22/07/2016
Ile można może się wybierać nad morze? W wersji "rodzinka" oczywiście?
Jeszcze w piątek, ślęcząc twardo nad klawiaturą twardo twierdzę, że wstanę o 6. Moja druga połówka mi nie wierzy... Jak to, ja nie wstanę? Połówka każe uparcie przestać mi pisać i kłaść się spać. Jest już pierwsza w nocy, a przecież od tygodnia obiecujemy wyjazd dzieciom nad morze. Do ukochanego Sopotu. Połówka kładzie mnie uparcie spać. Ja uparcie twierdzę, że wstanę... Jest 2.30... Komputer odmówił posłuszeństwa, więc grzecznie zamykam oczy.
7 rano brzęczy mi coś koło ucha. 7.15 nadal brzęczy... Kto u licha włącza budzik w telefonie tak wcześnie i to w sobotę!!!! Wyłączam budzik... Budzik brzęczy nadal... Więc klikam w niego klnąc jak szewc pod nosem. A budzik mówi "Wstałaś kochanie? Szykujesz dzieci?" Cholera, budziki nie mówią. A z tym może nie po łacinie się gada a po polsku, myślę, odklejając oczy. Odpowiadam mu tym samym tonem "Tak kochanie, wstaję i już wszystko robię" O, Działa! Budzik milknie. Ja zasypiam. 8.00 rano czuję czyjś wzrok na moich plecach. Czuję się jak bohaterka popularnym kryminałów. To spojrzenie jednak wypala mi dziury w plecach. To kot pewnie domaga się porannej porcji złości? Ale czemu tak rano??? Podnoszę głowę, przez sklejone oczy dostrzegam kubek kawy. Kawa ma oczy! Otwieram bardziej. Nie, kawa nie ma oczu. Ma ją ręka, a raczej właściciel ręki, który twardo twierdzi, że jest po 8.00 i że zabiera syna, a ja mam się wyszykować, bo przecież obiecałam, że wyjedziemy rano... Ja obiecywałam? Kobietą jestem, zapieram się więc, rękami i nogami, że nic nie obiecywałam. Biorę kubek gorącej kawy, poprawiam rozczochrane włosy, próbując nadrobić swoją winę wdziękiem, przy czym tłumaczę twardo, że za 15 minut będziemy z Basią gotowe. Oczy, te od ręki należącej do wspomnianej połówki patrzą na mnie dziwnie... Uśmiecham się, próbując nie pokazywać jeszcze nie umytych zębów. Oczy patrzą tak samo... z wyrzutem. Powątpiewaniem, frustracją... Odwracają się i znikają za drzwiami... O, czyżbym, aż tak źle wyglądała? Docieram do lustra i cieszę się, że nie pęka. Może faktycznie, nie najlepiej to siano na głowie komponuje się z dwoma śliwkami pod oczami. Docieram do pokoju córki. O tym, że nie podmienili mi jej w szpitalu przekonuję się po 30 sekundach... Warczy jak ja... Rozczochrana jest jak ja... Nie jest dobrze. Mija 30 minut... Telefon dzwoni... Ja łażę z Basia po omacku po domu... Tu kanapki, tam pies, a i kota za uchem trzeba podrapać... Decydujemy z Basią, że tak się nad morzem nie pokażemy... Lądujemy więc w kąpieli... Najpierw Basia, potem ja... 10.30. 10 telefon połówki zwanej Piotrusiem... Tak się w tępię z telefonem przy uchu nigdy nie wyszykuję... Wysyłam moich mężczyzn do sklepu. Zdobywam kilka minut więcej. Jak się dobiera dobierane warkocze? Basia, już po śniadaniu, wierci się na krześle. Po 40 minutach rozplatania i zaplatania warkoczyków mojemu ruchliwemu brzdącowi włączam instruktarz na necie. Super! Z filmikiem ogarniamy się szybko. Jest 12.00! Dumne z siebie, czyste i wypachnione z siatami w rękach wsiadamy do Garbiego. Słońce grzeje. A w Garbim zimno. Tylko jeszcze nie wiem czy od klimatyzacji, czy mroźnych spojrzeń Piotrka i Patryka. Garbi rusza z piskiem... Patrzymy z córką na siebie. Nie rozumiemy, czemu faceci nie rozumieją, że na zegarkach kobiet 15 minut jest z gumy?
Szum morza zatrzymuje czas na dobre. Nikt już go nie liczy. Piotrek gania ze słoikiem. Łapie nadmorskie powietrze. Beatce. Z Patrykiem zbieramy muszle, uśmiechy i zdechłe rybki, które wyrzuciło morze. Rybki zbiera Basia, bo muszelki są nudne. "A rybki przecież szawsze można ugotować". Rybki Basia pakuje do wiaderka, które schowa u siebie pod biurkiem. Wiaderka będzie pilnował kot. Ale to już inna historia...