidywał socjalizm realny i dlatego przegrał. Przynajmniej wedle grup społecznych stanowiących elektorat nowoczesnej lewicy.
Jednocześnie, możliwość pogodzenia takiej wolności indywidualnej z interesem ogólnospołecznym wynika nieuchronnie z opieki państwa. Państwo wolne, demokratyczne, to państwo, które nie narzuca swoim obywatelom ograniczeń, nie poskramia owej wolności indywidualnej, ale umożliwia spełnienie tych marzeń dla wszystkich. Jak pisałam wcześniej, aksjomatem nowoczesnej lewicy jest to, że państwo ma na to wystarczająco środków. Problemu więc nie widzi.
Prawica różni się od lewicy tym, że prawica nie stoi na takim założeniu i uważa, że państwo nie ma wystarczająco środków, ale może je zdobyć dzięki wygraniu konkurencji z innymi podmiotami narodowymi o to, czyj pieniądz wirtualny nabierze cech pieniądza realnego, czyli takiego, za którym stoi strumień dóbr rzeczywistych. A to oznacza wojnę wszystkich ze wszystkimi.
Lewica konsekwentnie traci poparcie, ponieważ jej założenia są coraz jawniej niespójne z rzeczywistością, jaka wyłania się oczom szarych obywateli. Lewica przegrywa na jej ulubionym polu pragmatyzmu. Nie dlatego, że straciła umiejętność kreowania pustych postulatów, ale ponieważ wszyscy dostrzegają ich bezdenną pustkę.
*
Przemysłowa klasa robotnicza ma prosty program, ponieważ znajduje się w samym sercu produkcji wartości materialnych. Również przejęcie narzędzi produkcji jest programem narzucającym się w tej sytuacji. Jednym słowem, robotnicy skupiają w swoim ręku wszystkie niezbędne przesłanki skutecznej zmiany społecznej.
Tylko, że... klasy robotniczej już nie ma.
Jak w tych warunkach ma działać lewica radykalna?
Czy istnieje możliwość, aby miała jakiś własny program, nie sprowadzający się do wspierania jednego z trendów dzisiejszego kryzysu?
Przedstawianie prawdziwej sytuacji jest krokiem do konstrukcji takiego programu. Pamiętamy, że Lenin nie przewidywał, iż jego pokolenie doczeka rewolucji socjalistycznej. Co nie przeszkodziło mu w studiowaniu warunków pod przyszłą rewolucję. Wyciąganie krytycznych wniosków z doświadczenia ZSRR ma tu ogromne znaczenie.
Pamiętać też musimy, iż grupy społeczne różnią się postaciami świadomości społecznej, z których nie każda nadaje się na świadomość klasową. Ta ostatnia przysługuje klasom antagonistycznym, zdolnym stać się klasą dla siebie. Klasa dla siebie oznacza klasę, której świadomość idzie w parze z możliwościami urzeczywistnienia własnego interesu klasowego. Grupy i warstwy pośrednie są uzależnione od stosunku sił klas antagonistycznych.
*
Podsumowując: Społeczeństwo bezklasowe to takie, w którym rozwiązano tylko jeden problem, ale jest to problem podstawowy – zabezpieczenia każdego na takim poziomie, na jakim może sobie pozwolić dane społeczeństwo. Dzięki temu, że o produkcji i podziale decydują pracownicy produkcyjni (zabezpieczający realną wartość pieniądza czy innego narzędzia wyrazu wartości), a równowaga między potrzebami społecznymi a wysiłkiem potrzebnym dla zaspokojenia tych potrzeb jest zachowana.
Mając ten warunek spełniony, otrzymujemy automatycznie mechanizm podziału wtórnego. Wszystko inne jest przedmiotem demokratycznych negocjacji i spekulacji intelektualnych.
Tzw. proletariat sektora informatycznego, spełnia kryteria nie proletariatu, ale drobnomieszczaństwa, ponieważ ewentualne przejęcie narzędzi „produkcji” nie przybliża ich do zapanowania nad warunkami reprodukcji społeczeństwa. Takimi warunkami przed robotnikami dysponowało tylko chłopstwo. Przewaga technologiczna to narzędzie przejmowania wartości dodatkowej nadzwyczajnej w skali międzynarodowej, nie tworzenie warunków reprodukcji społecznej.
*
Czy więc jesteśmy skazani na bierność, ewentualnie obserwowanie, jak wykluwa się proletariat Globalnego Południa? Obserwowanie tego z nutą sympatii będzie o tyle utrudnione, że w międzyczasie nas samych czeka epoka trudności, które każą zapomnieć o ambicjach lewicowych.
Co robić?
- Przede wszystkim: postawić właściwą diagnozę. Żyjemy w okresie przypominającym początek ery kapitalizmu (po schyłku następuje nowy początek), czyli w okresie gwałtownej pauperyzacji i następującej po niej proletaryzacji warstw średnich, nie związanych bezpośrednio z produkcją. O kryzysie tzw. klasy średniej mówią wszyscy i wiadomo, że jest to niezawodna cecha towarzysząca upadkowi dowolnej cywilizacji. Zbiega się z Marksowską prognozą dotyczącą schyłku kapitalizmu, kiedy mamy do czynienia z niemożnością utrzymania trendu maksymalizacji zysków.
Nie będzie to okres istnienia wykrystalizowanej klasy robotniczej, ale etap kształtowania się proletariatu, jeszcze w postaci magmy, która stanowi zlepek różnorodnych poziomów rozwoju świadomości społecznej, mniej lub bardziej zradykalizowanej. Ze względu na tę magmową istotę świadomości, proletariat jest podatny na różnego typu koncepcje utopijne, czerpiące natchnienie z podniosłych, ogólnohumanistycznych refleksji, ale nie wzniesionych jeszcze na poziom naukowej analizy Marksowskiej. Marksizm należy studiować, aby zdawać sobie sprawę również z tego, na jakich pozycjach znajdują się jego nieprzejednani wrogowie z lewa, odpowiedzialni za postępującą konwergencję z prawicowymi, antyrobotniczymi systemami światopoglądowymi.
- Stawiać na reindustrializację ze świadomością skutków politycznych tego procesu. To wymaga od lewicy odpowiedniego kształcenia kadr, tak aby rozumieć istotę świadomości klasowej, której zaistnieniu będzie sprzyjała radykalizacja świadomości społecznej w nowych warunkach.
- Stawiać na proces współpracy, a nie konkurencji, w ramach międzynarodowego socjalistycznego podziału pracy.
Te punkty wskazują, że lewica będzie zdecydowanie stała w opozycji do prawicy.
Należy rozumieć historię ZSRR posługując się kalką Unii Europejskiej. Ta ostatnia wykorzystała powojenną sympatię społeczeństwa dla idei oparcia relacji międzynarodowych na zasadach przyjaźni, a nie rywalizacji. Współcześnie mamy do czynienia z trendem odwrotnym, z przechodzeniem społeczeństwa na stronę przywiązania do interesu partykularnie narodowego, w opozycji i wrogości do pozostałych państw narodowych. Konflikty między państwami narodowymi są bagatelizowane jako takie, które dają się łatwo trzymać pod kontrolą i pozostają regionalne, w przeciwieństwie do konfliktów militarnych doby imperializmu przemianowanego na globalizm. UE napotyka na te same problemy związane z koniecznością ograniczenia suwerenności narodowej, z jakimi borykał się ZSRR stanowiący pewną próbę stworzenia wspólnoty interesów tego samego typu.
Jeżeli dziś prawica używa do dyskredytacji UE terminu „eurokołchoz”, to wynika to z tego właśnie odczucia analogii, która ma w zamierzeniu potęgować grozę utraty suwerenności. To samo wynika z pomieszania z poplątaniem związanego z kojarzeniem idei Unii z komunizmem. Kiedy dwoje mówi to samo, to to nie jest to samo.
Należy na historię ZSRR spojrzeć jak na historię tendencji do stworzenia przestrzeni stawiającej na współpracę, a nie na konkurencję – w opozycji do kapitalizmu. Jeśli krytykujemy zasadnie stalinizm, to zauważamy, że jego charakterystycznym aspektem było podkreślanie aspektu narodowego, a nie internacjonalistycznego. Krytyka nowolewicowa ZSRR opiera się na krytyce tego aspektu stalinizmu, nie zwracając uwagi na fakt, że stało to w całkowitej sprzeczności z koncepcją stworzenia obszaru jedności interesu społeczeństw w programie bolszewickim. Nie ma co szukać w fantazjach rozbieżności między bolszewizmem a stalinizmem w innych sferach, ta jest i pozostaje fundamentalna. Celowo jest zamazywana przez prawicową i nowolewicową krytykę ZSRR.
Czynnik narodowy pozostaje czynnikiem dywersji przeciwko systemowi jednolitych interesów w obu przypadkach: ZSRR i UE.
Lewica nowoczesna, zrodzona z postmarksizmu, musiała ulec degeneracji w lewicę burżuazyjną, ponieważ odrzuciła busolę w postaci interesu klasowego klasy bezpośrednio produkcyjnej, który wyznaczałby uwarunkowania konieczne dla budowy autentycznej jedności europejskiej. Stąd tak łatwo przyszło podważyć konstrukcję europejską z perspektywy ponadklasowej solidarności narodowej. A lewica zachodnia przerodziła się w systemowe oparcie na rzecz elit biurokracji europejskiej.
W realizacji zadań należy umiejętnie łączyć postulaty reformistyczne z postulatami wynikającymi z klasowego interesu. Reformizm jest elementem taktyki, która w przypadku nowoczesnej lewicy zastąpiła strategię. Trzeba mieć świadomość różnicy między jednymi a drugimi. Należy podtrzymywać analizę krytyczną okresu radzieckiego z celem wyciągnięcia lekcji dla odrodzonego ruchu robotniczego.
Przy okazji, tak wielki obrót koła Historii nie obędzie się bez przewartościowań filozoficznych. Wydaje się więc, że przed nami wyłania się bardzo ciekawy okres dyskusji w tej sferze.
W tej szerokiej perspektywie należy traktować marksizm jako teorię mającą jeszcze sporo do powiedzenia, albowiem jej części praktyczne i pragmatyczne bardzo ściśle wiążą się z częścią filozoficzną.
Analiza Alexa Krainera rzucająca światło na sposób, w jaki światowy system finansowy ratuje się przed bankructwem i co z tego wynika – to pożyteczny materiał dopełniający.
Ewa Balcerek
29 lipca 2026 r.
Alex Krainer is a market analyst, author & former hedge fund manage...