02/01/2026
GŁOSY Z DRUGIEJ STRONY EKRANU. JAK NIE DAĆ SIĘ OSZUSTOM
Krystyna kładzie przede mną telefon jak dowód rzeczowy. Na ekranie – rozmowa z „przedstawicielem banku”, który nigdy nie istniał.
16:03 – „Dzień dobry, tu oddział bezpieczeństwa.”
16:07 – „Widzę próby przejęcia Pani konta z IP w Uzbekistanie.”
16:11 – „Musimy działać natychmiast.”
16:22 – cisza.
– Przez dziewiętnaście minut byłam bohaterką kryminału – mówi głosem, w którym nie ma już nawet goryczy, tylko mechaniczna recytacja faktów. – Myślisz sobie w takich chwilach: nigdy bym nie kliknęła, nigdy bym nie uwierzyła. A potem słyszysz w słuchawce: „Pani Krystyno, pomożemy pani uratować oszczędności życia”. I nagle jesteś w tej roli – ofiary, która współpracuje z ratownikami.
Słuchając jej, myślę o tym, jak zręcznie oszuści grają na najgłębszych lękach. Strach przed utratą bytu paraliżuje racjonalność lepiej niż jakikolwiek narkotyk.
Na stole leży wyciąg bankowy z dnia ataku. Wpłaty: 0. Wypłaty: 42 000 zł w trzech transakcjach. Wszystkie autoryzowane kodem SMS.
– Bank mówi: „Pani podała kody”. Policja: „Pieniądze już w Dubaju”. – Krystyna przesuwa palcem po wydruku. – A ja? Mam zostać z poczuciem, że to ja okradłam samą siebie? To nieprawda. Mnie okradł świetnie działający system. Tylko że ten system nie ma twarzy ani adresu.
Na ścianie za nią wisi zdjęcie z mężem przed Pałacem Kultury, 1982 rok. Obok – jasna plama po zegarze, który sprzedała za jedną trzecią wartości. Czas stał się dla niej zarówno narzędziem przestępstwa, jak i miarą straty.
PIEKARNIK, KTÓRY PRZESTAŁ GRZAĆ
Marcin prowadzi mnie przez puste pomieszczenia dawnej piekarni „Pod chmurką”. Zapach świeżego chleba dawno ustąpił woni wilgotnych ścian.
– Tu stał mój dziadek. Tu mój ojciec. – Jego dłoń spoczywa na zimnym piecu. – I teraz dochodzi trzecie pokolenie – ja, który przepaliłem rodzinny biznes na kryptowalutowym kasynie udającym ekologiczną inwestycję. Jak to wytłumaczyć?
„Green Future Capital” miało wszystko: białe certyfikaty na tle zielonych liści, wypowiedzi „ekspertów” w garniakach przed farmami wiatrowymi, nawet widget pokazujący w real-time, jak nasze inwestycje „ratują planetę”.
– Zacząłem od pięciu tysięcy. Po tygodniu na ekranie: 5 800 zł. – Marcin kręci głową, jakby sam sobie nie wierzył. – To nie jest głupota. To chemia mózgu. Widzisz te cyfry rosnące i czujesz się… wybrany. Mądrzejszy od innych. Przecież nie każdy widzi taką okazję.
Stopniowo dokładał: dwadzieścia, pięćdziesiąt, w końcu dwieście tysięcy. Kiedy syn potrzebował pilnej operacji, okazało się, że 30 000 zł to „opłata administracyjna za przedterminową wypłatę”. Potem platforma przestała się otwierać.
– Najboleśniejsze? – pyta retorycznie. – Że mój ośmiolatek rozumie to lepiej niż ja. Pyta: „Tato, jak mogłeś uwierzyć, że zarobimy tyle pieniędzy, nie piekąc ani jednego bochenka?”.
Zamilkł. W pustej piekarni echo niesie tylko dźwięk kapiącej wody gdzieś w zapleczu.
SUKNIĄ, KTÓRA BYŁA METAFORĄ
Zuzanna otwiera pudło. W środku leży kawałek szarego płótna, które miało być koronkowym cudem za 1 800 zł.
– To nie jest tylko o sukni – mówi, układając materiał na kolanach z dziwną czułością. – To jest o tej chwili, gdy przestajesz kupować produkt, a zaczynasz kupować emocję. Marzenie o dniu, kiedy wszyscy na ciebie patrzą i myślą: „Jaka ona piękna”.
Sklep „Bridal Dreams” miał 4.8 gwiazdek na 127 recenzjach. „Perfekcyjne dopasowanie!” – pisała Kasia z Gdańska. „Szybsza dostawa niż obiecana!” – dodawał Piotr z Krakowa.
– Sprawdzałam – zapewnia Zuzanna. – I właśnie tu jest pułapka: współczesne oszustwo nie polega na braku informacji. Polega na jej nadmiarze. Fałszywych informacji jest więcej niż prawdziwych, więc prawda przestaje mieć znaczenie.
Ślub odwołali. Nie z powodu sukni, jak mówi, ale z powodu tego, co się stało między nimi, gdy ta suknia nie dotarła.
– Przez tydzień każde z nas myślało: „Jak ty mogłaś/eś być tak naiwna?”. – Jej głos łamie się po raz pierwszy. – A potem zrozumieliśmy, że to nie my się oskarżamy. To oszuści nas oskarżyli – o naiwność, o chciwość, o głupotę. I najgorsze, że uwierzyliśmy w to oskarżenie.
Pokazuje mi grupę na Facebooku: „Oszukani w sieci – wsparcie”. 8 400 członków. Codziennie nowe posty: „Padłam ofiarą”, „Wyłudzili mi 15 tysięcy”, „Nie mam już siły”.
– Najbardziej przerażające nie jest to, że nas okradają – kontynuuje. – Najbardziej przerażające jest to, że uczą nas nieufności. I że ta lekcja działa. Nie wierzę już w recenzje. Nie wierzę w promocje. Nie wierzę nawet w zdjęcia produktów. Co zostaje? Puste pudełko i przekonanie, że każda transakcja to rosyjska ruletka.
ROZMOWA, KTÓREJ NIE POWINNO BYĆ
Rozmawiam z byłym oszustem. Prosi o anonimowość. Mówi szybko, technicznie, jak programista omawiający kod.
– Ludzie myślą, że oszukujemy starszych. To mit. Najlepsze targety to ludzie 30-50 lat, aktywni zawodowo, przyzwyczajeni do szybkich transakcji. Mają za mało czasu na ostrożność, a za dużo pewności siebie.
Jego zespół specjalizował się w „spear phishingu” – atakach szytych na miarę. Atak typu spear phishing jest bardziej wysublimowaną formą phishingu. Przestępcy przed jego przeprowadzeniem wykonują wnikliwą pracę wywiadowczą (rekonesans lub czasami biały wywiad), by uzyskać jak najwięcej informacji o osobie lub grupie osób będących celem oszustwa, by zwiększyć skuteczność swoich działań. Cyberprzestępcy podszywają się pod konkretne osoby lub organizacje, które ofiara zna i którym ufa, wysyłają do niej fałszywe wiadomości, często zawierające informacje z życia prywatnego celem zwiększenia ich wiarygodności.
– Nie wysyłaliśmy „cześć, jestem księciem z Nigerii”. Wysyłaliśmy: „Szanowny Panie, w załączeniu faktura VAT za konferencję, na której Pan był”. Biznesmeni otwierali to przed poranną kawą, nie myśląc.
Co czuł, okradając ludzi?
– Na początku – adrenalinę. Potem – nic. To były numery na koncie. Dopiero gdy sam padłem ofiarą… – Urwał. – Zrozumiałem, że nie kradnie się pieniędzy. Kradnie się sen. Pewność. Zaufanie do świata.
KOMENDA, W KTÓREJ CZAS PŁYNIE INACZEJ
Komisarz Anna Nowak dane zmienione) prowadzi mnie przez wydział cyberprzestępczości. Sale pełne ekranów, na których pieniądze podróżują przez kontynenty w sekundy.
– Patrz – pokazuje krzywą na monitorze. – To nie jest już fala. To tsunami. Wzrost o 240% w trzy lata. A my? Działamy ustawą z 2011 roku, gdy nikt nie wiedział, czym jest Bitcoin.
Na stole leży teczka sprawy Krystyny. Gruba na pięć centymetrów.
– Technicznie: pieniądze przeszły przez trzy kraje, cztery giełdy kryptowalut i zakończyły w portfelu na Dominikanie. Prawnie: kraj nie ma z nami umowy ekstradycyjnej. Psychologicznie: 62-letnia kobieta ma tłumaczyć prokuratorowi, czym jest mixowanie kryptowalut?
Najtrudniejsze, jak mówi, są nie ściganie przestępców, ale rozmowy z ofiarami.
– Przychodzi człowiek, który stracił wszystko. A ty musisz mu powiedzieć: „Szansa na odzyskanie? 3-5%”. Jak patrzysz mu w oczy, widzisz nie tylko stratę finansową. Widzisz załamaną wiarę w to, że system w ogóle działa.
SALKA PRZY KOŚCIELE, CZYLI JAK BUDUJE SIĘ ARKĘ
Wtorkowe popołudnie. W salce parafialnej zbiera się dwadzieścia osób. Nie nazywają się ofiarami. Nazywają się „uczestnikami”.
– Przez pół roku po tym, jak straciłem 320 tysięcy na forex, nie mogłem prowadzić samochodu – mówi Piotr, 45-letni kierowca TIR-a. – Myślałem: jak mogłem być tak głupi? A potem tu przyszedłem i usłyszałem to samo od lekarza, nauczycielki, przedsiębiorcy…
Grupa powstała spontanicznie. Najpierw na Facebooku: „Czy tylko ja?”. Potem w realu: „Może spotkajmy się, porozmawiajmy”.
– Bank potraktował mnie jak przestępcę – mówi Katarzyna, 56-letnia księgowa. – „Pani autoryzowała, więc nie ma podstaw do zwrotu”. Policja: „Sprawa jest w toku”. Rodzina… Cóż, rodzina najczęściej milczy. Bo co powiedzieć? „Współczuję, że jesteś naiwna”?
W grupie uczą się czegoś, czego nie dał im system: że bycie oszukanym nie jest powodem do wstydu.
– To nie my zawiedliśmy. To instytucje zawiodły – mówi Marek, emerytowany nauczyciel. – Banki nie nadążają za technologią. Policja nie ma narzędzi. Państwo traktuje to jak „przestępczość jak każda inna”. A to nie jest kradzież samochodu. To jest kradzież tożsamości, poczucia bezpieczeństwa, zaufania.
Spotkanie trwa dwie godziny. Nie ma w nim taniego pocieszania. Jest mapa nowych metod oszustw. Numery do zaufanych prawników. I coś najcenniejszego: świadectwo, że można przetrwać.
EPILOG CZYLI CO ZOSTAJE PO BITWIE
Wychodzę z salki, gdzie spotyka się grupa. Na schodach czeka Jan. Podaje mi wizytówkę. Na dole, małym druczkiem: „Uczymy się nie po to, by nie dać się oszukać. Uczymy się, by móc znów ufać. Tyle, że mądrzej.”
Na ulicy przechodzą obok mnie ludzie. Młoda para, śmiejąca się, patrząca w jeden telefon. Starszy mężczyzna, nerwowo sprawdzający bankomat. Matka z dzieckiem, skanująca kod QR na przystanku.
Wszyscy oni są potencjalnymi bohaterami następnego reportażu. Albo – i to jest straszniejsze – już nimi są, ale jeszcze o tym nie wiedzą.
Bo współczesne oszustwo nie polega na wyłudzeniu pieniędzy. Polega na wyłudzeniu czegoś, czego nie da się odzyskać przelewem: poczucia, że rozumiesz zasady gry. Że wiesz, komu ufać. Że potrafisz odróżnić prawdę od fikcji.
Krystyna, Marcin, Zuzanna, Jan – ich historie nie kończą się happy endem. Kończą się nauką, która brzmi jak klątwa: zaufanie jest najdroższym towarem na rynku, a my wszyscy jesteśmy jego nieświadomymi handlarzami.
I może właśnie o to chodzi w tej cichej wojnie? Nie o to, by nie dać się okraść. Ale o to, by – będąc okradzionym – nie dać sobie ukraść czegoś jeszcze: przekonania, że warto ufać, mimo wszystko.
Tylko jak to zrobić, gdy ekran w twojej dłoni może być zarówno oknem na świat, jak i celownikiem, który właśnie wybrał cię na następną ofiarę?
Tego nie wie nikt. Może z wyjątkiem tych, którzy już przeszli przez to piekło i postanowili zbudować z jego popiołów coś, co przypomina nadzieję.
JK, JF