10/07/2019
Pozdrawiamy Cię serdecznie Anita🖐
"Be careful what you wish for, you might receive it"
/William Wymark Jacobs/
Dawno, dawno temu, w miasteczku podobnym do innych, mieszkała sobie zwyczajna dziewczynka. Nie była ładna ani brzydka, mądra ani głupia, bogata ani biedna. Jej życie nie różniło się niczym specjalnym od życia dzieci w okolicy. Wiodła byt przypominający egzystencję motyla, albo konika morskiego - budziła się i zasypiała bez świadomości swojego istnienia, nie wiedząc kim jest, ani po co się urodziła. I mimo że jej postać odbijała się wyraźnie w lustrze, z jakiegoś tajemniczego powodu, czuła się niewidzialna... Aż dnia pewnego, podczas zabawy choinkowej w zakładzie pracy swojego ojca, dostała do ręki magiczny przedmiot - mikrofon. Wydała z siebie głos i odkryła, że... istnieje! Że ją widać i słychać.
Moment z mikrofonem stworzył mnie, określił jako człowieka. W ułamku sekundy wkroczyłam na drogę swojego przeznaczenia. Czy to był wybór? Nie, raczej impuls. Przebłysk światła, w stronę którego zaczęłam podążać. Prawdziwy jego blask oślepił mnie wiele lat później, kiedy to po raz pierwszy usłyszałam swój głos w radiu... Stało się to wiosną 1994 roku, w dusznym mieszkaniu nauczycielki od matematyki, udzielającej mi korepetycji przed maturą. Siedziałam przy kuchennym stole, beznadziejnie zwieszona nad zeszytem, próbując pojąć wredne całki, gdy nagle z małego tranzystorowego odbiornika z antenką, popłynęły pierwsze dźwięki utworu "Zanim Zrozumiesz". Ani ja, ani moja profesor, nie odezwałyśmy się słowem. Całki stały się nagle jeszcze większą abstrakcją. Obie wiedziałyśmy, że i tak do niczego mi się nie przydadzą.
Minęło już sporo miesięcy od mojego pierwszego spotkania z Robertem Jansonem i chłopcami z Varius Manx. Zazwyczaj umawialiśmy się w domu braci Marciniaków, Pawła i Michała, w jednej z łódzkich kamienic. Do dziś pamiętam ich małego wściekłego psa - nigdy nie przestawał szczekać i obgryzał mi nogi na powitanie. Jak ja go nie cierpiałam! Pamiętam też ich mamę - cichą, przemiłą kobietę, która raczyła nas niekończącymi się herbatkami i ciastem. Rzadziej dołączał do nas Sławek Romanowski, perkusista. Jako jedyny z nas był po ślubie i miał już dziecko. Niewiele wiedziałam o członkach VM, poznawaliśmy się powoli. Od samego początku jednak, była to relacja całkiem innej natury, niż ta którą miałam niegdyś ze swoim zespołem Certificado z Piotrkowa. Zostałam niejako doklejona do całej sytuacji. Grupa istniała od kilku lat, wydali wcześniej dwie płyty. Czułam się trochę jak uczestnik wycieczki, który dołączył do niej z opóźnieniem - starałam się nadążyć za wszystkimi i nie zadawać zbyt wielu pytań. Przewodnikiem był Robert, starszy znacznie od nas, dla mnie bardziej Pan, niż kolega z bandu. W pierwszym kontakcie wydał się poważny, zamknięty w sobie, nieco sztywny. Bił z niego jakiś smutek... samotność? Zbliżyliśmy się do siebie dopiero w czasie nagrań albumu Emu - mieszkałam wtedy nadal z rodzicami w Piotrkowie. Gdy trzeba było zostać do rana w Łodzi, spałam u Roberta, w wynajmowanym dwupokojowym mieszkaniu gdzieś w bloku. Wieczorami, po powrocie ze studia, zajadaliśmy się fistaszkami - to były jego ulubione orzeszki - i gadaliśmy o wszystkim i niczym. Podział ról w zespole był jasny. Wyglądało to tak - Robert pisze muzykę. Chłopcy tworzą aranże, pod ścisłe wytyczne Roberta. Ja dostaję utwory nagrane w wersjach demo na kasetach magnetofonowych i do tego układam słowa - jak puzzle - tak, by wszystko zmieściło się we frazie, nie wystawało ani z prawa, ani z lewa... Nie było tu miejsca na improwizację, radość wspólnego tworzenia. Stałam się po prostu jednym z elementów precyzyjnie działającego mechanizmu.
Wszystkie piosenki z albumu „Emu” napisałam przy czarnym biurku mojego starszego brata Arka - nie wiem dlaczego zawsze bardziej lubiłam jego pokój, jego łóżko wydawało mi się wygodniejsze, jedzenie lepiej smakowało z jego talerza... Stawiałam przed sobą dwukasetowy magnetofon marki Sony, włączałam taśmę, i słuchałam pomysłów Roberta dotąd, dopóki nie wpadłam na jakąś linię tekstu, która pasowała do melodii i niosła mnie dalej. Zaczęłam od utworów po angielsku. W owym czasie byłam na tyle arogancka, że wydawało mi się, iż doskonale znam ten język! Dziś jak tego słucham - zwłaszcza piosenek nagranych dla Radio Łódź, jeszcze przed płytą, widzę tyle błędów! Wtedy jednak mało kto w Polsce śpiewał po angielsku i sam ten fakt, był nie lada sensacją! Na całe szczęście podczas nagrań poznałam Roberta Amiriana, który śpiewał gościnnie na albumie „Emu”. Robert Amirian znał angielski lepiej ode mnie, pomógł mi doszlifować teksty, pilnował dykcji w studio. Był dobrym duchem i niestrudzonym kompanem do rozmów. Miał energię wyrzutni rakietowej! Po paru godzinach w jego towarzystwie, człowiek potrzebował kilku dni odpoczynku! Zaprzyjaźniliśmy się, Robert odwiedził mnie kilka razy w Piotrkowie, poruszał się autem po brzegi wypełnionym maskotkami, które totalnie zaburzały widoczność. Z dziką chmurą długich, kręconych włosów jakie wtedy nosił, można było powątpiewać, czy w ogóle cokolwiek widzi! Parokrotnie zabrał mnie też do Warszawy, poznałam jego rodziców, którzy wydali mi się barwną, egzotyczną parą: mama - głośna, charakterna Polka, tata - przystojny ormiański macho! Amirian był dla mnie jak powiew świeżego powietrza, czytał Borisa Viana i słuchał muzyki, jakiej wcześniej nie znałam. To on pokazał mi genialną Joni Mitchell! Przez lata nasze relacje pozostały bardzo serdeczne, nawet jeśli długo nie mieliśmy ze sobą kontaktu. W przyszłości Amirian nagra ze mną płytę „Moje oczy są zielone”, będzie gitarzystą w moim zespole. Ponownie usłyszę o nim, gdy będzie już w nowej roli - założyciela i szefa niezależnej wytwórni fonograficznej NEXTPOP, promującej młodych artystów z gatunku „indie”.
Największy sukces przyniosły jednak płycie Emu, i całemu zespołowi, utwory nagrane w języku polskim. Piosenka „Tokyo” była radosną reminiscencją mojego kilkumiesięcznego pobytu w Japonii z czasów modelingu (całkiem inną, bardziej enigmatyczną, dwuznaczną i niepokojącą impresję z tego pobytu, ujmę po latach w krótkiej formie muzycznej pt. „Black hand”, otwierającej płytę „Inside Story” nagraną z Johnem Porterem). „Zanim zrozumiesz” - prawdziwy hymn feministek pokolenia lat 90. - powstał błyskawicznie! - po tym, jak wpadłam na pomysł, by zamiast prowadzić narrację w pierwszej osobie (ja), albo adresować słowa do kogoś (ty), użyć sprytnego zabiegu i zaśpiewać „o niej”, zwracając się do „niego”. Tym sposobem nadałam słowom mniej osobisty, bardziej uniwersalny charakter, dzięki czemu potencjalnie każdy mógł się odnaleźć w tym tekście, który był niczym innym jak instruktażem w temacie „jak postępować z kobietą” 😁 Ostatnia do kompletu dołączyła „Piosenka księżycowa”. Z tego, co sobie przypominam, Robert Janson zagrał mi ją u siebie w domu, już w trakcie nagrań płyty, twierdząc, że brakuje nam jakiejś chwytającej za serce ballady i że ma taki oto pomysł... Zaczęłam coś nucić do jego melodii, a że była wtedy noc, ten moment, ten klimat - pewnie stąd wziął się zaczątek idei, by lirycznie osadzić ten numer w klimacie kołysanki dla dorosłych. Gdy pisałam ten tekst potem w domu, do nagranego na taśmie bardziej zaawansowanego demo, wyobraziłam sobie tonący w mroku i ciszy pokój... jego śpiącego w pościeli... i ją, która leży obok, bezsennie wpatrzona w spokojną twarz ukochanego - tyle chciałaby mu powiedzieć, ale stać ją jedynie na to milczące wyznanie. Utwór ma w sobie duży ładunek emocjonalny, do dziś gdy go śpiewam na koncertach, zdarza mi się uronić łzę. W rzeczywistości napisałam go z myślą o swojej pierwszej wielkiej miłości - o Adamie, z którym schodziłam się i rozstawałam przez okres liceum. Piosenka pozornie jest gorącą obietnicą wspólnego życia, w rzeczywistości jednak jest to pożegnanie, utopijna wizja przyszłości, która nie była nam jednak pisana. Wszystko zostało stracone. Czułam się winna, zła, niedobra. Musiałam odejść, musiałam lecieć.
Świat mnie wołał...
Łódź była pierwszym przystankiem. Sprowadziłam się do niej zaraz po maturze, nie zdążyłam nawet odebrać świadectwa ukończenia szkoły! - zrobiła to za mnie mama. W ostatnim roku liceum, w czasie przygotowań i nagrań płyty, praktycznie non stop siedziałam w autobusach i pociągach relacji Piotrków - Łódź Fabryczna. Naturalną tego konsekwencją była więc przeprowadzka. Nie tylko dlatego, aby być bliżej zespołu. Podczas jednego z wywiadów dla lokalnego Radia Manhattan, poznałam pewnego przystojnego redaktora, do którego mocniej zabiło moje serce. Od tamtej pory byliśmy nierozłączni. Wkrótce wynajęliśmy maleńkie mieszkanie w wieżowcu na Widzewie, urządzone w okropnym PRLowskim stylu i tak oto rozpoczęłam swoje dorosłe życie poza domem. To był fajny czas. Chodziliśmy namiętnie do kina Cytryna albo przesiadywaliśmy w knajpach przy ulicy Piotrkowskiej, razem z paczką radiowców. W wolne dni eksperymentowałam w kuchni, przygotowując pierwsze w życiu obiady dla mojego chłopaka. Ale tych dni było co raz mniej - sprawy zespołowe pochłaniały mnie coraz bardziej, Robert miał szeroko zakrojone plany na promocję naszych muzycznych poczynań, rozmawiał z ludźmi, załatwiał nowe wywiady, aranżował spotkania. Pierwszy poważny koncert zagraliśmy w biały dzień przed Teatrem Wielkim w Łodzi - byłam totalnie zestresowana, jednak udawałam profesjonalistkę. Ponoć nieźle przećwiczyłam wtedy panów od scenicznych odsłuchów! Kiedy patrzę na swoje zdjęcia z tamtego okresu, widzę wyraźnie, jak bije ze mnie zadziwiająca mieszanka niewinności z pewnością siebie, jakaś dumna wyniosłość... arogancja? To była maska, poza obronna. Każdy jakąś przybiera, gdy znajduje się nagle w jaskrawym spocie światła, na celowniku, bez możliwości ucieczki.
Promocja albumu "Emu" ruszyła od singla „Zanim Zrozumiesz”. Teledysk do piosenki (autorstwa duetu Banasiak/Kołodrubiec) najpierw zaczął "chodzić" w lokalnej telewizji. Nie mieliśmy wtedy jeszcze oficjalnego wydawcy. Legenda głosi, że Marek Kościkiewicz, ówczesny szef wytwórni muzycznej Zic-Zac, zobaczył nasz klip gdzieś w hotelowym pokoju, podczas krótkiego pobytu w Łodzi. Od razu postanowił nas odszukać i zawrzeć z nami umowę fonograficzną. Wszystkimi formalnościami zajmował się Robert Janson. Ja po prostu podpisywałam przedkładane mi dokumenty - bez czytania, niczego nie kwestionowałam. To była dla mnie obca materia! Najważniejsze, że sprawy szły do przodu. Pojechaliśmy z piosenką do „Teleexpressu” w Warszawie - to było coś, poznać osobiście Marka Sierockiego! Niedługo potem trafiliśmy do plebiscytu „Muzycznej Jedynki” w TVP1. Pamiętam, że oprócz nas w tamtej edycji programu brał udział m.in. zespół Oddział Zamknięty. Wojtek Pogorzelski był bodajże pierwszą znaną mi osobą, która podeszła do mnie, przywitała się z szacunkiem i wyraziła pozytywną opinię o moim głosie i tekście piosenki, że jest w nim moc i poezja. To dla mnie wtedy wiele znaczyło. Poczułam się oficjalnie wtajemniczona, zaakceptowana w świecie polskiego show biznesu!
A świat ówczesnego polskiego show biznesu był zgoła inny od dzisiejszego! Aby pojąć mechanizmy jego działania, należy sobie przede wszystkim uzmysłowić, jak ograniczone mieliśmy wtedy środki przekazu. Po pierwsze - nie było Internetu! Po drugie, żadnych mediów komercyjnych. Cała wiedza na temat tego, co dzieje się w kraju i zagranicą, także w kontekście muzycznym, pochodziła z wąskiego źródła - dwóch ogólnopolskich kanałów TV oraz kilku stacji radiowych. Plus z prasy drukowanej. W efekcie więc, gdy artysta zaistniał w mediach, a jego piosenka się spodobała, automatycznie stawał się znany. Zasady były bardzo proste i transparentne - gościsz wysoko na liście Radiowej Trójki, albo w "Muzycznej Jedynce" - znaczy, że jesteś w grze! Ludzie kupują twoje płyty i przychodzą na koncerty. Dzisiaj nie jest to takie oczywiste... Środki masowego przekazu uległy drastycznemu rozproszeniu. Nieskończona ilość tytułów gazet, programów, stacji radiowych i telewizyjnych, platform internetowych, powoduje, że żyjemy w świecie obfitości nie do skonsumowania. Sukcesy muzyczne mają dziś naturę bardziej krótkofalową i niejednoznaczną. Wiele cudnych płyt bez promocji całkiem przepada, inne z niewiadomych przyczyn się przebijają. Ktoś, kogo utwory często goszczą na radiowych playlistach niekoniecznie sprzedaje albumy, inny wykonawca z kolei, może być bardzo popularny koncertowo, sprzedawać się dobrze, choć wcale nie ma go w radio i tv.
25 lat temu w polskich publicznych mediach było sporo miejsca dla kultury i muzyki. Zamiast reklam, w przerwach między programami, nadawano... teledyski! Czas antenowy nic nie kosztował. To, za co dziś reklamodawcy płacą grube miliony, kiedyś stanowiło wolną przestrzeń antenową, wypełnianą przyjemną dla oka i ucha zawartością. Po sukcesie piosenki „Zanim Zrozumiesz” przyszła pora na singiel „Tokyo”. Teledysk do tej piosenki zrealizował Borys Lankosz, obecnie znany reżyser filmowy, o którym jeszcze szerzej wspomnę w kolejnym odcinku mojej opowieści. Jednak przełomowym wydarzaniem w karierze zespołu Varius Manx oraz w historii ruchomych obrazków do piosenek w Polsce, stało się nagranie serii teledysków do części utworów z albumu Emu, w reżyserii Bolka Pawicy i Jarka Szody. Obaj panowie nadali nowy ton i zawyżyli standardy kręcenia klipów nad Wisłą. Teledyski te łączyły się ze sobą niejako w jedną opowieść, każdy jednak mógł i funkcjonował niezależnie, między innymi właśnie jako wypełniacz dziur między programami w TVP. Premiera tego mini-filmu z muzyką Varius Manx miała miejsce jesienią 94’ i to z niego pochodzi oficjalna wersja klipu do „Piosenki Księżycowej”, która była trzecim i ostatnim singlem z płyty.
Latem 94’ roku wydarzyło się coś bardzo istotnego dla zespołu - nasz udział w Sopockim Festiwalu, zdobycie nagrody głównej - Bursztynowego Słowika oraz nagrody dziennikarzy - co definitywnie ugruntowało nasz komercyjny sukces na rynku muzycznym. Wiele osób pyta mnie o tamten moment, co czułam występując na deskach słynnego amfiteatru, przed tak licznie zgromadzoną publicznością - tam i przed telewizorami. Nie wiem... Nie jestem w stanie sobie tego przypomnieć, wrócić emocjonalnie do tej chwili. W owym czasie żyłam już jakby w półśnie... Nie wszystko było dla mnie realne. Rosnąca popularność zawężała wokół mnie krąg swobodnej egzystencji, w szybkim tempie traciłam swoją anonimowość, i mimo że w teorii miałam same powody do radości, w gruncie rzeczy czułam się dosyć zagubiona i zdezorientowana w tej nowej dla siebie roli. Nikt mnie do niej nie przygotował. Jeszcze chwilę temu siedziałam w szkolnej ławce i nagle stałam się idolką nastolatek! Wywiady, sesje zdjęciowe, występy telewizyjne... To wszystko było dosyć absurdalne, jednocześnie mój status majątkowy czy styl życia, wcale nie uległy zmianie. Nadal poruszałam się publicznymi środkami transportu, chodziłam w tanich ciuchach, nie stać mnie było na żadne luksusy, porządne kosmetyki i było to trochę krępujące w zestawieniu z tempem, w jakim rosła moja popularność. Chciałam żyć jak dawniej, chodzić do kina, kręcić się ze znajomymi po mieście - to wszystko robiło się coraz trudniejsze w miarę, jak moja twarz stawała się coraz bardziej rozpoznawalna... Myślę, że to w tym momencie nastąpił we mnie wewnętrzny rozłam, który w jakimś stopniu męczy mnie do dzisiaj: jak się pokazać, odsłonić... jednocześnie pozostając w ukryciu?
Moja luźna więź z kolegami z zespołu Varius Manx, mimo wspólnie odnoszonych sukcesów, wcale nie ulegała zacieśnieniu. Nie przypominam sobie abyśmy wspólnie "oblewali" naszego Słowika. Ani kolejnych nagród, które zaczęły się na nas sypać. Ja chodziłam swoimi drogami, oni swoimi. Ustawialiśmy się razem do wspólnych zdjęć i tyle. Nie było w tym jakiejś niechęci czy złych intencji. Do dziś nie potrafię do końca tego nazwać, jasno wytłumaczyć. Ale od samego początku byliśmy dwoma frontami. Ja i reszta zespołu pod dowództwem Roberta Jansona. Moje stosunki z Robertem pozostawały poprawne, choć pełne chłodnej rezerwy. Może to kwesta różnicy temperamentów? Może wieku? A może dynamiką naszej relacji rządziła podskórna rywalizacja? Oboje byliśmy ambitni, oboje zdeterminowani, choć każde z nas w gruncie rzeczy marzyło o innej drodze dla siebie - mnie pociągała znacznie bardziej muzyka autorska, poetycka, jego filmowa. Ja słuchałam Cohena, Tori Amos, Tracy Chapman, Suzanne Vegi... On - Ennio Morricone i innych... Tymczasem wspinaliśmy się na szczyt sławy pisząc wspólnie popowe piosenki! Jesienią 94. wyruszyliśmy z Variusami w trasę Abrasax, jako support zespołu De Mono. Kiedy okazało się, że ludzie reagują większymi brawami na nas, niż na gwiazdę wieczoru, uzmysłowiliśmy sobie z Robertem, że jesteśmy na siebie skazani...
C.D.N.