26/12/2025
Kiedy „o ludziach” staje się „o narodzie”: dlaczego dobry tekst uruchamia niebezpieczne procesy
Kilka dni temu Gazeta Wyborcza opublikowała materiał: „Młoda Ukrainka marzy o normalnym życiu i pyta: Polacy, czego wy właściwie od nas chcecie?”
https://bydgoszcz.wyborcza.pl/bydgoszcz/7%2C48722%2C32484945%2Cmloda-ukrainka-zadaje-jedno-pytanie-polacy-czego-wy-wlasciwie.html?utm_source=facebook.com&utm_medium=SM&utm_campaign=FB_Gazeta_Wyborcza&fbclid=IwdGRjcAO3VthjbGNrA7dT_GV4dG4DYWVtAjExAHNydGMGYXBwX2lkDDM1MDY4NTUzMTcyOAABHkawINXMV6QI8yBvWZgYPvmfiOujwpd4HnUE_K2rH36lhs9rvpGIU4MeDx97_aem_ArBqyYT6eeKUzjCxEi9JBQ
Publikacja wyglądała jak historia o integracji, godności i prawie do bycia wysłuchaną. Bohaterka mówi rzeczy, które brzmią uniwersalnie i ponadnarodowo:
„Nie jestem ani przeciwko P***kom, ani przeciwko Ukraińcom. Jestem za sprawiedliwością i patrzę przede wszystkim na ludzi, a nie na narodowość… Zamiast ciągle się tłumaczyć, wybieram jedno: być sobą, żyć uczciwie i nie dać sobie odebrać głosu.”
A jednak to właśnie reakcja na artykuł — tysiące komentarzy i setki udostępnień — jest kluczem do zrozumienia, dlaczego podobne materiały mogą być niebezpieczne. W epoce cyfrowej ważne jest nie tylko to, co zostało powiedziane, ale również to, co robią z tym media i ich odbiorcy. I tu widzimy paradoks naszych czasów: historia, która miała zbliżać, staje się paliwem dla polaryzacji.
Spróbujmy zrozumieć, dlaczego tak się dzieje.
Zdania, które miały „łączyć”, w warunkach polaryzacji zaczynają „dzielić”
Sformułowanie „jestem za sprawiedliwością” brzmi bezpiecznie. Jednak w społeczeństwie zmęczonym, podzielonym i pełnym lęku takie moralne deklaracje mogą być odbierane jak ocena, wyrzut albo próba „wychowywania”.
Psycholog społeczny Jonathan Haidt opisuje to w formule: „Morality binds and blinds” — moralność jednocześnie łączy nas w grupy i oślepia, każąc walczyć z innymi grupami tak, jakby od tego zależał los świata.
Dlatego część odbiorców słyszy nie: „chcę ludzkiego podejścia”, lecz: „ktoś mnie poucza”. A poucza Ukrainka — w Polsce.
„Szukacie wroga” — i wróg natychmiast zostaje znaleziony
Zdanie o ludziach, „którzy nie chcą dialogu, tylko szukają wroga”, jest logiczne w rozmowie o hejcie. Ale w środowisku Facebooka łatwo przekształca się w interpretację: „Ukrainka powiedziała to o P***kach”. I włącza mechanizm reakcji obronnej.
Gdy ktoś czuje się zawstydzany albo upokarzany, instynktownie stawia opór — nawet wobec przekazu sensownego i etycznego. Właśnie w taki sposób rodzą się komentarze-etykiety, które nadpisują sens materiału i przepisują jego narrację.
„Nie dam sobie odebrać głosu”: walka nie o etykę, lecz o symboliczną władzę
Najsilniejszym wyzwalaczem jest zdanie: „nie dać sobie odebrać głosu”. W normalnym świecie to opowieść o godności. W świecie konfliktów tożsamościowych „głos” zaczyna brzmieć jak prawo wpływu, a więc jak zagrożenie.
Widać to doskonale w komentarzach: najwięcej polubień zbiera riposta:
„My od Was nic!!!.. to Wy chcecie od Nas.”
To już nie jest dialog, lecz bilans krzywd i rachunek. W takich dyskusjach ludzie przestają mówić o konkretnej osobie, a zaczynają mówić o „nich” i „nas”. To klasyczny mechanizm przemiany człowieka w symbol.
Algorytm wzmacnia nie treść, tylko konflikt
Tysiące komentarzy nie są dowodem „wielkiej debaty”. Są dowodem tego, że post stał się areną grupowego samo-umacniania.
Media społecznościowe nagradzają treści wywołujące moralne emocje — gniew, pogardę, strach — bo one generują długie wątki i napędzają interakcje. Prawnik i badacz sfery publicznej Cass Sunstein ostrzegał, że platformy mogą „sortować nas” w grupy osób myślących podobnie, tworząc echo-komory wzmacniające nasze przekonania. Nic dziwnego, że ludzie o różnych poglądach coraz częściej nie potrafią się już zrozumieć.
Dlatego ten sam materiał w jednym środowisku będzie czytany jako „ludzka historia”, a w innym — jako „prowokacja”.
Spirala milczenia: umiarkowani znikają, skrajni stają się normą
Kiedy użytkownik widzi, że najwięcej polubień zdobywają twarde, pogardliwe komentarze, ma dwa wyjścia: dołączyć albo zamilknąć, aby nie stać się celem.
To właśnie zjawisko, które Elisabeth Noelle-Neumann nazwała „spiralą milczenia”: „Most people are afraid of social isolation”. Ludzie nieustannie obserwują, jakie opinie są nagradzane, a jakie karane. W efekcie powstaje złudzenie, że „wszyscy tak myślą” — nawet jeśli rzeczywistość jest bardziej złożona.
To szczególnie niebezpieczny sygnał kulturowy dla obu społeczności.
Rama wizualna
W takich historiach obraz bywa równie silny jak tekst. Jeśli bohaterkę pokazano jako młodą, zadbaną, „instagramową” influencerkę, część odbiorców nie czyta już doświadczenia migracji, tylko status.
Włącza się porównanie: „ona żyje lepiej”, „ona tu się urządziła”, „ona jeszcze poucza”. To niesprawiedliwe wobec konkretnej osoby, ale przewidywalne w społeczeństwie, w którym narasta zmęczenie.
Sama oprawa wizualna może niechcący wzmocnić ramę: „oni chcą”, nawet jeśli tekst mówi odwrotnie.
Historyczna analogia
Moim zdaniem najtrafniejszym porównaniem sytuacji Ukraińców w Polsce są Niemcy po roku 2015: od Willkommenskultur („kultury powitania”), przez społeczne zmęczenie, aż po backlash i przekształcenie migracji w polityczny klin.
Symboliczna stała się fraza Angeli Merkel „Wir schaffen das” — początkowo brzmiała jak obietnica humanizmu, szybko jednak stała się celem ataków: dla jednych znakiem naiwności, dla innych — narzuconego moralizmu.
Wydarzenia kolońskiej nocy sylwestrowej 2015/2016 oraz ich medialny efekt pokazały, jak jeden rezonansowy epizod może przeformatować ramę informacji i opinię publiczną, uruchamiając falę nastrojów antyimigranckich, a nawet wzrost przestępstw motywowanych nienawiścią.
Ta lekcja jest szczególnie ważna dla Polski: wirusowe materiały z tysiącami komentarzy mogą stać się „dowodem”, że „dialogu nie ma” — i pchnąć społeczeństwo ku ostrzejszym normom nie poprzez decyzje polityczne, lecz poprzez zmianę klimatu kulturowego.
Dlaczego to jest niebezpieczne
Podobne teksty nie są niebezpieczne dlatego, że są „antypolskie”. Są niebezpieczne dlatego, że w mediach społecznościowych bardzo łatwo zmieniają się w opowieść „my kontra oni”, gdzie znikają niuanse, a językiem normy stają się rachunki i pretensje.
Wtedy nie wygrywają ani Polacy, ani Ukraińcy. Wygrywają radykałowie, którzy żywią się konfliktem.
Antidotum nie polega na „zamknięciu tematu”, lecz na zmianie warunków kontaktu. Klasyczna teoria Gordona Allporta mówi, że kontakt między grupami zmniejsza uprzedzenia tylko wtedy, gdy spełnione są cztery warunki: równy status, wspólny cel, współpraca i wsparcie instytucji.
Gdy kontakt zamienia się w rywalizację o prawo, głos i status — przestaje leczyć, a zaczyna ranić.
Wniosek
To dobra historia — i właśnie dlatego trzeba ją czytać uważnie. Kiedy zamieniamy człowieka w symbol („Ukrainka mówi P***kom…”), wzmacniamy najbardziej niebezpieczny mechanizm współczesnej komunikacji: przejście od współodczuwania do wojny tożsamościowej.
Jestem przekonana, że P***kam i Ukraińcom dziś nie potrzeba więcej „rachunków”, lecz więcej wspólnej normalności: wspólnych zasad, wzajemnego szacunku, w którym głos nie zagraża, nie domaga się — lecz tłumaczy.
,
- Nie jestem ani przeciwko P***kom, ani przeciwko Ukraińcom. Jestem za sprawiedliwością i patrzę przede wszystkim na ludzi, a nie na narodowość - mówi Olya. - Nie da się spełnić oczekiwań ludzi, którzy nie chcą dialogu, a szukają wroga. Zamiast ciągle się tłumaczyć, wybieram jedno:...