26/03/2018
1. /Z wielkiej chmury mały deszcz
Halo miało być projektem, który zrewolucjonizuje budowę samochodów w Formule 1. Przed startem sezonu nie brakowało dyskusji na temat estetyki, skuteczności, i wad tego rozwiązania oraz zerwania z historią otwartych kokpitów na szczycie wyścigów samochodowych. Okazało się, iż rzeczywistość nie była tak straszna.
Halo utrudniało odróżnienie kierowców jednego zespołu. Skutecznie zasłaniało kask, którego barwy były wcześniej najłatwiejszym sposobem na szybką identyfikację zawodnika, jednak poza tym - jak prognozowało kilku ekspertów ze świata F1 - udało się szybko przyzwyczaić do "stringów" rozciągniętych nad kierowcami. Mimo zastrzeżeń z początku weekendu. Dało się bowiem zauważyć, że w piątek i sobotę realizatorzy eksperymentowali z umiejscowieniem kamer, jednak jak pokazał przykład onboard' u z samochodu Lewisa Hamiltona, kadr da się dostosować tak, by kibice widzieli i tor przed kierowcą i pracę zawodnika na kierownicy. Cierpi na tym jedynie logotyp sponsora na nosie. Cóż... trudno. Oby pieniądze nie doszły do głosu...
Większych zastrzeżeń odnośnie do nowej osłony nie zgłaszali sami kierowcy. Na szczęście nie mieli okazji sprawdzić jego skuteczności, ale podkreślali, że nie przeszkadzała w widoczności. Co więcej. Kimi Raikkonen po wyścigu stwierdził, że halo zasłoniło zachodzące i oślepiające słońce, które tradycyjnie jest największym kłopotem w czasie ostatnich okrążeń na Albert Park.
Puryści oburzali się, oburzają nadal i oburzać będą. Bo to brzydkie. Bo halo jest trochę jak demokracja: bardzo daleko mu do ideału, ale nie ma lepszego rozwiązania. Prędzej czy później po prostu się do niego przyzwyczaimy. Jeśli w połowie sezonu nadal będzie na tapecie, to tylko dlatego, że emocje związane z wyścigiem o mistrzostwo okażą się mniejsze lub równe zeru.