REDY RMH

REDY RMH Contact information, map and directions, contact form, opening hours, services, ratings, photos, videos and announcements from REDY RMH, Digital creator, .

Niemy świadek leśnej armii - Partyzanckie kapliczki Są w polskich lasach miejsca, gdzie cisza brzmi inaczej. Idąc ścieżk...
11/06/2026

Niemy świadek leśnej armii - Partyzanckie kapliczki
Są w polskich lasach miejsca, gdzie cisza brzmi inaczej.

Idąc ścieżką z dala od szlaków, można natknąć się na proste, drewniane kapliczki przybite do pni starych sosen lub ukryte w gęstwinach dawnych obozowisk.

Dla przypadkowego turysty to po prostu pamiątka przeszłości.

Dla tych, którzy znają historię, to dawne „serce” partyzanckiego oddziału.

W czasie wojny las stawał się domem dla tysięcy młodych ludzi.

Kapliczki, często budowane własnoręcznie przez partyzantów z tego, co było pod ręką – kory, łusek po nabojach czy kawałków drewna – pełniły niezwykle ważne funkcje:

- Leśny ołtarz i przysięgi – to przed nimi młodzi chłopcy i dziewczęta składali przysięgę wojskową, ryzykując życie za wolność.

Pod kapliczkami odprawiano też polowe msze święte przed wyruszeniem na akcję

- Skrzynki kontaktowe – w szczelinach za świętym obrazem lub pod obluzowanym kamieniem u podstawy krzyża kurierzy i łączniczki zostawiali meldunki.

Kapliczka była idealnym, naturalnym punktem orientacyjnym w gęstym lesie

- Leśne cmentarze – gdy walka zebrała krwawe żniwo, a poległych nie można było pochować na wiejskim cmentarzu, grzebano ich w leśnej głuszy.

Prosta kapliczka lub krzyż stawały się jedynym pomnikiem, często bez nazwiska, tylko z pseudonimem

Dziś te zatarte napisy na drewnie i zardzewiałe tabliczki pamiętają szeptane modlitwy o przetrwanie, strach przed obławą i nadzieję, która pozwalała im trwać w spartańskich warunkach.

Kiedy następnym razem miniesz w lesie stary, omszały krzyż albo skrzynkową kapliczkę na drzewie, zatrzymaj się na chwilę.

To nie tylko tradycja – to rany i duma naszej historii wyryte w korze drzew.

Ciekawostki unikalnych faktów :

Partyzanckie kapliczki rzadko przypominały te tradycyjne, fundowane przez bogatych gospodarzy.

Powstawały w warunkach konspiracji, z materiałów, które niosły ze sobą pamięć o walkach.

1. Do budowy ram obrazów czy zdobień krzyży używano... zużytych łusek amunicyjnych, pasów transmisyjnych, a nawet elementów uszkodzonej broni.

Głośnym przykładem była legendarna kapliczka w Furmanowie (Kielecczyzna), wzniesiona tuż po wojnie przez leśnika Jana Tarchalskiego – cała jej konstrukcja opierała się na elementach stalowych i łuskach zebranych z pól bitewnych

2. Najpopularniejsze były małe kapliczki skrzynkowe, które można było w kilka minut przybić do pnia sosny lub dębu wysoko nad ziemią, by nie rzucały się w oczy niemieckim obławom

W leśnej logistyce kapliczka była obiektem idealnym.
Niemcy bali się wchodzić głęboko w lasy, a wiejska ludność kręcąca się wokół krzyży nie budziła natychmiastowych podejrzeń – w końcu "szli się pomodlić".

1. Pod luźnymi kamieniami u podstawy, w wydrążonych niszach z tyłu drewnianych skrzynek czy za podwójnym dnem obrazów Matki Boskiej kurierzy AK i NSZ zostawiali meldunki, prasę podziemną i rozkazy

2. Czasem umówiony układ gałązek, świeżych kwiatów lub wypalony na drewnie drobny znak (np. nacięcie na korze poniżej kapliczki) dawał łącznikom znać: „Teren czysty” albo „Uwaga, w pobliżu jest obława”

Po 1945 roku, w okresie działalności antykomunistycznego podziemia, leśne kapliczki zyskały jeszcze jedno, dramatyczne znaczenie.

Żołnierze trzeciego konspiracyjnego rzutu (np. z oddziałów „Łupaszki” czy „Huzara”) umierali w gęstwinach, z dala od rodzin.

Ponieważ bezpieka (UB) bezczeszczała ciała poległych partyzantów i grzebała ich w bezimiennych dołach przy więzieniach, koledzy z oddziału chowali ich na miejscu walk – w głębokim lesie.

Jedynym śladem po takiej mogile bywała skromna kapliczka nadrzewna.

Dla komunistycznych władz te miejsca były symbolem oporu.
Zdarzały się przypadki celowego niszczenia kapliczek, strzelania do figurek czy ścinania drzew, na których wisiały, by zatarła się pamięć o tym, kto stacjonował w danym uroczysku.


Zdjęcia są prywatne

Wśród nich zabrakło PolakówSmutna i bolesna rocznica, o której wolny świat wolałby zapomnieć, a o której my musimy pamię...
08/06/2026

Wśród nich zabrakło Polaków

Smutna i bolesna rocznica, o której wolny świat wolałby zapomnieć, a o której my musimy pamiętać.

8 czerwca 1946 roku ulicami Londynu przeszła wielka Parada Zwycięstwa.

Maszerowali żołnierze z całego świata, świętując pokonanie III Rzeszy i Japonii.

Polskie Siły Zbrojne na Zachodzie były czwartą pod względem liczebności armią aliancką.

Polscy lotnicy ocalili brytyjskie niebo w 1940 roku, nasi marynarze strzegli Atlantyku, a żołnierze zdobywali Monte Cassino, Ankonę, Bolonię, Wilhelmshaven i Bredę.

Mimo to, w imię cynicznej polityki i strachu przed reakcją Józefa Stalina, brytyjski rząd ugiął się i nie zaprosił legalnego Wojska Polskiego do udziału w triumfalnym marszu.

Brytyjczycy próbowali ratować twarz, wysyłając w ostatniej chwili osobne zaproszenie dla 25 pilotów z Dywizjonu 303.

Nasi lotnicy pokazali jednak, czym jest prawdziwy honor i solidarność żołnierska – odrzucili to zaproszenie.

Nie wyobrazili sobie marszu bez swoich braci z wojsk lądowych, marynarki czy walczącej w podziemiu Armii Krajowej.

Dla setek tysięcy polskich bohaterów, którzy nie mogli wrócić do okupowanej przez sowietów Ojczyzny, ten dzień był symbolem potwornej, zachodniej zdrady.

Zamiast wdzięczności, otrzymali zapomnienie.

Dzisiaj oddajemy hołd tym, którzy walczyli od pierwszego do ostatniego dnia II wojny światowej.

Choć odebrano Wam prawo do defilady w 1946 roku, Wasza chwała i zasługi na zawsze pozostaną w naszej pamięci.

Tworzyliście historię, której nikt nie zdoła wymazać.

„Nie ma śmierci dla tych, którzy potrafią kochać i walczyć do końca”5 czerwca 1943 roku w okupowanej Warszawie zmarł Wac...
05/06/2026

„Nie ma śmierci dla tych, którzy potrafią kochać i walczyć do końca”

5 czerwca 1943 roku w okupowanej Warszawie zmarł Wacław Bojarski – jeden z pierwszych poetyckich głosów Pokolenia Kolumbów, redaktor naczelny legendarnego pisma „Sztuka i Naród”, prozaik i krytyk literacki.

Miał zaledwie 21 lat.

Bojarski (ps. „Czarnota”) uważał, że kultura w czasie wojny nie może być tylko ucieczką czy lamentem.

Jako szef „Sztuki i Narodu” głosił, że sztuka musi być czynem, kuźnią charakterów i nowej, powojennej Polski.

Pisał artykuły programowe, opowiadania i wiersze.

Co ciekawe, to właśnie on był autorem słynnej, niezwykle popularnej w konspiracji piosenki satyrycznej „Natalia” (o dziewczynie z AK, która zamiast randek woli rzucać granaty), śpiewanej na warszawskich ulicach.

Jego śmierć to gotowy scenariusz na przejmujący, choć tragiczny film.

Wszystko rozegrało się kilkanaście dni wcześniej – 25 maja 1943 roku.

Niemcy bezczelnie próbowali zawłaszczyć postać Mikołaja Kopernika, ogłaszając go niemieckim uczonym z okazji 400-lecia jego śmierci.

Trójka młodych poetów: Wacław Bojarski, Tadeusz Gajcy i Zdzisław Stroiński, postanowiła odpowiedzieć czynem.

W samo południe, w sercu okupowanego miasta, podjęli zuchwałą akcję sabotażowo-propagandową.

Pod pomnikiem astronoma złożyli wieniec z biało-czerwoną szarfą i dumnym napisem: „Geniuszowi Narodów – Rodacy”.

Gajcy robił zdjęcia, Stroiński ubezpieczał, a Bojarski składał kwiaty.

Niestety, na rogu Nowego Światu i Świętokrzyskiej poeci zostali dostrzeżeni przez niemiecki patrol żandarmów.

Wywiązała się strzelanina.

Bojarski, osłaniając odwrót przyjaciół, został ciężko ranny w brzuch.

Gdy upadł, na ratunek rzuciła się jego narzeczona, Halina Marczak – Niemcy aresztowali ją na miejscu.

Stroiński również wpadł (trafił na Pawiak), a jedynie Gajcemu udało się uciec.

Bojarski pod eskortą trafił do szpitala Przemienienia Pańskiego na Pradze.

Lekarze robili, co mogli, ale rany były zbyt głębokie.

Przez kilkanaście dni młody poeta toczył swój ostatni bój.

5 czerwca, na zaledwie kilka godzin przed śmiercią, na szpitalnym łóżku rozegrała się scena jak z romantycznego dramatu – Wacław i Halina (zwolniona na chwilę z Pawiaka dzięki łapówce) wzięli ślub.

Świadkiem tej ceremonii był sam Tadeusz Gajcy.

Niedługo potem „Czarnota” odszedł.

Śmierć Bojarskiego była potężnym ciosem dla podziemnego życia kulturalnego Warszawy, ale też początkiem tragicznej sztafety.

Po nim stery „Sztuki i Narodu” przejął Andrzej Trzebiński (rozstrzelany jesienią 1943 r.), a po nim Tadeusz Gajcy (zginął w Powstaniu Warszawskim).

Żaden z nich nie dożył końca wojny...

Wiersz „Ranny” - literacki testament Bojarskiego:

Ranny

Wtedy strzały padły z ukosa
i runęło bezgłośne niebo.

Ziemia była twarda i bosa,
nie wiedziała, dlaczego, dlaczego...

Potem długo wieźli przez miasto,
koła tłukły się o bruk twardy,
w piersiach było za ciasno,
za ciasno, w oczach pusto
od bólu i wzgardy.

Teraz leżę.

I ściany są białe.

Siostra chodzi na palcach po sali.

Wszystko stało się nagle tak małe,
tylko serce pod żebrem się pali.
I nie wiem,
czy rano,
czy w nocy przyjdzie chwila ostatnia
i prosta, gdy mi braknie już oddechu
i mocy, by na ziemi tej dłużej pozostać...

Dziś, wspominając Wacława Bojarskiego, pochylamy głowy nad chłopakiem, który pisał piękne wiersze, ale gdy zaszła potrzeba, bez wahania oddał życie za honor swojego Narodu i polskość Kopernika.

Cześć Jego Pamięci!

2 czerwca 1943 roku - WołyńDziś przypada rocznica brutalnego mordu na mieszkańcach wsi Hurby (powiat Zdołbunowski na Woł...
02/06/2026

2 czerwca 1943 roku - Wołyń

Dziś przypada rocznica brutalnego mordu na mieszkańcach wsi Hurby (powiat Zdołbunowski na Wołyniu).
\
Tamtego czerwcowego wieczoru bezbronna polska wieś, licząca ponad 500 mieszkańców, została otoczona przez przeważające siły UPA wspierane przez lokalne ukraińskie samoobrony (SKW).

W Hurbach nie było zorganizowanej placówki samoobrony, która mogłaby stawić opór napastnikom.

Ponad tysiąc oprawców uderzyło na zaskoczoną ludność z bezwzględną brutalnością.

Wskutek tego ataku życie straciło około 250 Polaków – mężczyzn, kobiet i dzieci.

Większość z nich zginęła od ciosów siekier, wideł i bagnetów, a wielu spalono żywcem w ich własnych domach.

Ci, którzy próbowali ratować się ucieczką w stronę Mizocza, byli wyłapywani w polach i mordowani po drodze.

Wieś została całkowicie zrabowana i puszczona z dymem, na zawsze znikając z map.

Symbolem tamtego piekła stały się losy 6-letniej Irenki Ostaszewskiej.

Skatowana, zraniona bagnetami i porzucona w lesie na mrowisku, przeżyła cudem.

Po trzech dniach odnaleźli ją Polacy i żołnierze, którzy przybyli na zgliszcza, by pochować zamordowanych sąsiadów.

Dziś, po latach, naszym świętym obowiązkiem jest pamięć o tamtych wydarzeniach.

Ocalić od zapomnienia tych, którzy nie mają swoich grobów, a ich jedyną winą było to, że byli Polakami.

Cześć Ich Pamięci!

Niech spoczywają w pokoju.

Słowo celniejsze niż kule. Tragiczna śmierć Tadeusza Holendra w ruinach gettaSą ludzie, których największą bronią w walc...
31/05/2026

Słowo celniejsze niż kule.
Tragiczna śmierć Tadeusza Holendra w ruinach getta

Są ludzie, których największą bronią w walce z totalitaryzmem staje się talent, a najgroźniejszym pancerzem – ironia wymierzona wprost w aparat terroru.

Dokładnie 83 lata temu, 31 maja 1943 roku, w ruinach warszawskiego getta Niemcy rozstrzelali grupę Polaków, więźniów Pawiaka.

Wśród nich zginął Tadeusz Holender – wybitny poeta, satyryk, tłumacz i niezłomny żołnierz Polskiego Państwa Podziemnego.

Miał zaledwie 36 lat.

Kim był człowiek, którego hitlerowcy bali się tak bardzo, że musieli uciszyć go strzałem w tył głowy?

Tadeusz Holender urodził się w 1907 roku w Krasnem koło Złoczowa.

Swoje życie związał ze Lwowem, gdzie ukończył filologię klasyczną i polonistykę na Uniwersytecie Jana Kazimierza.

Był barwną postacią tamtejszej bohemy – współtworzył lewicowe, lwowskie pismo społeczno-literackie „Sygnały”, pisał dla „Sygnałów” i „Chwili”, a w 1938 roku wydał swój głośny tomik poezji „Księżyc nad skrzyżowaniem”.

Po wybuchu wojny i zajęciu Lwowa przez Sowietów, nie potrafił odnaleźć się w nowej rzeczywistości.

Gdy w 1941 roku do miasta wkroczyli Niemcy, Holender – ze względu na swoje żydowskie pochodzenie oraz przedwojenną, antyfaszystowską twórczość – znalazł się w śmiertelnym niebezpieczeństwie.

Przedostał się do Warszawy, ukrywał pod przybranym nazwiskiem Tomasz Słomka i natychmiast wszedł w głąb struktur podziemia.

W Warszawie jego pióro stało się regularną bronią.

Holender trafił do Akcji N – elitarnej, ściśle tajnej komórki Biura Informacji i Propagandy ZWZ-AK.

Zadaniem „N-ki” była destrukcja psychologiczna wroga.

Wydawano tam pisma i ulotki w języku niemieckim, które perfekcyjnie udawały rodzimą prasę rzeszy lub materiały niemieckiej opozycji antyhitlerowskiej, siały defetyzm i podkopywały morale żołnierzy Wehrmachtu.

Holender realizował się tam genialnie.

Ponadto:
- Redagował podziemną „Satyrę Podziemną” oraz pismo „Demokrata”
- Pisał cięte, prześmiewcze wiersze i fraszki, które krążyły po Warszawie w odpisach, podnosząc na duchu umęczonych mieszkańców stolicy
- Oficjalnie, by mieć legalne dokumenty i przeżyć, pracował jako kelner w legendarnych podziemnych kawiarniach artystycznych – m.in. w „Kawiarni Poetów” oraz w kawiarni przy ul. Lwowskiej 11, prowadzonej przez prof. Mieczysława Kotarbińskiego, która była potężnym węzłem konspiracyjnym

Niemieckie polowanie na twórców podziemnej propagandy przyniosło tragiczny skutek wiosną 1943 roku.

Tadeusz Holender został aresztowany przez Gestapo w maju.

Trafił na Pawiak, a przesłuchania odbywały się w katowni w alei Szucha.

Mimo bestialskich tortur, nie wydał nikogo ze swoich współpracowników z Akcji N ani z kawiarnianego podziemia.
Wyrok wykonano błyskawicznie – 31 maja 1943 roku.

Niemcy wywieźli go z Pawiaka w grupie innych więźniów i rozstrzelali na terenie ruin getta warszawskiego, które po upadku powstania w getcie stawało się regularnym miejscem masowych egzekucji Polaków.

Po wojnie jego ciało zostało ekshumowane i spoczął w zbiorowej mogile Powstańców i Ofiar Terroru na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach (kwatera C6).

Tadeusz Holender pokazał, że humor w czasach terroru nie jest ucieczką od rzeczywistości – jest formą walki.

Wiersz „Do wroga” :

„Możesz zamknąć nas w celach, otoczyć murami,
Możesz kazać karabinom w ciemną noc ujadać,
Ale myśli wolnej nie skujesz kajdanami,
Ona i tak wyjdzie, by o wolności opowiadać.

Zabijesz poetę – pieśń i tak zostanie,
Pójdzie w miasto tajnym, szeptanym obiegiem,
I wróci do ciebie jako zmartwychwstanie,
Gdy wolność uderzy na twój strach szeregiem.”

Pamiętajmy o Nim i o tysiącach bezimiennych więźniów Pawiaka, którzy oddali życie za wolne słowo i wolną Ojczyznę.

Cześć Ich Pamięci! 🇵🇱🇵🇱🇵🇱

DZIEŃ MATKI W CIENIU POWSTAŃCZYCH BARYKADPoznajcie historię „Matki Boskiej Armii Krajowej”Dziś, w Dzień Matki, chylimy c...
26/05/2026

DZIEŃ MATKI W CIENIU POWSTAŃCZYCH BARYKAD

Poznajcie historię „Matki Boskiej Armii Krajowej”
Dziś, w Dzień Matki, chylimy czoła przed wszystkimi mamami.

Przez pokolenia to właśnie polskie matki były nie tylko sercem domu, ale i strażniczkami naszej wolności, kultury i wiary.

Uczyły odwagi, patriotyzmu i miłości bezwarunkowej – takiej, która potrafi przetrwać największe dziejowe burze.

Niezwykłym, a wciąż zbyt mało znanym symbolem tej opiekuńczej i niezłomnej miłości jest obraz „Matka Boska Armii Krajowej” (znany też jako Matka Boska Powstańcza).

Za tym jednym wizerunkiem kryje się historia, która mogłaby posłużyć za gotowy scenariusz filmowy.

Czy znacie losy tego niezwykłego dzieła i jego autorki?
Autorką obrazu była Irena Pokrzywnicka (ps. „Irpo”).

Przed wojną... wcale nie kojarzono jej ze sztuką sakralną!

Służba Ireny Pokrzywnickiej (ps. „Irpo”) w strukturach Armii Krajowej była niezwykle specyficzna i – podobnie jak całe jej życie – pełna kontrastów.

Do konspiracji wstąpiła tuż przed wybuchem Powstania Warszawskiego jako zaprzysiężony żołnierz AK.

W strukturach Armii Krajowej Irena Pokrzywnicka miała oficjalny status żołnierza Wojskowej Służby Kobiet (WSK) w stopniu kaprala (używała pseudonimu „Irpo”).

Gdy wybiła godzina „W”, Pokrzywnicka nie chwyciła za karabin – do walki z bronią w ręku, w ciężkich butach i na barykadach, zwyczajnie się nie nadawała.

Zamiast tego oddała Ojczyźnie to, co miała najcenniejszego: swój genialny zmysł artystyczny, warsztat malarski i przedwojenne doświadczenie projektowe.

Inspiracją do namalowania obrazu było płomienne kazanie ks. Apolinarego Leśniewskiego, wygłoszone 15 sierpnia 1944 roku.

Kapelan mówił o potrzebie jednego, wspólnego symbolu dla walczących.

Pokrzywnicka natychmiast ruszyła do pracy na poddaszu przy ul. Wilczej.

Malowała suchym pastelem, gdy na Warszawę spadały niemieckie pociski z potężnych moździerzy (zwanych „krowami” lub „szafami”).

W trakcie pracy jeden z potężnych pocisków uderzył bezpośrednio w dach kamienicy, przebijając strop.

Pracownia runęła, a artystka została ranna.

Kiedy opadł pył, okazało się, że ranna artystka została wyciągnięta z gruzów, a obraz... ocalał bez ani jednego zadrapania!

Prace nad nim dokończyła niemal natychmiast, by zdążyć na wieczorną mszę.

Wymowa dzieła uderzała wprost w serca:

- Maryja ma rysy Matki Boskiej Częstochowskiej (z charakterystycznymi rysami na policzku)

- Swoim szerokim, opiekuńczym płaszczem osłania młodego żołnierza AK w powstańczej opasce

- Dzieciątko Jezus nie trzyma księgi – wznosi nad głową chłopca gałązkę wawrzynu, symbolizującą męczeństwo, ale i ostateczne zwycięstwo

- W tle, zamiast niebiańskich chmur, widać łunę płonącej Warszawy

Obraz stał się relikwią.

Został uroczyście poświęcony i umieszczony w ołtarzu polowym w dawnym kinie „Polonia” przy ul. Marszałkowskiej 56.

Przed nim odprawiano msze, żołnierze składali przysięgi, a młode powstańcze pary brały śluby.

Gdy pod koniec września nalot niemiecki obrócił kino w gruz, obraz ponownie ocalał bez szwanku.

Aby podnieść na duchu walczących, Pokrzywnicka przygotowała formę małych reprodukcji.

Wydrukowano ich od kilku do 4 tysięcy sztuk.

Na awersie znajdował się wizerunek, a na rewersie – specjalna modlitwa powstańcza.

Rozdawano je żołnierzom i cywilom jako najcenniejsze amulety.

To przed tym obrazem, 5 października 1944 roku, ks. Leśniewski odprawił ostatnią mszę świętą dla oddziałów Śródmieścia przed ich wyjściem do niewoli.

Gdy pod koniec września kino zbombardowano – obraz po raz kolejny ocalał bez szwanku.

W formie małych, drukowanych replik z modlitwą na odwrocie, trafiał do tysięcy żołnierzy jako najcenniejszy amulet.

Po wojnie zaczęła się kolejna odyseja.

Ks. Leśniewski wywiózł obraz do Sieradza, gdzie został proboszczem.

Wiedząc, że dla komunistycznych władz wizerunek z żołnierzem AK i Polską Walczącą to wyrok, zamurował dzieło w tajnej skrytce za ołtarzem głównym.

W 1962 roku, czując narastające zagrożenie, ks. Leśniewski przekazał obraz swojemu dawnemu uczniowi z seminarium – Prymasowi Stefanowi Wyszyńskiemu.

Prymas ukrył go w podziemiach Pałacu Arcybiskupów przy ul. Miodowej w Warszawie, gdzie dzieło spędziło kolejne dekady.

Dopiero w 2008 roku kardynał Kazimierz Nycz przekazał ten niezwykły obraz jako depozyt kurii do Muzeum Powstania Warszawskiego, gdzie można go podziwiać do dziś.

W grudniu 2016 roku prezydent Andrzej Duda odznaczył pośmiertnie Irenę Pokrzywnicką oraz ks. Apolinarego Leśniewskiego Krzyżami Orderu Odrodzenia Polski.

Urząd Bezpieczeństwa (UB) latami nękał kapłana i konfiskował małe obrazki, ale oryginału nigdy nie odkrył.

Patrząc dziś na to niezwykłe dzieło, myślimy o wszystkich matkach – tych z czasów wojny, które z bólem i dumą żegnały swoje dzieci, i tych dzisiejszych, które każdego dnia toczą swoje ciche, codzienne „bitwy” o dobro, bezpieczeństwo i przyszłość swoich pociech.

W tym roku pamiętajmy, składając życzenia naszym Mamom i dziękując im za spokój, w jakim możemy żyć, pomyślmy przez chwilę o Matkach Powstańczych:

1. O tych, które z drżeniem serca wypuszczały swoje dzieci do walki

2. O dziewczętach z AK, które same były matkami lub zginęły, zanim zdążyły nimi zostać

3. I o Tej z obrazu Pokrzywińskiej – która w najciemniejszą noc naszej historii dała żołnierzom matczyne schronienie

Wszystkim Mamom życzymy dziś niezłomnej siły, spokoju i opieki, która chroni przed każdym życiowym podatkiem.

Dziękujemy, że jesteście naszym najbezpieczniejszym portem!
Ciekawostki :

1. Tajemnica modela – kim był młody żołnierz?

Żołnierz, którego Maryja osłania płaszczem, nie był postacią fikcyjną.

Pokrzywnicka namalowała konkretnego człowieka.

Był nim kapral podchorąży Janusz Kozłowski (ps. „Janosik”), żołnierz z formacji „Kolegium A” Kedywu Okręgu Warszawskiego AK.

Artystka utrwaliła na obrazie jego rysy twarzy oraz charakterystyczny dla niego Krzyż Walecznych.

„Janosik” przetrwał powstanie i przeszedł przez obozy jenieckie

2. Irena Pokrzywnicka, jako przedwojenna projektantka haute couture, miała niezwykłe wyczucie tkanin i detali.

Choć obraz powstawał w ruinach i przy braku podstawowych materiałów plastycznych, artystka bawiła się formą.

Suknia Maryi na obrazie nie jest zwykłą szatą – ma głęboki, granatowy odcień, jest gęsto usiana złotymi gwiazdami i wykończona złotym ornamentem, co bardzo mocno nawiązywało do estetyki przedwojennych, luksusowych i patriotycznych makat oraz tkanin dekoracyjnych, które Pokrzywnicka sama projektowała w latach 30

3. Powstańczy „bestseller”

Małe drukowane repliki obrazka, które rozdawano na barykadach, miały na odwrocie specjalną modlitwę ułożoną przez samego ks. Apolinarego Leśniewskiego.

Zaczynała się od słów:

„Matko Boska AK-owska, wejrzyj na nas, broń nas i osłaniaj...”
Dla powstańców te papierowe obrazki miały wartość relikwii.

Chowano je do kieszeni mundurów, wkładano pod opaski powstańcze na ramieniu, a ranni w szpitalach polowych trzymali je w dłoniach podczas operacji przeprowadzanych bez znieczulenia

4. Wokół masowego druku małych replik narósł w czasie Powstania mały kryzys logistyczny i... autorski.

Pokrzywnicka, jako profesjonalna artystka, bardzo dbała o jakość techniczną reprodukcji swojego dzieła.

Gdy dowiedziała się, że jedna z polowych drukarni zaczęła powielać obrazek na kiepskim papierze i zniekształcać kolory, osobiście interweniowała u dowództwa Śródmieścia, by wstrzymać „piracki” i niedbały nakład, dopóki sama nie przygotuje idealnej matrycy do druku.

Pokazuje to, że nawet pod ostrzałem dbałość o poziom sztuki była dla niej kluczowa

5. Dalsze, tragiczne losy autorki

Irena Pokrzywnicka po upadku Powstania Warszawskiego trafiła do obozu jenieckiego w Stalagu XI B Fallingbostel, a później do obozu w Bergen-Belsen.

Po wyzwoleniu nie zdecydowała się na powrót do rządzonej przez komunistów Polski. Wyemigrowała do Londynu, gdzie żyła w skromnych warunkach i do końca swoich dni (zmarła w 1975 roku) tworzyła sztukę, tęskniąc za ojczyzną.

Przez większość życia na emigracji była przekonana, że jej najsłynniejszy, powstańczy obraz bezpowrotnie spłonął w ruinach Warszawy – nie miała pojęcia o akcji ratunkowej ks. Leśniewskiego i zamurowaniu dzieła w Sieradzu.

6. Powrót po latach (2008 rok)

Kiedy w 2008 roku obraz oficjalnie opuścił bezpieczne, kościelne skrytki i został przekazany przez kardynała Kazimierza Nycza do Muzeum Powstania Warszawskiego, konserwatorzy byli w szoku.

Pomimo tego, że dzieło wykonano nietrwałą technologią (suchy pastel na papierze), spędziło ono lata w wilgotnej piwnicy, a potem dekady w zamurowanej skrytce za ołtarzem, zachowało niesamowicie żywe kolory.

Konserwatorzy uznali stan jego zachowania za kolejny, mały "cud" w historii tego wizerunku.

7. Wydrukowano około 4 tysięcy sztuk tych małych, pamiątkowych kartoników.

Co ciekawe, w warunkach powstańczych nie był to zwykły, masowy druk maszynowy.

Choć czarno-białe matryce powielano w polowej drukarni, to każdy z tych 4 tysięcy obrazków był ręcznie kolorowany!

Prace te, pod osobistym nadzorem Ireny Pokrzywnickiej, wykonywały zaangażowane w konspirację młode warszawskie plastyczki.

Na awersie znajdowała się miniatura wizerunku, a na rewersie drukowano powstańczą modlitwę (prawdopodobnie autorstwa ks. Leśniewskiego), zaczynającą się od słów:

„Królowo Korony Polskiej, Najświętsza Panno, Matko Boża, umiłowana i uczczona w swojej Jasnogórskiej świątyni [...] kornie Cię błagamy...”

Większość z tego nakładu rozeszła się błyskawicznie wśród żołnierzy AK i ludności cywilnej podczas nabożeństw.

Ks. Leśniewski zdołał uratować i wywieźć z Warszawy po kapitulacji zaledwie około 300 sztuk – niestety te ocalałe egzemplarze zostały mu później odebrane i zniszczone przez funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa (UB) podczas rewizji na plebanii w Sieradzu.

Fotorelacja - Muzyczna lekcja historii w OtwockuWczoraj wieczorem Otwock stał się wyjątkowym miejscem na mapie pamięci n...
24/05/2026

Fotorelacja - Muzyczna lekcja historii w Otwocku

Wczoraj wieczorem Otwock stał się wyjątkowym miejscem na mapie pamięci narodowej !

Za nami niezwykle poruszający koncert Leszka Czajkowskiego, poświęcony postaci rotmistrza Witolda Pileckiego – jednego z największych bohaterów naszej historii, który zginął w więzieniu na Rakowieckiej 37 w Warszawie - 25.05.1948r .

Ogromną wartością dodaną wczorajszego wydarzenia był udział Tadeusza Płużańskiego – uznanego historyka, dziennikarza i prezesa Fundacji „Łączka”.

Nasze spotkanie rozpoczęło się w podniosłej atmosferze bezpośrednio pod pomnikiem rotmistrza Witolda Pileckiego w Otwocku.

To właśnie tam zgromadzeni mieszkańcy i goście wysłuchali pierwszego, niezwykle mocnego i osobistego komentarza historycznego Tadeusza Płużańskiego.

Jego komentarz historyczny oraz osobiste, niezwykle poruszające wprowadzenie do tematyki żołnierzy wyklętych i losów samego rotmistrza Pileckiego nadały całemu spotkaniu głęboki i edukacyjny wymiar.

Po tej oficjalnej i pełnej zadumy części, całe wydarzenie przeniosło się w plenerowe serce miasta – do otwockiego parku miejskiego, na scenę tzw. Muszli.

To właśnie tam, w otoczeniu zieleni odbyła się dalsza, muzyczna część wieczoru.

Za nami niezwykle poruszający koncert Leszka Czajkowskiego, poświęcony postaci rotmistrza Witolda Pileckiego – jednego z największych bohaterów naszej historii.

To nie był zwykły występ.

To był głęboki, muzyczny hołd złożony człowiekowi, którego odwaga i niezłomność do dziś stanowią dla nas wzór.

Mocne, mądre teksty Leszka Czajkowskiego oraz Barbary Tuzel - Górczewskiej w połączeniu z przejmującą oprawą muzyczną wywołały u zgromadzonych ogromne emocje i chwile prawdziwego wzruszenia.

To twórcy, którzy od lat z niesamowitą konsekwencją i pasją przywracają pamięć o naszych narodowych bohaterach za pomocą poezji śpiewanej.

Występ Leszka w parku nie był zwykłym koncertem, ale autentyczną, muzyczną opowieścią o honorze, trudnych wyborach i niezłomności.

Leszek zachwycił publiczność nie tylko świetnym warsztatem i charyzmą, ale przede wszystkim głębią przekazu.

W jego i Barbary tekstach nie ma taniego patosu – jest za to surowa prawda historyczna, ból, ale też duma z postawy takich ludzi jak rotmistrz Pilecki.

Każdy utwór, nasycony emocjami, zmuszał do refleksji i sprawiał, że zgromadzona w parku publiczność słuchała artysty w absolutnym skupieniu.

To była prawdziwa lekcja żywej historii, która trafia prosto do serca.

W programie poetycko – muzycznym „PATRIOTA” usłyszeliśmy między innymi utwory takie jak :

- „Raport Pileckiego”

- „Dla Polski zrobiłem tyle - Śmierć Pileckiego”

- „Dzieci wyklętych”

- „Rozmowa przy pomniku”

"Musimy pamiętać, bo pamięć to nasza największa broń przed zapomnieniem o tych, którzy oddali wszystko za wolną Polskę." – te słowa idealnie podsumowują atmosferę dzisiejszego spotkania.

Zobaczcie zdjęcia z tego wyjątkowego wieczoru!

W kadrach uchwyciliśmy:

- Wspólne chwile zadumy i przemówienie Tadeusza Płużańskiego pod pomnikiem rotmistrza Pileckiego oraz zapalenie zniczy

- Przejście do parku i pełen emocji, charyzmatyczny koncert Leszka Czajkowskiego w otwockiej Muszli

- Pełne skupienia i wzruszenia twarze publiczności, która wypełniła parkowe ławki

Dziękujemy wszystkim mieszkańcom Otwocka, gościom, oraz którzy spędzili ten wieczór razem z nami.

To była piękna, wspólna manifestacja pamięci i patriotyzmu.

* Zdjęcia są własnością REDY RMH

1. Most I: Test odwagi. Most II: Kurierzy wolności. Most III: Technologiczny nokaut. Trzy noce, które udowodniły, że Arm...
22/05/2026

1. Most I: Test odwagi.

Most II: Kurierzy wolności.

Most III: Technologiczny nokaut.

Trzy noce, które udowodniły, że Armia Krajowa potrafiła stworzyć własną linię lotniczą w samym środku wojny.

Jak tego dokonali?

Poznajcie historię trzech 'Mostów', które zmieniły bieg historii:

Most I: jako przełamanie barier (15/16 kwietnia 1944)

To nie była tylko misja logistyczna, ale psychologiczna.

Alianci długo wątpili, czy ciężka, dwusilnikowa Dakota (C-47) może bezpiecznie lądować na nieprzygotowanym, trawiastym terenie w środku okupowanego kraju.

Oddział AK "Bełżec" musiał przygotować lądowisko "Bąk" pod Bełżycami.

Wyznaczono je na pastwiskach, które w nocy oświetlano jedynie prymitywnymi lampami naftowymi wystawionymi w odpowiednim szyku tylko na sygnał dźwiękowy silników.

Oprócz pasażerów, samolot przywiózł ogromne fundusze na walkę podziemną (dolary i złoto) oraz nowoczesny sprzęt radiowy.

Ciekawostką jest, że operacja trwała na ziemi zaledwie 15 minut !

Samolot wyłączył tylko jeden silnik, by w razie ataku móc natychmiast poderwać się do lotu.

Streszczenie:

Była to misja próbna, mająca sprawdzić, czy lądowanie ciężką maszyną na polnej łące pod nosem Niemców jest w ogóle możliwe:

- Miejsce: Lądowisko „Bąk” w okolicach Bełżyc (pod Lublinem)

- Samolot: Dakota (C-47) z brytyjsko-polską załogą

- Przebieg: Wszystko poszło nadzwyczaj gładko.

Samolot spędził na ziemi zaledwie kilka minut

- Kluczowe postacie: Do Polski przylecieli m.in. Narcyz Łopianowski oraz Tomasz Arciszewski (późniejszy premier rządu RP na uchodźstwie)

Udowodniono, że dwukierunkowy kontakt lotniczy z Londynem przez bazy we Włoszech (Brindisi) jest realny.

Most II: Kurierski szlak (29/30 maja 1944)

Ta operacja utwierdziła Londyn w przekonaniu, że polskie podziemie kontroluje teren na tyle dobrze, by regularnie "zapraszać" alianckie samoloty.

- Jan Nowak-Jeziorański - legendarny "Kurier z Warszawy" został przerzucony do Polski właśnie tą drogą.

Przywiózł on wytyczne od rządu z Londynu i musiał natychmiast przedostać się do Warszawy, co było operacją samą w sobie (przejazd przez kordony żandarmerii)

- Lądowisko "Motyl" znajdowało się w trójkącie między dużymi garnizonami niemieckimi w Tarnowie, Dębicy i Mielcu.

Niemcy wiedzieli, że w okolicy "coś się dzieje", ale dyscyplina AK sprawiła, że nie byli w stanie namierzyć punktu zrzutu na czas

- Podczas tej misji przetestowano system "S-Phone" – specjalne radiostacje pozwalające na bezpośrednią rozmowę ziemi z pilotem, co na tamte czasy było szczytem technologii

Streszczenie:

Ta operacja odbyła się krótko po tym, jak AK zdobyło części rakiety V-2 w Sarnakach (o których rozmawialiśmy wcześniej):

- Miejsce: Lądowisko „Motyl” w okolicach wsi Wał-Ruda (pod Tarnowem)

- Samolot: Dakota pilotowany przez nowozelandzką załogę

- Przebieg: Lądowanie i start odbyły się bez większych zakłóceń, choć teren był trudny

- Kluczowe postacie: Do Londynu zabrano m.in. gen. Tadeusza Kossakowskiego (specjalistę od broni pancernej).

Do Polski przyleciał legendarny emisariusz Jan Nowak-Jeziorański („Kurier z Warszawy”)

Misja pokazała, że lądowisko pod Tarnowem jest bezpieczne i nadaje się do kolejnych, trudniejszych zadań.

Most III: Technologiczny nokaut (25/26 lipca 1944)

To była operacja o najwyższym priorytecie wywiadowczym dla całej koalicji antyhitlerowskiej:

- Pasażerowie "VIP":

Na pokład wsiadł m.in. Jerzy Chmielewski, który osobiście pilnował worków z częściami V-2.

Miał on ze sobą mikrofilmy i raporty, których nie wolno mu było zniszczyć nawet w obliczu śmierci

- Błąd w ocenie terenu:

Ziemia na lądowisku "Motyl" wydawała się sucha, ale pod cienką warstwą trawy kryło się błoto po niedawnych ulewach.

Gdy Dakota osiadła, jej masa sprawiła, że koła wbiły się w grunt, aż po osie

- Dramatyczna decyzja:

Kiedy trzecia próba startu zawiodła, pilot George Culliford rozważał podpalenie maszyny. Oznaczałoby to nie tylko utratę cennych dowodów na V-2, ale też śmierć lub niewolę dla wszystkich obecnych i dekonspirację całej sieci AK w regionie

- Ratunek:

Partyzanci wyrywali deski z płotów i stodół w pobliskiej wsi Wał-Ruda, tworząc prowizoryczny "pas startowy" pod kołami.

Ostatnia próba odbyła się już o świcie – samolot wystartował dosłownie w ostatnim momencie przed planowanym patrolem Luftwaffe

Streszczenie:

To była najważniejsza i najbardziej dramatyczna operacja z całego cyklu:

- Miejsce: Ponownie lądowisko „Motyl” pod Tarnowem

-Samolot: Dakota pod dowództwem George’a Culliforda

- Dramat: Po załadowaniu części rakiety V-2 i pasażerów, koła samolotu ugrzęzły w miękkiej ziemi.

Partyzanci i załoga stoczyli dwugodzinną walkę z błotem, kopiąc rowy i podkładając deski pod koła, podczas gdy silniki ryczały, alarmując okoliczne posterunki niemieckie

- Sukces: Za czwartym razem maszyna cudem oderwała się od ziemi

Do Londynu trafił kompletny raport i podzespoły rakiety V-2.
Był to cios w najnowocześniejszy program zbrojeniowy III Rzeszy.
Dlaczego nie było Mostu IV?

Planowano kolejne operacje (Most IV miał się odbyć pod koniec 1944 roku), jednak wybuch Powstania Warszawskiego, oraz szybko przesuwający się front wschodni (wkroczenie Armii Czerwonej) zmieniły sytuację geopolityczną.

Priorytety lotnictwa alianckiego przesunęły się na zrzuty zaopatrzenia dla walczącej Warszawy.

Te trzy "mosty" pozostały unikalnym symbolem tego, jak polski opór potrafił fizycznie połączyć okupowany kraj z wolnym światem.

Dla nas ta historia to dowód, że nie ma rzeczy niemożliwych, gdy ma się dobry plan i zgrany zespół!

Address


05-400 TO 05-402

Website

Alerts

Be the first to know and let us send you an email when REDY RMH posts news and promotions. Your email address will not be used for any other purpose, and you can unsubscribe at any time.

  • Want your business to be the top-listed Media Company?

Share