Tadeusz Pawłowski

Tadeusz Pawłowski O tym, co nie koniecznie ważnego dzieje się w Rawiczu. A także o tym, do czego większość ze strachu obawia się przyznać, że to czyta.

Do zakończenia tego cyklu retrospekcji fotograficznej z lat 60-tych XX wieku, związanej z RZMiOŻ (Gazomet) i stadionem w...
30/08/2026

Do zakończenia tego cyklu retrospekcji fotograficznej z lat 60-tych XX wieku, związanej z RZMiOŻ (Gazomet) i stadionem wybudowanym przez ten zakład na początku lat 50-tych zostało mi jeszcze materiału na może dwa – trzy wpisy.
Dzięki uprzejmości Piotra Tyla, zamieszczam kolejną serię po trzy zdjęcia obiektów Rawickiego Zakładu Mechanicznego i Odlewni Żeliwa oraz byłego stadionu żużlowego w trakcie przebudowy na początku lat 60.
TP.

Kolejna retrospekcja fotograficzna z lat 60-tych XX wieku.Ku pamięci, temat ten sam. Dzięki uprzejmości Piotra Tyla, zam...
28/08/2026

Kolejna retrospekcja fotograficzna z lat 60-tych XX wieku.
Ku pamięci, temat ten sam. Dzięki uprzejmości Piotra Tyla, zamieszczam po trzy zdjęcia obiektów Rawickiego Zakładu Mechanicznego i Odlewni Żeliwa (późniejszego Gazometu) oraz byłego stadionu żużlowego w trakcie przebudowy na początku lat 60.
Cykl może będzie jeszcze kontynuowany.
TP.

Fotograficzna retrospekcja z lat 60-tych XX wieku.Dzięki uprzejmości Piotra Tyla, który udostępnił mi zestaw zdjęć pokaz...
27/08/2026

Fotograficzna retrospekcja z lat 60-tych XX wieku.
Dzięki uprzejmości Piotra Tyla, który udostępnił mi zestaw zdjęć pokazujących obiekty Rawickiego Zakładu Mechanicznego i Odlewni Żeliwa (późniejszego Gazometu) oraz były stadion żużlowy (ten z przełomu lat 50-60), po wykonaniu rekonstrukcji mogę je udostępnić.
Chyba nie muszę opisywać co przedstawiają, bo wielu Rawiczan pokolenia sześcdziesięcio i więcej latków zapewne rozpozna.
Na razie po trzy zdjęcia z zakładu i stadionu. Może będzie więcej, jak zrekonstruuję pozostałe.
TP.

46 lat temu, w lipcu 1980 r., rząd zaaplikował drastyczną podwyżkę cen żywności, co wywołało strajki i głęboki kryzys go...
24/08/2026

46 lat temu, w lipcu 1980 r., rząd zaaplikował drastyczną podwyżkę cen żywności, co wywołało strajki i głęboki kryzys gospodarczy oraz zwolnienia z pracy opozycjonistów. Pamiętajmy o wszystkich, którzy rozpoczęli w sierpniu strajki oraz trwającą dekadę trudną drogę ku demokratyzacji państw Europy Środkowej i naprawdę przyczynili się do pokojowej zmiany systemu.
Stare porzekadło głosi, że w historii wszystko już było.
W starożytnych czasach pierwszy triumwirat (został zawiązany w 60 r. p.n.e.) był nieformalnym, tajnym porozumieniem trzech polityków (Gajusza Juliusza Cezara, Gnejusza Pompejusza Wielkiego i Marka Licyniusza Krassusa), którzy połączyli siły, by realizować prywatne cele wbrew woli rzymskiego Senatu. Rządy drugiego triumwiratu (Oktawiana, Marka Antoniusza i Marka Lepidusa) zakończyły w 27 roku p.n.e. okres Republiki Rzymskiej, co dało początek Cesarstwu Rzymskiemu (Pryncypatowi).
W czasach mniej odległych różne okresy względnych swobód bywały rozdeptywane przez dyktatorów wyłaniających się z zamieszek rewolucyjnych, a nawet uzyskujących władzę drogą demokratycznych wyborów. Wprowadzali później rządy faszystowskie, komunistyczne lub inne formy dyktatur, w tym i fanatyczne reżimy fundamentalistyczne. Zdarzył się też incydent w Chinach, gdzie u schyłku rewolucji kulturalnej, w końcówce życia jej autora, rządy próbowała przejąć „banda czworga”.
Po co przytaczam tę paletę różnych form dyktatur, od pojedynczych satrapów, poprzez triumwiraty, aż do „bandy czworga”?
Najpóźniej za rok w Polsce odbędą się wybory, po których, jak na to wskazuje wiele sondaży, władzę może przejąć brunatna strona sceny politycznej. A jak pokazały nie tak odległe czasy, prawica nie lubuje się w rozwiązaniach demokratycznych. Przez dwie kadencje rządów prawicy został zdemolowany trójpodział władzy, a w obecnej kadencji pryncypat uprawia prostacki wandalizm.
Dlaczego po trzydziestu paru latach życia w demokratycznym systemie, który jak powiedział Winston Churchill – „demokracja to najgorszy system rządów, ale nikt nie wymyślił lepszego”, większość młodszych wyborców jest skłonnych głosować na polityków z „ciemnej strony księżyca”?
Nie jestem socjologiem, więc posłużę się opiniami fachowców, którzy przez dziesiątki lat badają takie zjawiska i są uznanymi autorytetami. W prawidłowo funkcjonującym państwie demokratycznym, aby osiągnąć przyzwoity sukces potrzebna jest wiedza, umiejętności, przy pomocy których da się zarobić na utrzymanie swoje i rodziny oraz łut szczęścia. Tymczasem mamy wysyp ludzi z rzekomo wyższym wykształceniem z dziwacznych uczelni po kierunkach do niczego nieprzydatnych, doktorów i profesorów tychże uczelni z kompetencjami najwyżej do wykrzykiwania głupawych haseł. Jak pokazują przypadki ostatnich lat, dla takich tuzów intelektu najlepiej znaleźć się we właściwym czasie na właściwym miejscu, czyli na liście wyborczej jakiejś partii z szansami wciśnięcia się do parlamentu, sejmików, rad wszelakich szczebli. A potem to już można grabić bez zahamowania.
Coraz większa populacja młodych ludzi jest na bakier z ogólną wiedzą na poziomie średnim i na wszystko co wiąże się z jakimkolwiek wysiłkiem mają „wywalone”. Świetnie za to wychodzi im scrollowanie na smartfonach rolek z infuencerami, a prywatne problemy ma im rozwiązywać państwo. Dlatego gotowi są poprzeć każdego, kto obiecuje najprostsze rozwiązania.
Jeśli nie umiesz nawiązywać poprawnych relacji wśród rówieśniczek i rówieśników, to fundamentaliści pokażą ci jak to robić na platformach streamingowych czy w mediach społecznościowych. Nie potrafisz uczciwie zarabiać kasy, to populiści zapewnią cię, że skóra, fura i komóra, należą ci się jak psu zupa bez wysiłku. Masz problem z tym, że obcokrajowcy pracują jak mrówki, to chętnie poprzesz piratów, którzy obiecują, że ich pogonią. Bo po co obcy mają zabierać miejsca pracy nawet te, do których miejscowi się nie garną. A być może jeszcze nad tym czuwa niewidzialna sekta mędrców opisanych w „Protokołach” opublikowanych w Petersburgu na łamach gazety „Znamja” („Flaga”) w 1903 r.
To oczywiście jest czysty populizm, zaprawiony swoistym prostactwem, ale on działa. Zwłaszcza, gdy instytucje i organizacje, które lubią przypisywać sobie atrybut nieomylności sączą teorie, że przyczyną wszelkiego zła jest demokracja.
W rocznicę strajków sierpniowych taki mam apel do wszystkich, którzy chcą żyć w ustroju demokratycznym i wolą demokrację od każdego miru lub systemu prześwietnego cesarstwa. Uważnie przyglądajcie się, aby nie przespać momentu, gdy populiści mogą wybierać za ciebie jakiś triumwirat (z angielska - tryumwariat) lub bandę czworga.
TP.

Pod koniec sierpnia, jak to drzewiej bywało w tradycji, odbywały się wiejskie dożynki w wielu miejscowościach rawickiej ...
23/08/2026

Pod koniec sierpnia, jak to drzewiej bywało w tradycji, odbywały się wiejskie dożynki w wielu miejscowościach rawickiej gminy. 25 lat temu, w niedzielę 26 sierpnia 2001 r., wiejskie dożynki odbyły się w Słupi Kapitulnej. Zanim poszedłem z głównej drogi biegnącej przez wieś na pole, gdzie była przygotowana scena z widownią, zrobiłem zdjęcie paniom z zespołu „Katarzynki” przechodzącym tę drogę po pasach. Ilekroć patrzę na to zdjęcie, wywołuje u mnie uśmiech, bo kojarzy mi się z okładką płyty The Beatles, wydanej we wrześniu 1969 r. pt. „Abbey Road”. Na zdjęciu z płyty muzycy gęsiego przechodzą po pasach przez jezdnię na ul. Abbey Road.
Autorem kultowego zdjęcia na okładce albumu "Abbey Road" zespołu The Beatles jest szkocki fotograf Iain Macmillan. Zdjęcie zostało wykonane 8 sierpnia 1969 roku podczas krótkiej, trwającej zaledwie 10 minut sesji na ulicy w Londynie, kiedy policja na chwilę wstrzymała ruch pojazdów. Fotograf stał na drabinie ustawionej na środku jezdni i wykonał zaledwie sześć kadrów, z których piąty został ostatecznie wybrany na okładkę płyty. (Wikipedia)
W rankingu albumów studyjnych The Beatles według popularności i sprzedaży, Abbey Road (1969) ze sprzedażą ok. 30 mln, jest na pierwszym miejscu. Dwa kolejne miejsca zajmują: Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band (1967) – ok. 32 mln oraz The Beatles (The White Album) (1968) – ok. 21 mln.
Z kolei największymi hitami z albumu Abbey Road, które zyskały status globalnych przebojów i zdominowały listy przebojów oraz statystyki streamingowe, są „Here Comes the Sun”, „Come Together” oraz „Something”.
Ale dla mnie od czasów licealnych zawsze numerem jeden był utwór „Oh! Darling”.
Proponuję dla relaksu posłuchać Oh! Darling, zremasterowany ponownie cyfrowo w 2009 r. https://www.google.com/search?client=firefox-b-d&q=Youtube+The+Beatles+Oh%21+Darling =ive&vld=cid:2c3eea72,vid:9BznFjbcBVs,st:0
TP.

W czerwcu 1996 r. Kazimierz Suchowiak, regionalista, autor wydawnictw okolicznościowych i materiałów wspominkowych, rozp...
16/08/2026

W czerwcu 1996 r. Kazimierz Suchowiak, regionalista, autor wydawnictw okolicznościowych i materiałów wspominkowych, rozpoczął cykl artykułów, zamieszczanych co miesiąc w „Gazecie Rawickiej”, wspomnienia pt. „Z kart historii GAZOMETU”.
Ale zanim oddam głos Kazimierzowi Suchowiakowi, kilka zdań wstępu. Mam osobisty sentyment do tej firmy, bo na ostatnim roku studiów 1977/78 odbywałem praktykę w ZUNiG „Gazomet”. Ponadto dziadek (wtedy już nie żył) był pracownikiem tego zakładu, natomiast ojciec, mama i żona wówczas byli pracownikami tego zakładu. W tym czasie napisałem pracę magisterską „Analiza zapotrzebowania ciepła na ogrzewanie i na potrzeby technologiczne na podstawie wybranego zakładu przemysłowego” (chodziło oczywiście o Gazomet). Została oceniona na „dobry plus”, a egzamin dyplomowy magisterski zdałem 22 marca 1978 r. z wynikiem dobrym. Podczas pisania pracy na czarnej maszynie, która pamiętała czasy samego Linza, oprócz wyliczeń zapotrzebowania ciepła, wykonałem 6 rysunków technicznych (wtedy nie było AutoCada) w formacie 2m na 1m (kopię Rys. 1 zamieszczam poniżej), zawierających rozmieszczenie infrastruktury ciepłowniczej na terenie całego zakładu i w poszczególnych obiektach kubaturowych. Dzisiaj, po 49 latach, to ciekawostka, bo rysunki zawierają inwentaryzację obiektów, których już nie ma albo zostały zmienione.
Wracając do pierwszego artykułu K. Suchowiaka, który został zamieszczony w „Gazecie Rawickiej” 30 lat temu, rozpoczął on cykl wspomnień, który zakończył się w roku 1997 na 135. rocznicę wybudowania zakładu popularnie zwanego „U Linza”. Poniżej przytaczam większą część tego artykułu, od powstania fabryki do śmierci jej pierwszego właściciela Johannesa Linza.
«Najstarszy i największy zakład pracy w Rawiczu - Zakład Urządzeń Gazowniczych “Gazomet” obchodzić będzie w przyszłym roku jubileusz 135-lecia działalności. Warto więc przypomnieć ciekawą i bogatą historię jego poprzedniczki - Fabryki Maszyn, Kotlarni i Odlewni Żeliwa Jana Linza, założonej 1 października 1862 r.
Założycielem fabryki był mistrz kowalski Johannes (Jan) Linz, mieszkaniec Rawicza pochodzenia niemieckiego. Początkowo fabryka miała charakter rzemieślniczy, wykonując drobne usługi kowalskie dla ludności miasta i okolic. Od 1871 r. datuje się przeobrażanie firmy w małą fabrykę, zatrudniającą 10 pracowników, a w 1885 r. - już 47, produkującą maszyny i części do maszyn rolniczych oraz przeprowadzającą ich remonty. W latach 1875-1882 fabrykant Jan Linz osiągał już pokaźne zyski, co pozwoliło mu w 1883 r. zostać akcjonariuszem Towarzystwa Akcyjnego Budowy Cukrowni w Miejskiej Górce, którego kapitał zakładowy wynosił początkowo pół miliona marek, a następnie 1 mln marek. Udział J. Linza musiał być niemały, zważywszy, że wszedł on w skład Rady Nadzorczej tego Towarzystwa, obok takich potentatów ziemskich, jak: dziedzic L. Karłowski z Grąbkowa, dzierżawca Berka z Sobiałkowa, W. T. Zakrzewski z Rydzyny i hrabia W. Czarnecki z Gogolewa.
Wypada wspomnieć, że ówczesne władze pruskie interesowały się nie tylko rozwojem przemysłu w Rawiczu, ale także zagadnieniem bezpieczeństwa, higieny i warunkami pracy. Między innymi Magistrat Rawicza w 1874 r. przeprowadził przez swoich urzędników generalną inspekcję największych wówczas fabryk Rawicza: tabaki, tytoniu, Linza i roszarni lnu. Dokonana kontrola nie stwierdziła większych uchybień, w sprawozdaniach odnotowano jedynie, że robotnicy pracują z reguły w tych samych pomieszczeniach, w których magazynowane są surowce i materiały oraz fakt, że młodociani mieli ten sam wymiar czasu pracy co dorośli, a chodzące do szkoły dzieci pracowały tylko po południu.
Osiągany dochód z produkcji własnej i spory udział w dywidendach późniejszej cukrowni pozwoliły Linzowi na zbudowanie w 1890 r. pomieszczeń modelarni oraz odlewni żeliwa i metali kolorowych, co w znacznej mierze przyczyniło się do rozszerzenia asortymentu produkcji, zwłaszcza części do maszyn i urządzeń różnego typu odlewanych z żeliwa i brązu.
W tym okresie nastąpił ogólny znaczny postęp techniczny w przemyśle, głównie poprzez wprowadzenie maszyn parowych. Jak grzyby po deszczu zaczęły wyrastać w miastach i wsiach ziemi rawickiej oraz na terenie całego Wielkiego Księstwa Poznańskiego gorzelnie, browary i fabryki słodu do wyrobu piwa. Do tego przewidywanego rozwoju browarnictwa i gorzelnictwa właściwie przygotowywał się fabrykant Jan Linz pod względem fachowym i organizacyjnym. Podniósł swe kwalifikacje, uzyskując uprawnienia mistrza i inżyniera-browarnika oraz założył w 1893 r. Centralne Biuro Konstrukcyjne w Dreźnie dla urządzeń browarów i fabryk słodu, zatrudniając w nim kilkunastu inżynierów-specjalistów i mechaników-konstruktorów z dziedziny projektowania i budowy wszelkich urządzeń dla browarnictwa. To niezwykłe na owe czasy przedsięwzięcie właściciela fabryki, zatrudniającej ok. 50 pracowników, pozwoliło na uruchomienie całkiem nowego profilu produkcji, nastawionej głównie na wytwarzanie kompletnych urządzeń dla browarów i gorzelni. W poczynaniach założyciela fabryki widać było szczególny zmysł organizacyjny i handlowy, co w obecnych czasach przeprowadzania powszechnej restrukturyzacji w “Gazomecie” i wielu przedsiębiorstwach naszego kraju wydaje się bardzo cenne i ze wszech miar godne naśladowania.
Zatrudnieni w latach 1893-1895 pracownicy Biura Konstrukcyjnego w Dreźnie otrzymywali znacznie wyższe zarobki niż robotnicy i pracownicy w macierzystej fabryce w Rawiczu. Przeciętne ich wynagrodzenie w przeliczeniu na zarobek dzienny wynosiło od 3 do 7 marek, czyli było trzykrotnie wyższe. Jednak jak wynikało z rezultatów pracy konstruktorów opracowujących i wdrażających do produkcji coraz lepsze rozwiązania techniczne i wyroby, nawet dość wysokie wynagradzanie konstruktorów opłacało się właścicielowi fabryki, przynosząc coraz wyższe dochody.
W wyniku dalszego rozwoju i dokonanych przeobrażeń natury organizacyjnej, technicznej i produkcyjnej - firma Jana Linza przyjęła, począwszy od 1 stycznia 1895 r., oficjalnie nową nazwę, odpowiadającą jej wielkości i znaczeniu, a mianowicie:
Johannes (Jan) Linz
Browarnik i Inżynier Browarniczy
Centralne Biuro dla Urządzeń Browarów i Fabryk Słodu w Dreźnie
Fabryka Maszyn, Kotlarnia i Odlewnia - Rawicz koło Wrocławia
Rok założenia 1862.
Nowa oficjalna nazwa była może zbyt długa, ale zawierała w sobie wiele elementów reklamowych, niezbędnych do wykonywania produkcji dla odbiorców nie tylko w okolicach Rawicza i Wrocławia, Księstwa Poznańskiego, ale także z zagranicy. Dziełem ówczesnej załogi rawickiej firmy J. Linza (zwanej dalej potocznie Fabryką Maszyn) w następnych latach działalności, aż do roku 1919, było m.in.: budowa kompletnych urządzeń dla nowo uruchamianych browarów w Berlinie, Poznaniu, Wrocławiu, Wiedniu, Kijowie, Moskwie oraz w kilku miastach Anglii i Szwecji, a nawet w Afryce.
W okresie pełnego rozkwitu fabryki - w lipcu 1985 r. zmarł jej założyciel i właściciel - Jan Linz, pozostawiając dwóch synów: Jerzego i Maksa, którzy na mocy testamentu stali się następnymi właścicielami fabryki, tworzącej odtąd spółkę handlową, zapisaną w rejestrze handlowym pod numerem 63 w Królewskim Sądzie Powiatowym w Rawiczu.»

KAZIMIERZ SUCHOWIAK
Czerwiec 1996 rok

Zainteresowanych dalszymi wspomnieniami K. Suchowiaka, odsyłam do „Gazety Rawickiej”, w której od numeru 6 (czerwiec 1996) do numeru 6 (czerwiec 1997) ukazało się 13 części.
TP.

Jeszcze o planie miasta Rawicza z 1821 r. w obrębie wałów obronnychZaledwie 25 lat od założenia miasta, w 1663 roku, ówc...
05/08/2026

Jeszcze o planie miasta Rawicza z 1821 r. w obrębie wałów obronnych
Zaledwie 25 lat od założenia miasta, w 1663 roku, ówczesny dziedzic Rawicza, Jan Opaliński, rozpoczął rozbudowę miasta, często nazywaną „drugą lokacją”. Polegała ona na wytyczeniu w bezpośrednim sąsiedztwie pierwotnego organizmu miejskiego, zaprojektowanego w 1638 r. przez Michała Flandrina, nowej, bliźniaczej części przeznaczonej głównie dla ludności katolickiej oraz na sprowadzeniu zakonników (franciszkanów-reformatów).
Ostateczny kształt przestrzenny, po połączeniu Starego i Nowego Rynku oraz po przesunięciu wałów obronnych i fosy na wschód, miasto zyskało ostatecznie za czasów Jana Kazimierza Sapiehy, który odbudowywał Rawicz po wielkim pożarze Rawicza. Miasto zostało doszczętnie spalone przez wojska rosyjskie (Moskali i Kałmuków), pod dowództwem płk. Schultza, 17–18 lipca 1707 roku w czasie wielkiej wojny północnej. Zniszczeniu uległo niemal całe miasto, w tym m.in. drewniany ratusz oraz kościół ewangelicki. Po tym kataklizmie Rawicz odbudowywał się przez pierwsze dekady XVIII w. Pod koniec stulecia liczba mieszkańców osiągnęła 9 940 osób. Dla porównania, Poznań liczył wówczas 11 380 obywateli, co czyniło Rawicz drugim największym miastem w Wielkopolsce. Pod koniec XVIII w. Rawicz odpowiadał za wytwarzanie aż 20% ogółu sukna w Wielkopolsce.
Ten rozkwit sukiennictwa miał oczywiście wpływ na układ miejskich obszarów. Przyglądając się planom Rawicza, z opisami w języku niemieckim, nie zawsze zdajemy sobie sprawę z przeznaczenia obszarów, których nazwy po przetłumaczeniu na język polski wydawałoby się, że brzmią znajomo, np. der Garten (w liczbie pojedynczej) oraz die Gärten (w liczbie mnogiej), czyli ogród, ogrody. Tymczasem na planie miasta widnieją ogrody o specjalnym przeznaczeniu, one nie służyły do ozdoby, ani nawet do dostarczania świeżych warzyw.
- Kräutergärten (zaznaczone na zielono) – w języku niemieckim oznacza ogrody ziołowe (lub zielniki).
Tradycja zakładania ogrodów ziołowych w Europie Środkowej sięga średniowiecza. Były one naturalnym zapleczem aptek oraz nieodłącznym elementem klasztorów, gdzie mnisi uprawiali rośliny lecznicze, przyprawy oraz zioła jadalne według ścisłych reguł – m.in. na wzór słynnego dekretu Karola Wielkiego (Capitulare de villis). Zioła sadzono najczęściej na podwyższonych grządkach ułożonych w geometryczne wzory.
- Tuchschärer gärten lub Tuchschärergarten (zaznaczone na żółto) - to określenie historyczno-urbanistyczne, które w dosłownym tłumaczeniu oznacza „ogrody postrzygaczy sukna”. Podobnie jak Bleichgärten (bielniki), termin ten jest ściśle związany z dawnym rzemiosłem włókienniczym i strukturą dawnych miast w krajach niemieckojęzycznych. Mianem tym określano otwarte przestrzenie, place lub ogrody rzemieślnicze, które należały do cechu postrzygaczy sukna lub znajdowały się bezpośrednio przy ich warsztatach. Miejsca te pełniły kluczowe funkcje produkcyjne i logistyczne: Suszenie i naciąganie sukna: po procesie folowania i farbowania mokre, ciężkie bele materiału musiały zostać wysuszone. W tym celu w ogrodach ustawiano specjalne drewniane ramy naciągowe (Tuchrahmen lub Spannrahmen). Była to praca na świeżym powietrzu: ze względu na gabaryty tkanin oraz potrzebę doskonałego, naturalnego oświetlenia (niezbędnego do wyłapania najdrobniejszych nierówności na materiale), część prac wykończeniowych chętnie prowadzono na zewnątrz, właśnie na terenie przywarsztatowych ogrodów.
- Tuchschärer (postrzygacz sukna) to szanowany i wysoce wyspecjalizowany rzemieślnik od czasów średniowiecza do epoki nowożytnej. Jego zadaniem było ostateczne wykończenie utkanego i spilśnionego materiału wełnianego (sukna). Za pomocą ogromnych, ciężkich nożyc postrzygacz precyzyjnie ścinał z powierzchni tkaniny odstające włoski i supły, dzięki czemu materiał stawał się gładki, miękki i zyskiwał szlachetny połysk.
- Bleichgarten – bielnik, łąka, na której były rozłożone kawałki płótna wystawione na słońce, aby uległy wybieleniu. W dawnych wiekach mianem tym określano trawiasty ogród lub łąkę, na której rozkładano wyprane, wilgotne tkaniny (głównie len). Pod wpływem działania promieni słonecznych i tlenu zachodził tam naturalny proces wybielania materiału. Miejsca te często znajdowały się przy klasztorach lub manufakturach tekstylnych.
Mam nadzieję, że po drugiej odsłonie, plan miasta Rawicza z 1821 r., ilustrujący ostatnie tchnienie feudalizmu, stanie się bardziej przyjazny. W II połowie XIX wieku, w 1866 r., 160 lat temu pojawił się kolejny plan Rawicza w obrębie, już wtedy plant, ilustrujący wpływy kapitalizmu na rozwiązania urbanistyczne w mieście.
TP.

Tym razem o młynie wokół młynów.Na początku czerwca Henryk Pawłowski, starszy kustosz MZR, zapytał mnie, czy wiem coś o ...
03/08/2026

Tym razem o młynie wokół młynów.
Na początku czerwca Henryk Pawłowski, starszy kustosz MZR, zapytał mnie, czy wiem coś o młynie wodnym w mieście Rawiczu, bo z kolei on takie pytanie dostał od autora opracowań m.in. z zakresu historii młynarstwa.
W pierwszym odruchu na pytanie o młyn wodny, odpowiedziałem, że nic na ten temat nie wiem i nie wydaje mi się, aby w mieście były po temu odpowiednie warunki. Szybko szukając w myślach, czy coś takiego mogło być na pobliskich rzeczkach Dąbroczni lub Masłówce, w pierwszym momencie nic mi się nie skojarzyło. W tym domniemaniu, że nie było w Rawiczu młyna wodnego, utwierdziłem się sprawdzając w indagandach, czyli opisach miasta Rawicza z 1793/1794. W indagandach pod pozycją 33, urzędnicy miejscy wymienili alfabetycznie w języku niemieckim wszystkie zawody (podano 61 zawodów skupionych w cechach i 32 tzw. wolnych zawodów nieprzynależnych do cechów), jakie były uprawiane w Rawiczu. Między innymi 27. podanym zawodem są młynarze – 80 osób, 74 młyny; (Müller 80, 74 Mühlen;). A o młynach wodnych w Rawiczu w indagandach nic się nie wspomina. Więc sprawa wydawała mi się zamknięta.
Ale w ubiegłym tygodniu jeden ze znajomych zadał mi pytanie, czy to prawda, jak głosi legenda, że „w Rawiczu było 99 wiatraków, bo gdy tylko powstał kolejny nowy, to któryś w tym samym czasie spłonął i dlatego nigdy ta liczba nie przekroczyła 100”. Odpowiedziałem, bez namysłu, że to tylko legenda, bo udokumentowana maksymalna liczba wiatraków wokół Rawicza na początku XIX wynosiła 73.
I nagle doznałem olśnienia! Jak to, jeszcze miesiąc temu sprawdziłem w indagandach, że młynów w Rawiczu było 74, a teraz odruchowo stwierdziłem, że wiatraków było 73. Czyli, że co, przejęzyczyłem się, czy też popełniłem „czeski błąd”? Ale zastrzegłem się, że muszę to sprawdzić, która w końcu liczba młynów jest właściwa.
W monografii „Dzieje ziemi rawickiej” (1967), Waleriana Sobisiaka, autor sporo tekstu poświęcił zawodom tkackim, które od początku istnienia miasta niemal do końca XIX wieku w gospodarce Rawicza miały największe znaczenie. O wiatrakach, czyli młynach, autor nie napisał w zasadzie nic, natomiast zamieścił dwie mapy (mało czytelne z uwagi na bardzo złą jakość grafik). Pod numerem 65. (strona 253) zamieszczony jest „Plan miasta Rawicza z 1821 r. Według J. Leciejewskiego z pracy J. Schulte-Frohlinde”, na którym widać (dla wtajemniczonych) między innymi rozmieszczenie wiatraków. I pod numerem 66. (strona 255) „Rozmieszczenie rawickich wiatraków między linią toru kolejowego, Winiarami a ulicą J. Krasickiego z pierwszej połowy XIX w.”
Do omówienia Planu miasta Rawicza z 1821 r. jeszcze wrócę, ale teraz kilka zdań o młynarzach z pracy Leona Koczego „Dzieje Miasta Rawicza 1639-1914 (1938).
Już przy założeniu miasta, fundator A.O.P. Przyjemski w dokumencie pańskim z 26 kwietnia 1639 r., zawarł: „Młynarzom wyznaczyłem także pewne miejsce tak na budowę wiatraków, jak i na postawienie domów dla nich samych, których, chcąc, aby byli zrównani z mieszkańcami tegoż miasta, poddaję tym wszystkim prawom i przywilejom, które nadane zostały przeze mnie jako przez pana dziedzicznego i założyciela i przez Jego Królewską Mość najłaskawszego pana mojego a potem utwierdzone przez zgodę Rzeczpospolitej. Zastrzegam tylko sobie i moim następcom na wieczne czasy czynsz roczny, który płacić winni będą rok rocznie zarówno od domów jak i od młynów, tak też od ogrodów i łąk przez nich posiadanych, który to czynsz określony zostanie każdemu w osobnym ode mnie udzielonym przywileju.”
No i jeszcze taki fragment z Koczego: „Do zapomnianych dziś, ongiś za to ważnych zawodów w Rawiczu zaliczyć należy młynarstwo. Rawicz sam ani okolica nie posiadała bystrej wody, która mogłaby pędzić koło młyńskie (przyp. mój: co wcześniej utwierdziło mnie w przekonaniu o braku młynów wodnych w mieście i okolicy), toteż mieszczanie zaradzili sobie w ten sposób, że na wzgórzach od strony wschodniej wybudowali szereg wiatraków, których odbywał się przemiał zboża. Istniały one jeszcze w początkach XIX stulecia i przedstawiały dla tych, co od Poznania przyjeżdżali do Rawicza osobliwy widok. Młynarze cieszyli się szczególną opieką ze strony założyciela i pierwszego dziedzica, który im darował pewne miejsca pod budowę wiatraków i domów, a ponieważ mieszkali za miastem, więc ich w przywilejach zrównywał z mieszczanami. Młynarze rawiccy zrzeszyli się już w roku 1652 i otrzymali w tym roku obszerny, 30 postanowień liczący statut wzorowany, jak wszystkie inne porządki cechowe, na wilkierzach miasta Wschowy.”
Tyle dwaj dziejopisarze rawickich monografii, na których tekstach opierają się i inni autorzy piszący o historii Rawicza.
Powróćmy jednak do Planu miasta Rawicza z 1821 r. Jak już wspomniałem, w opracowaniu W. Sobisiaka jest on tak marnej jakości, że trudno dostrzec tam cokolwiek oprócz zarysów wałów obronnych, jakie istniały jeszcze na początku XIX wieku. Widać na planie kształt wałów obronnych z czterema narożnikowymi bastionami, które po rozplantowaniu nasypów na promenadę spacerową, czyli gdy powstały dzisiejsze planty (w latach 30. XIX wieku zlikwidowano umocnienia, a 10 lat później alejki obsadzono drzewami), zostały zlikwidowane i doprowadzone do w miarę równego prostokąta.
W swoich zbiorach mam kserokopię tego planu, jaki znajduje się w archiwach państwowych w Poznaniu, a którego grafikę zamieścił W. Sobisiak. Niestety i ta kopia nie jest doskonałą odbitką oryginału, bo została wykonana 35-40 lat temu na bardzo kiepskim ksero. Jednak coś już tam widać. Oczyściłem ten plan na tyle, na ile było to możliwe, ale do końca nie jestem pewien, czy prawidłowo rozszyfrowałem numerację ulic w obrębie wałów. Jeśli ktoś posiada lepszą wersję – bardziej czytelną kopię oryginału, to niech udostępni do rekonstrukcji.
Więc, jeśli chodzi o liczbę młynów w Rawiczu podaną w indagandach, wszystko się zgadza. Otóż na planie zaznaczone i opisane liczbami są 73 młyny wiatrakowe i (o dziwo) jeden młyn! (wodny). Razem więc w Rawiczu na początku XIX w. były 74 młyny.
Młyn wodny (Walkmühle), a w zasadzie jest to urządzenie wodne zwane „foluszarką”, jest zaznaczony na północ od centrum Rawicza w kierunku na „dorf Sarnowo” – chodzi o teren wsi Sarnówki. Nazwa niemiecka Walkmühle – po polsku oznacza folusz, czyli mechaniczne koło łopatkowe napędzane przepływającą wodą, służące do uruchamiania młotków do folowania/wałkowania tkanin wełnianych i sukna.
I co do tak skrupulatnie zaznaczonych i ponumerowanych wiatraków - to oczywiście będą moje spekulacje. Autorem planu z 1821 nie był kartograf, a raczej urzędnik zajmujący się poborem podatków. Mapka z precyzyjne oznaczonymi numerami 73 wiatraków mogła być załącznikiem do imiennego wykazu podatników, podatku od wiatraków (młynów). Sprawa 73 rawickich wiatraków (młynów wiatrakowych) jest jasna.
Przejdźmy zatem do urządzenia wodnego zwane foluszem (niem. Walkmühle). Autor narysował lokalizację na górze mapki, czyli zachowując jakieś proporcje, w terenie folusz powinien znajdować się na północ od centrum miasta, dzisiaj gdzieś pomiędzy osiami ulicy Łabędziej, a ulicami Rolniczej – Zielonej w Sierakowie, ale zdecydowanie poniżej Łaszczyna.
Dzisiaj na północ od Rawicza, nieco poniżej osi Łaszczyn – Żylice, oprócz strumyka zwanego Nową Pijawką, w którym woda mogłaby obracać co najwyżej zabawkę dziecięcą, innych cieków wodnych, mogących obracać kołami z czymś takim, jak pilśniarka (inna nazwa foluszu), nie ma. Ale przez dwa wieki teren ten bardzo się zmienił. Zapewne taki potentat w produkcji sukna, jakim był Rawicz w XVIII w. w Rzeczpospolitej Obojga Narodów i XIX wieku w Wielkim Księstwie Poznańskim pod zaborem pruskim, musiał mieć znane od średniowiecza urządzenie zwane foluszem.
Czy autor planu z 1821 r. mógł pomylić kierunki? Nie sądzę. Rzeczka Dąbroczna, płynąca 5 km od Rawicza na wschód z północy na południe, na terenie geodezyjnym wsi Sarnówka, już do uruchamiania kół w rodzaju młynów wodnych się nadaje. Ponadto dzisiejsze miejsce zwane Leśniczówką, ongiś nosiło nazwę Leśniczówka Folusz, a historycznie tylko Folusz. Wydaje się, że Folusz, leżący w obrębie geodezyjnym Sarnówki, mógł służyć tkaczom i płóciennikom z Sarnowy. A w Rawiczu, w dobie uprzemysłowienia już we wczesnych latach XIX wieku, płóciennicy i tkacze przeszli na nowocześniejszy, zmechanizowany system folowania/wałkowania tkanin wełnianych i sukna.
TP.

19 lipca 1655 r. król szwedzki Karol X Gustaw Wittelsbach po wypowiedzeniu wojny, z największą armią ówczesnej Europy, n...
20/07/2026

19 lipca 1655 r. król szwedzki Karol X Gustaw Wittelsbach po wypowiedzeniu wojny, z największą armią ówczesnej Europy, najechał Rzeczpospolitą Obojga Narodów. 21 lipca 1655 roku rozpoczął się jeden z najtragiczniejszych rozdziałów w historii Rzeczypospolitej, zwany potopem szwedzkim.
Szwecja zaatakowała w chwili, gdy Rzeczpospolita była już skrajnie wyczerpana. Od ponad roku trwała wyniszczająca wojna z Rosją, a kraj wciąż odczuwał skutki powstania Chmielnickiego. Wojna toczyła się równolegle z wojną polsko-rosyjską 1654–1667.
Paweł Jasienica, w eseju „Rzeczpospolita Obojga Narodów. Dzieje agonii” t. 3 (1972) napisał, że „Szwecja przypominała ówczesne Imperium Osmańskie – posiadając ogromną armię, której nie była w stanie utrzymać z własnych podatków, musiała prowadzić wojnę łupieżczą, a jedynym problemem był wybór ofiary, toteż w przypadku Szwecji, tak samo, jak i Turcji, wszyscy byli przekonani o wojnie, lecz nie było pewności, z kim wojna będzie toczona; w 1655 Rzeczpospolita była najłatwiejszym celem ataku i dlatego stała się obiektem szwedzkiej agresji”.
Osłabione państwo wydawało się być łatwym celem dla króla Karola X Gustawa, który dążył do opanowania całego basenu Morza Bałtyckiego i wykorzystał trudne położenie swojego zamożnego sąsiada.
21 lipca 1655 roku armia szwedzka przekroczyła granice Rzeczypospolitej. W kolejnych tygodniach padły kolejne miasta i twierdze, a część magnaterii oraz wojska poddała się niemal bez walki. Wydawało się, że państwo polsko-litewskie chyli się ku ostatecznemu upadkowi.
Jednak to, co miało być szybkim zwycięstwem, przerodziło się w długą i krwawą wojnę. Coraz większy opór stawiali zarówno żołnierze, jak i zwykli mieszkańcy Rzeczypospolitej. Obrona Jasnej Góry, działalność Stefana Czarnieckiego, konfederacja tyszowiecka i powszechne powstanie przeciwko okupantom odwróciły losy konfliktu. Ostatecznie Szwedzi zostali wyparci, lecz cena zwycięstwa była niewyobrażalna.
W owym czasie właścicielem Rawicza był Jan Opaliński. Więcej o Opalińskim tu: https://przyjaciele.rawicza.pl/historia/rawiczanie/dziedzice-rawicza/jan-z-bnina-opali%C5%84ski.html
Jak pisze Leon Koczy w swej monografii „Dzieje miasta Rawicza” (maszynopis, 1938) „Rządy tego długoletniego dziedzica Rawicza rozpoczęły się wśród smutnych dla naszego miasta okoliczności. Wybudowane wielkim kosztem miasto rawickie już po kilkunastu latach swego istnienia przechodzić miało te wszystkie strapienia i udręki, jakie zawsze ze sobą przynoszą wojny. W roku 1655 armie szwedzkie wkroczyły do Polski i zaczęły się rozlewać po całej Rzeczpospolitej. Miasto Kościan zamienili Szwedzi w perzynę, w Lesznie przyjęła ich ludność, jako współwyznawców, z otwartymi ramionami. Rawicz ucierpiał również srodze od tego najazdu, przez kontrybucje, które na miasto nakładali dowódcy króla szwedzkiego Karola X Gustawa. Wielu obywateli opuściło wtedy swoje domy i rozproszyło się, jedni zagranicę Królestwa, inni w kraju, szukając gościny na obcej ziemi... Kontrybucje wyniszczyły miasto znacznie i stały się powodem zubożenia na dłuższy czas. Szwedzi brali pieniądze - według obliczeń z roku 1661 przypadło na każdego mieszkańca 14 złp - i sukna z zakładów tkackich, potrzebne im na zaopatrzenie wojska.”
Potop szwedzki z lat 1655-1660 przyniósł najeźdźcom ogromne łupy, ale nie sukcesy polityczne. Karol Gustaw był zmuszony wycofać się znad Wisły. Także Siedmiogrodzianie i Rosjanie nie osiągnęli swoich celów. Tylko jeden władca okazał się faktycznym zwycięzcą potopu. W chwili wybuchu wojny Prusy Książęce, kontrolowane przez elektora brandenburskiego Fryderyka Wilhelma, były lennem formalnie podporządkowanym Rzeczpospolitej. U jej schyłku: już w pełni niezależnym państwem i zarodkiem przyszłego imperium.
Potop szwedzki do dziś pozostaje jednym z najbardziej niszczycielskich konfliktów w dziejach Polski. Straty demograficzne były ogromne, sięgające nawet czterech milionów obywateli Korony i Litwy. Na Mazowszu ubyło około 40 proc. ludności, w Wielkopolsce i Prusach Królewskich – nawet 60 procent. Straty ludności miejskiej szacowano jeszcze wyżej, gdyż na Mazowszu odpowiednio – 70 proc., a w Wielkopolsce od 60 do 70 procent. Był to wynik bezpośrednich działań wojennych lub przemarszów wojsk, ale też epidemii i pomorów, do których musiało dojść tam, gdzie przez długi czas stacjonowały żołnierskie masy. Zniszczono miasta, wsie, zamki i świątynie, a tysiące dzieł sztuki, w tym bezcenne księgozbiory oraz inne zabytki wywieziono do Szwecji. Znacznej części tych skarbów Polska nie odzyskała do dziś.
tp.

Adres

Rawicz
63-900

Strona Internetowa

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Tadeusz Pawłowski umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Skróty

Udostępnij

Kategoria