30/04/2026
Od dawna mam opór wobec pojęcia osoby „neurotypowej”.
Zazwyczaj używam go w cudzysłowie albo obchodzę na różne sposoby, bo czuję, że nie opisuje on realnie istniejącej kategorii biologicznej, tylko raczej uznaniową normę kulturową i identyfikację z nią.
Bo jeśli coś takiego jak „neurotypowy mózg” istnieje, to nie jako obiektywny punkt odniesienia, ale jako tożsamość osób, którym udaje się funkcjonować w neuronormatywnym świecie bez doświadczania wyraźnie wykluczającego i trwałego cierpienia.
Neuroróżnorodność nie jest opowieścią o „odchyleniach od normy”. Jest opowieścią o tym, że norma jest dyskusyjna, a cierpienie jest realne.
To właśnie ono powinno być naszym punktem odniesienia.
Są osoby, dla których funkcjonowanie w neuronormatywnych warunkach jest możliwe, znośne i nie generuje bezpośredniego, chronicznego cierpienia. To właśnie często nazywamy „neurotypowością”.
Ale są też osoby, dla których na przykład przestymulowanie nie jest dyskomfortem, tylko realną niemożnością funkcjonowania. Dla których sposób myślenia nagradzany w edukacji i kulturze jest niedostępny. Dla których uczestnictwo w relacjach i pracy według neuronormatywnych zasad jest nie tyle trudne, co niemożliwe.
I to nie jest kwestia wyboru, postawy ani „braku dopasowania”. To jest konkretna, ucieleśniona różnica neurobiologiczno-tożsamościowa.
Dlatego dla mnie „neurotypowość” jest pojęciem wyłącznie formalnym, a realnym zjawiskiem jest neuronormatywność. Neuronormatywność jako system norm, praktyk i oczekiwań, które są głęboko ukształtowane przez patriarchat, kapitalizm, system edukacji oraz kulturę produktywności i kontroli.
To ona wyznacza, co jest „właściwym” myśleniem, co jest „akceptowalnym” zachowaniem, co jest „dojrzałą” regulacją i co jest „normalnym” funkcjonowaniem.
Neuroróżnorodność w sensie politycznym i etycznym istnieje po to, żeby nazwać tę normę, zobaczyć jej przemocowy charakter i uznać realne cierpienie osób, które nie są w stanie się do niej dostosować.
Bo problemem nie jest to, że ktoś „odbiega od typowego mózgu”, problemem jest to, że świat został zbudowany wokół bardzo wąskiego zakresu funkcjonowania i wszystko poza nim musi się dopasować albo ponosi koszt wykluczenia.
I może właśnie od tego warto zacząć projektowanie racjonalnych dostosowań dla neuroróżnorodności.
Nie od pytania „kto jest neuroodmienny?”,
tylko od refleksji “dla kogo ten świat jest możliwy do życia, a dla kogo nie?”.
I dlaczego uznajemy to za dogmatyczne.