09/06/2026
Kiedy nasz feed staje się polem bitwy: Kim są „destrukcyjni aktorzy”?
Czy zauważyliście Państwo, że po zaledwie trzydziestu minutach porannego przeglądania mediów społecznościowych człowiek ma ochotę rzucić wszystko, wyjechać w Bieszczady i nigdy więcej nie włączać routera? В klatce piersiowej zostaje tylko głęboki niepokój, a w głowie – nieodparte wrażenie, że świat ostatecznie zwariował. Oto wokół toczy się narodowa, krwawa debata każdego z każdym, w której zdrowy rozsądek poddał się i opuścił salę. To uczucie poznawczego kaca nie jest Państwa osobistą słabością. To rezultat chirurgicznie precyzyjnej operacji, którą ktoś co sekundę przeprowadza na naszych mózgach.
W raportach wojskowych i analizach NATO na określenie tych zakulisowych artystów używa się pojęcia, które brzmi dumnie i niemal filmowo: „destrukcyjni aktorzy”.
Terminu tego nie wymyślili sfrustrowani copywriterzy. Narodził się na początku lat 2010. w zapiętych pod szyję raportach amerykańskiego think tanku RAND Corporation. Eksperci szukali sposobu na nazwanie nowej formy agresji hybrydowej. Chodziło o to, by odróżnić zwykłego, rodzimego krytyка (który owszem, kłóci się z rządem do utraty tchu, ale chce wygrać wybory w działającym państwie) od aktora zewnętrznego. Ten drugi ma głęboko w nosie, kto wygra wybory i jakie ustawy przejdą przez Sejm. Jego jedynym celem jest sprawić, byśmy z profilowym zacięciem zaczęli szczerze nienawidzić sąsiada zza ściany.
Największym błędem jest uleganie iluzji, że chodzi tu wyłącznie o relacje polsko-ukraińskie. Dla kremlowskich reżyserów chaosu Ukraina to dziś po prostu najwygodniejsze narzędzie z brzegu. Prawdziwa stawka jest znacznie ciekawsza: chodzi o to, by rozhuśtać polską łódź tak mocno, byśmy – zajęci ratowaniem własnych żołądków i wzajemnym oskarżaniem się o zdradę stanu – przestali być jakimkolwiek partnerem na mapie Europy.
Dzięki generatywnej sztucznej inteligencji ta partyzantka zmieniła się w korporacyjną taśmę produkcyjną, działającą w systemie trzyzmianowym. Dziś w naszym feedzie możemy spotkać trzy główne grupy tych cyfrowych artystów:
„Pasożyty lęku” To specjaliści od żerowania na naszych najświętszych, narodowych lękach. Niczego nie zmyślają – po co, skoro prawdziwe życie daje tyle materiału? Biorą nasz realny, uzasadniony niepokój: inflację, rolnicze dramaty z Zielonym Ładem czy czysty, ludzki strach przed wojną. Następnie algorytmy AI zaczynają pompować ten balon do granic możliwości. W kilka minut fora i sekcje komentarzy zalewa fala automatycznych opinii: „wszyscy nas zdradzili”, „kompromis to zdrada”. I zanim zdążymy wypić kawę, merytoryczna dyskusja o gospodarce zamienia się в cyfrowy lincz.
„Fantomy AI”, czyli cyfrowi sąsiedzi Czas ordynarnych botów bez zdjęć, piszących łamaną polszczyzną, minął. Dziś dzięki sztucznej inteligencji rodzą się tysiące nienagannych „P***ków z sieci”. Mają piękne, wygenerowane przez algorytm twarze i profile pełne zdjęć з wakacji na Mazurach. Przez miesiące komentują mecze Ekstraklasy i wrzucają przepisy na idealny żurek, budując swoją wiarygodność. Ale gdy tylko nadarzy się okazja – jakikolwiek incydent drogowy, bójka pod klubem czy lokalna kłótnia z udziałem obcokrajowca – te cyfrowe anioły synchronicznie rzucają się do klawiatur. W kwadrans tworzą iluzję, że naród stoi na krawędzi wojny domowej.
„Złodzieje tożsamości” To już wyższa szkoła jazdy, znana w Europie jako operacja Doppelgänger. Po co trudzić się budowaniem zasięgów, skoro można ukraść cudze? Za pomocą AI tworzone są idealne, cyfrowe klony szanowanych portali, w tym Gazety Wyborczej. Czionka, layout, a nawet specyficzny styl pisania znanych felietonistów zgadzają się co do piksela. Różnica tkwi w jednej, niemal niewidocznej literówce w adresie URL. To tam lądują sfabrykowane teksty o rychłym bankructwie kraju. Kalkulacja jest genialna w swojej prostocie: skoro ufasz logo na górze strony, bez mrugnięcia okiem połkniesz podaną neuro-truciznę.
Sztuczna inteligencja dała destrukcyjnym aktorom narzędzie idealne – potrafi wywołać w nas chroniczne zmęczenie informacyjne. A zmęczonym społeczeństwem, które machnęło ręką i uznało, що „i tak wszyscy kłamią”, zarządza się najprościej.
Dlatego następnym razem, gdy jakiś sensacyjny post wyciśnie z Państwa potężną dawkę sprawiedliwego, internetowego gniewu і poczujecie nagłą potrzebę zmieszania z błotem kogoś w komentarzu – prosimy o sekundę oddechu. Istnieje spore prawdopodobieństwo, że nie biorą Państwo udziału w narodowej debacie, ale po prostu darmowo pomagacie domknąć budżet jakiemuś zakulisowemu aktorowi, dla którego nasza kłótnia to tylko poprawnie rozwiązane zadanie z matematyki.
JANA Yaroshenko