Krótkofalowiec Polski

Krótkofalowiec Polski Miesięcznik krótkofalowców, amatorskiej służby radiokomunikacyjnej, i osób zainteresowanych ra

Dobry sygnał z Ministerstwa Cyfryzacji. Pasmo 50 MHz może zostać uwolnione od niepotrzebnych ograniczeń.Ministerstwo Cyf...
18/07/2026

Dobry sygnał z Ministerstwa Cyfryzacji.
Pasmo 50 MHz może zostać uwolnione od niepotrzebnych ograniczeń.

Ministerstwo Cyfryzacji przedstawiło środowisku radioamatorskiemu propozycję, która zasługuje na jednoznacznie pozytywną ocenę. W toku prac nad nową Krajową Tablicą Przeznaczeń Częstotliwości uzyskano wstępną zgodę Ministerstwa Obrony Narodowej na zmianę uwagi POL 30, regulującej zasady korzystania przez radioamatorów z pasma 50–52 MHz.

Najważniejsza zmiana ma polegać na usunięciu dotychczasowego ograniczenia wykluczającego stosowanie emisji F3E, czyli między innymi popularnej modulacji częstotliwości wykorzystywanej w łączności głosowej FM. Oznaczałoby to odejście od przepisu, który od lat ograniczał możliwość pełniejszego i bardziej praktycznego wykorzystywania pasma 6 metrów przez polskich krótkofalowców.

Zaproponowane przez Ministerstwo Cyfryzacji brzmienie uwagi POL 30 jest jasne i racjonalne:

„W zakresie 50–52 MHz stacje amatorskie mogą pracować z mocą nieprzekraczającą 100 W e.i.r.p. i muszą spełniać wymogi norm ETSI EN 301 783”.

To rozwiązanie łączy interes środowiska radioamatorskiego z koniecznością ochrony innych użytkowników widma. Z jednej strony pozwala na stosowanie szerszego katalogu emisji, w tym FM, z drugiej zachowuje limit mocy oraz obowiązek spełnienia właściwych norm technicznych. Nie jest to więc niekontrolowane otwarcie pasma, lecz rozsądna modernizacja przepisów oparta na standardach ETSI.

Na szczególne podkreślenie zasługuje fakt, że postulaty radioamatorów zostały rzeczywiście podjęte w uzgodnieniach międzyresortowych. Pokazuje to, że merytoryczny dialog z administracją może przynosić konkretne rezultaty. Ministerstwo Cyfryzacji nie ograniczyło się do formalnego wysłuchania uwag, lecz podjęło rozmowy z resortem obrony i przedstawiło propozycję realnie poprawiającą warunki rozwoju służby radiokomunikacyjnej amatorskiej w Polsce.

Pasmo 50 MHz ma szczególne znaczenie dla prowadzenia eksperymentów technicznych, obserwowania nietypowych warunków propagacyjnych, rozwijania umiejętności operatorskich oraz budowania lokalnych i międzynarodowych systemów łączności. Możliwość stosowania emisji F3E zwiększy jego dostępność także dla tych operatorów, którzy korzystają z popularnych radiotelefonów wielopasmowych i chcą prowadzić lokalną łączność głosową.

Propozycja Ministerstwa Cyfryzacji jest zatem krokiem w dobrą stronę. Usuwa ograniczenie, które trudno było uzasadnić współczesnymi realiami technicznymi, a jednocześnie zachowuje czytelne zasady dotyczące mocy i zgodności urządzeń z normami.

Pozostaje mieć nadzieję, że robocze uzgodnienie uzyska ostateczną akceptację i znajdzie się w przyjętym rozporządzeniu. Byłby to konkretny sukces całego środowiska radioamatorskiego oraz przykład dobrej współpracy pomiędzy administracją publiczną a organizacjami reprezentującymi użytkowników częstotliwości.

Nie każda zmiana prawa musi oznaczać kolejne ograniczenia. Tym razem wszystko wskazuje na to, że może oznaczać więcej możliwości, nowoczesne przepisy i lepsze warunki dla rozwoju polskiego krótkofalarstwa.

PZK we Friedrichshafen, czyli krótkofalarstwo pod iglooSą zdjęcia, które nie wymagają komentarza, ale aż proszą się o fe...
01/07/2026

PZK we Friedrichshafen, czyli krótkofalarstwo pod igloo

Są zdjęcia, które nie wymagają komentarza, ale aż proszą się o felieton. Relacja Polskiego Związku Krótkofalowców z HAM RADIO 2026 we Friedrichshafen należy właśnie do tej kategorii. W hali targowej, pod wielkim dachem, wśród stoisk, flag, ekspozycji i międzynarodowego krótkofalarskiego świata, wyrasta ono: nie maszt antenowy, nie interaktywna prezentacja, nie centrum demonstracyjne polskich projektów, lecz dmuchany namiot typu igloo.

Tak, igloo. W hali. Pod dachem.

Trudno o bardziej celny symbol. Polski Związek Krótkofalowców nie tyle wystawił stoisko, ile rozbił obóz przetrwania. Niebieska kopuła z napisem „Polski Związek Krótkofalowców” wygląda jak scenografia do filmu „Ostatnia ekspedycja po utracony sens reprezentacji środowiska”. Jest w tym coś absolutnie bezcennego: organizacja, która chce uchodzić za główny głos polskiego krótkofalarstwa, pokazuje się Europie w formacie dmuchanej bazy polarnej.

I jeszcze ta sceneria. Z jednej strony wielka niebieska ściana z logo PZK, tak ogromna, że można odnieść wrażenie, iż najważniejszym eksponatem jest sama nazwa organizacji. Z drugiej strony puste stoliki, krzesła, roll-upy, kody QR, trochę folderów, trochę materiałów, trochę rozmów. Wszystko razem sprawia wrażenie stoiska, które bardzo chce być duże, ale nie do końca wie, czym tę wielkość wypełnić.

Bo wielkość nie polega na metrach kwadratowych. Nie polega na wysokości flagi. Nie polega na tym, że na środku hali stoi niebieska konstrukcja, którą można by z powodzeniem wykorzystać podczas pikniku rodzinnego, imprezy plenerowej albo promocji lodowiska. Wielkość organizacji poznaje się po tym, co pokazuje. Po ludziach, których wspiera. Po projektach, które wynosi na zewnątrz. Po twórcach, którym daje przestrzeń. Po tym, czy potrafi powiedzieć światu: oto polskie krótkofalarstwo, żywe, twórcze, techniczne, różnorodne.

A tutaj?

Tutaj na zdjęciach widać przede wszystkim znak firmowy organizacji. Dużo znaku. Bardzo dużo znaku. Logo na ścianie. Logo na namiocie. Logo na banerach. Logo na tle. Logo w tle tła. Można niemal odnieść wrażenie, że PZK odkryło starą zasadę marketingu: jeśli nie masz mocnej opowieści, powiększ logo.

Oczywiście, są też ludzie. Są rozmowy, są uśmiechy, są zdjęcia grupowe, są osoby oglądające sprzęt, są foldery i kontakty. Tego nie należy odbierać uczestnikom. Każdy, kto pojechał, rozmawiał, prezentował coś sensownego i poświęcił swój czas, zasługuje na szacunek. Problem leży gdzie indziej. Problem polega na tym, że cała oprawa PZK wygląda tak, jakby organizacja pomyliła promocję środowiska z promocją samej siebie.

Na jednym ze zdjęć widzimy stosy materiałów i rozmowę przy stole. Na innym, wielką ścianę z napisem „Polski Związek Krótkofalowców”. Na kolejnym, niebieskie igloo, częściowo schowane za ekranami i parawanami. Jeszcze gdzie indziej roll-up z informacją, QR kodem i turystyczno-promocyjnym klimatem. I właśnie tu pojawia się pytanie najważniejsze: czy to była prezentacja polskiego krótkofalarstwa, czy raczej wystawa pod tytułem „PZK było na miejscu”?

Bo „byliśmy” to za mało. Bycie na targach nie jest jeszcze sukcesem. Stanie w hali nie jest jeszcze reprezentacją. Nadmuchanie namiotu nie jest jeszcze strategią. A rozstawienie kilku plansz nie oznacza, że polskie środowisko zostało pokazane tak, jak na to zasługuje.

Najbardziej kąśliwa pointa nasuwa się sama: w czasach, gdy krótkofalarstwo może być nowoczesne, cyfrowe, eksperymentalne, edukacyjne i technicznie fascynujące, PZK wysyła w świat obrazek pod tytułem „mamy igloo”. I to igloo staje się metaforą. Dmuchane, efektowne, widoczne z daleka, ale w środku raczej pusto, jeśli nie wypełni się go realną treścią.

Bo można mieć największy baner w przejściu i nadal nie odpowiedzieć na pytanie, co właściwie organizacja robi dla ludzi. Można mieć kopułę z nazwą związku i nadal nie pokazać dorobku całego środowiska. Można pozować do zdjęć grupowych i nadal nie rozwiązać problemu, że wielu krótkofalowców patrzy na PZK nie jak na naturalnego reprezentanta, lecz jak na zamknięty klub, który najchętniej reprezentuje sam siebie.

Igloo ma jeszcze jedną piękną cechę. Jest zamknięte. Tworzy własny mikroklimat. W środku jest bezpiecznie, swojsko i pod kontrolą. Na zewnątrz jest rzeczywistość. Są pytania o transparentność, o wspieranie członków, o miejsce młodych, o relacje z innymi organizacjami, o polskie inicjatywy techniczne, o sens wydawania energii na autopromocję zamiast budowania wspólnej przestrzeni dla całego środowiska.

I może właśnie dlatego ten namiot tak dobrze pasuje. Bo PZK od lat wygląda jak organizacja, która zamiast otworzyć drzwi szeroko, woli rozbić własny obóz i ustawić przy nim tablicę: „tu jest centrum świata”. Tylko że świat krótkofalarski jest większy niż jedna kopuła, większy niż jeden związek i większy niż niebieska ścianka z powtarzanym logo.

HAM RADIO we Friedrichshafen to miejsce, gdzie można było pokazać, że Polska ma czym oddychać w eterze. Że są konstruktorzy. Że są kluby. Że są ludzie od łączności kryzysowej, UKF-u, emisji cyfrowych, satelitów, edukacji, zawodów, młodzieży, wypraw i nowych technologii. Że polskie krótkofalarstwo to nie folder na stoliku i kod QR przy podłodze, lecz żywe środowisko z potencjałem.

Tymczasem ze zdjęć przebija komunikat znacznie prostszy: mamy dużą niebieską powierzchnię, kilka roll-upów, stoliki, krzesła i dmuchany namiot. Resztę proszę sobie dopowiedzieć.

I właśnie dlatego to stoisko jest tak publicystycznie wdzięczne. Ono nie wymaga złośliwości, bo samo dostarcza materiału. Namiot w hali targowej to gotowa satyra na organizacyjną wyobraźnię. To parasol pod sufitem. To ponton w basenie dmuchanym. To latarka w słoneczne południe. To symbol obecności, która bardziej udaje wydarzenie, niż je tworzy.

Można oczywiście powiedzieć: „ważne, że byli”. Tylko że od organizacji z ambicjami oczekuje się czegoś więcej niż obecności. Oczekuje się treści. Oczekuje się pomysłu. Oczekuje się otwartości. Oczekuje się pokazania środowiska, a nie tylko własnego szyldu.

Bo jeśli po największych europejskich targach krótkofalarskich najmocniejszym obrazem zostaje dmuchane igloo pod dachem hali, to nie jest to sukces promocji.

To jest diagnoza.

A diagnoza brzmi krótko: polskie krótkofalarstwo zasługuje na więcej niż wielki namiot z nazwą organizacji. Zasługuje na reprezentację, która nie chowa się pod kopułą, tylko wychodzi do ludzi z realnym dorobkiem. Zasługuje na promocję projektów, nie tylko logo. Zasługuje na organizację, która zamiast budować dmuchane symbole własnej ważności, potrafi zbudować przestrzeń dla innych.

Bo namiot można nadmuchać w kilka minut.

Zaufanie środowiska buduje się latami.

Cudze chwalicie, swoich nie widzicie. PZK, zagraniczne zachwyty i polskie platformy pod nosem.Polski Związek Krótkofalow...
30/06/2026

Cudze chwalicie, swoich nie widzicie. PZK, zagraniczne zachwyty i polskie platformy pod nosem.

Polski Związek Krótkofalowców znowu zdaje się patrzeć za granicę tak, jakby tam znajdowała się instrukcja obsługi nowoczesnego krótkofalarstwa. Raz będzie to niemiecka platforma 50 Ohm, innym razem inne zagraniczne rozwiązania edukacyjne, organizacyjne, contestowe czy środowiskowe. Wystarczy zagraniczny szyld, porządna prezentacja, ładna strona i natychmiast pojawia się zachwyt: zobaczcie, jak oni to robią.

Tylko że w tej fascynacji cudzym bardzo łatwo zgubić coś znacznie ważniejszego: własnych ludzi, własne narzędzia, własne doświadczenie i własny dorobek.

Bo Polska nie jest krótkofalarską pustynią cyfrową. Polskie środowisko nie siedzi biernie, czekając aż ktoś z Niemiec, Czech, Wielkiej Brytanii czy innego kraju pokaże nam, jak używać internetu. Od lat istnieją w Polsce platformy tworzone przez krótkofalowców dla krótkofalowców. Są narzędzia do nauki przed egzaminem UKE, są systemy do obsługi zawodów, są platformy dyplomowe, są rozwiązania do logów, klasyfikacji, aktywności UKF i działań środowiskowych. Konkretne, praktyczne, działające. Dopasowane do polskich realiów, polskich przepisów, polskiego egzaminu, polskich zawodów i polskich potrzeb.

A mimo to co jakiś czas pojawia się wrażenie, że PZK szybciej zauważy zagraniczny system niż własnych twórców.

To właśnie jest sedno problemu.

Nie chodzi o to, że zagraniczne rozwiązania są złe. Nie są. Można i trzeba patrzeć, jak pracują inni. Można analizować niemiecką platformę 50 Ohm. Można przyglądać się rozwiązaniom DARC, RSGB, ARRL czy innych organizacji. Można uczyć się z dobrych przykładów, porównywać modele szkolenia, sposoby prowadzenia egzaminów próbnych, systemy dyplomowe, rozwiązania contestowe i narzędzia dla klubów.

Ale czym innym jest inspiracja, a czym innym organizacyjny kompleks.

Inspiracja oznacza: zobaczmy, co robią inni, a potem sprawdźmy, co z tego może wzmocnić nasze własne rozwiązania. Kompleks oznacza: zachwyćmy się cudzym, zanim w ogóle uczciwie sprawdzimy, co mamy u siebie.

I właśnie ten drugi mechanizm jest dla polskiego krótkofalarstwa najbardziej szkodliwy.

Bo w Polsce naprawdę są ludzie, którzy od lat robią rzeczy potrzebne środowisku. Ktoś stworzył platformę egzaminacyjną. Ktoś przygotował bazę pytań. Ktoś napisał system do logów. Ktoś utrzymuje serwer. Ktoś obsługuje zawody. Ktoś zbudował platformę dyplomową. Ktoś poprawia błędy, aktualizuje dane, dopisuje funkcje, odpowiada na wiadomości użytkowników i robi to często społecznie, bez wielkiego budżetu, bez instytucjonalnej pompy, bez organizacyjnego wsparcia i bez fanfar.

A potem przychodzi dyskusja o zagranicznym rozwiązaniu i nagle robi się poważnie. Nagle warto analizować. Nagle warto rozmawiać. Nagle warto się zastanawiać nad wdrożeniem. Nagle coś staje się „nowoczesne”, bo nie jest nasze.

Naprawdę?

Czy PZK potrzebuje niemieckiego 50 Ohm, żeby odkryć, że kandydaci potrzebują dobrych narzędzi edukacyjnych? Czy potrzeba zagranicznego przykładu, żeby zauważyć, że cyfrowe platformy są dziś podstawą pracy środowiskowej? Czy trzeba patrzeć na obce organizacje, żeby zrozumieć, że krótkofalarstwo potrzebuje nowoczesnej edukacji, prostych narzędzi dla klubów, sprawnych systemów contestowych i widocznych platform dyplomowych?

A może problem nie polega na braku wzorców za granicą, tylko na braku szacunku dla własnych ludzi w Polsce?

PZK lubi występować jako reprezentant polskiego krótkofalarstwa. Tylko reprezentowanie środowiska nie polega na tym, że przypomina się o nim przy składkach, komunikatach, delegacjach, zdjęciach i statystykach. Reprezentowanie środowiska oznacza także odpowiedzialność za tych, którzy naprawdę coś tworzą. Za ludzi, którzy nie budują własnej pozycji przez funkcje i tytuły, tylko przez konkretne narzędzia, z których korzystają inni.

Jeżeli w Polsce istnieją platformy egzaminacyjne, contestowe, dyplomowe i organizacyjne, to pierwszym ruchem poważnej organizacji nie powinno być pytanie: „co mają za granicą?”. Pierwszym ruchem powinno być pytanie: „co mamy u siebie i jak możemy to wzmocnić?”.

Tego pytania w PZK wyraźnie brakuje.

Związek powinien zacząć od porządnej inwentaryzacji polskich rozwiązań. Trzeba zebrać istniejące platformy, sprawdzić ich funkcje, porozmawiać z autorami, ustalić potrzeby techniczne, organizacyjne i finansowe. Trzeba zobaczyć, co można zintegrować, co można wypromować, co warto zabezpieczyć, co wymaga aktualizacji, a co powinno stać się częścią wspólnego ekosystemu dla środowiska SP.

To byłaby prawdziwa strategia.

Nie kolejny zachwyt nad tym, że gdzieś za granicą coś wygląda porządnie. Nie kolejne odkrywanie oczywistości. Nie kolejne udawanie, że nowoczesność zaczyna się dopiero wtedy, gdy ma obcojęzyczną nazwę.

Polski kandydat na krótkofalowca potrzebuje narzędzi pod polski egzamin UKE, a nie pod niemiecki czy brytyjski system licencyjny. Polski operator potrzebuje obsługi polskich zawodów, polskich regulaminów, polskich dyplomów i polskich realiów organizacyjnych. Polski klub potrzebuje prostych rozwiązań do promocji aktywności, prowadzenia akcji, publikowania wyników, pracy z nowymi osobami i budowania lokalnej społeczności.

To wszystko można rozwijać w Polsce. Co więcej, wiele z tych rzeczy już istnieje.

Tylko trzeba je wreszcie zobaczyć.

Największym problemem nie jest więc sama niemiecka platforma 50 Ohm ani żadne inne zagraniczne rozwiązanie. Problemem jest mentalność, w której cudze z definicji wydaje się bardziej profesjonalne, bardziej nowoczesne i bardziej godne uwagi. Problemem jest organizacyjna ślepota na własny dorobek. Problemem jest brak systemowego wsparcia dla polskich twórców, którzy od lat wykonują pracę, jakiej struktury organizacyjne często nie potrafiły albo nie chciały wykonać.

Dlatego pytania trzeba postawić bardzo jasno.

Ilu polskich twórców platform PZK realnie wsparł? Ile krajowych narzędzi promował systemowo? Ile istniejących inicjatyw połączył w jeden widoczny ekosystem? Ilu społeczników usłyszało od Związku: robicie dobrą robotę, pomożemy wam to rozwinąć? Ile razy PZK powiedział publicznie: mamy w Polsce dobre rozwiązania i chcemy na nich budować przyszłość krótkofalarstwa?

Jeżeli odpowiedzi na te pytania są niewygodne, to zachwyt nad zagranicznymi platformami jest jeszcze bardziej niewygodny.

Bo wtedy nie mówimy już o nowoczesności. Mówimy o kompleksie.

Dojrzała organizacja potrafi uczyć się od innych, ale zaczyna od własnego podwórka. Dojrzała organizacja nie musi udawać, że wszystko, co wartościowe, przychodzi z zewnątrz. Dojrzała organizacja najpierw rozpoznaje własne zasoby, wspiera własnych twórców, buduje ciągłość i dopiero potem korzysta z zagranicznych inspiracji.

Niedojrzała organizacja zachwyca się cudzym, bo własnego nie zna albo nie chce znać.

I tu właśnie PZK powinien zrobić rachunek sumienia.

Nie ma nic złego w patrzeniu na zagraniczne rozwiązania. Jest coś złego w tym, że robi się to bez wcześniejszego docenienia własnych. Nie ma nic złego w analizowaniu 50 Ohm. Jest coś złego w tym, że niemiecka platforma potrafi wzbudzić większe zainteresowanie niż polscy twórcy, którzy od lat budują narzędzia dla środowiska SP. Nie ma nic złego w inspirowaniu się światem. Jest coś bardzo złego w tym, że własne środowisko traktuje się jak tło.

Najpierw polscy twórcy. Potem zagraniczne inspiracje.

Najpierw wsparcie tego, co już działa w SP. Potem rozmowy o importowaniu rozwiązań.

Najpierw uczciwe spojrzenie na własny dorobek. Potem zachwyty nad tym, co robią inni.

Bo inaczej każda kolejna fascynacja zagranicznym systemem będzie nie dowodem nowoczesności, ale dowodem organizacyjnej ślepoty.

PZK nie musi wybierać między Polską a zagranicą. Może korzystać z dobrych wzorców zewnętrznych i jednocześnie rozwijać własne narzędzia. Ale kolejność ma znaczenie. Jeżeli największa organizacja krótkofalarska w Polsce najpierw ogląda się na innych, a dopiero potem, być może, zauważa swoich, to znaczy, że coś jest głęboko nie tak.

Bo problemem polskiego krótkofalarstwa nie jest brak platform.

Problemem jest to, że własne platformy, własni twórcy i własny dorobek zbyt często stają się widzialne dopiero wtedy, gdy ktoś za granicą zrobi coś podobnego.

A wtedy stare powiedzenie wraca z pełną siłą:

cudze chwalicie, swego nie znacie.

Tyle że w przypadku PZK należałoby dodać jeszcze jedno zdanie:

swoich nie znacie, bo zbyt długo nie chcieliście ich naprawdę zobaczyć.

PZK we Friedrichshafen.Co Polski Związek Krótkofalowców pokaże na HAM RADIO 2026?Już za pięć dni rozpocznie się HAM RADI...
21/06/2026

PZK we Friedrichshafen.
Co Polski Związek Krótkofalowców pokaże na HAM RADIO 2026?

Już za pięć dni rozpocznie się HAM RADIO 2026 we Friedrichshafen, największa i najbardziej prestiżowa wystawa radioamatorska w Europie. Wśród setek wystawców z całego świata znajdzie się również stoisko Polskiego Związku Krótkofalowców.

Co ciekawe, na kilka dni przed rozpoczęciem wydarzenia trudno znaleźć na oficjalnych stronach internetowych i kanałach informacyjnych PZK szczegółowe informacje dotyczące planowanej zawartości stoiska. Tymczasem informacje o tym, co organizacja zamierza zaprezentować odwiedzającym, zostały opublikowane na oficjalnej stronie targów HAM RADIO.

Z opisu zamieszczonego przez organizatorów wystawy wynika, że Polski Związek Krótkofalowców zaprasza odwiedzających do zapoznania się z nową usługą, budżetowym zestawem do pracy przez satelitę QO-100 oraz kompletnym projektem przeznaczonym do samodzielnego montażu. W zapowiedzi mowa jest również o prezentacji globalnego wyzwania technicznego oraz projektu HF0PAS, określanego jako najbardziej na południe położona stacja wykorzystująca polski znak wywoławczy.

Według informacji zamieszczonych na stronie targów, PZK zamierza także promować wybrane wydarzenia radioamatorskie odbywające się w Polsce i zachęcać odwiedzających do ich poznania.

Warto jednak podkreślić, że są to informacje pochodzące z oficjalnej strony HAM RADIO, a nie z komunikatów publikowanych przez sam Polski Związek Krótkofalowców. Na obecnym etapie trudno więc ocenić, jak szczegółowa będzie prezentacja poszczególnych projektów oraz czy program stoiska będzie wyglądał dokładnie tak, jak opisano w materiałach organizatora targów.

Równie istotne jest przypomnienie, że stoisko PZK jest stoiskiem jednej z wielu organizacji działających w polskim środowisku radioamatorskim. Choć Polski Związek Krótkofalowców pozostaje największym stowarzyszeniem krótkofalowców w kraju, nie jest jedynym podmiotem reprezentującym polskich radioamatorów ani jedynym realizującym interesujące projekty związane z radiokomunikacją amatorską.

HAM RADIO od lat jest miejscem, gdzie spotykają się organizacje, kluby, grupy nieformalne oraz indywidualni radioamatorzy z całego świata. To właśnie różnorodność prezentowanych inicjatyw stanowi o wyjątkowości tej imprezy.

Na razie wiadomo więc, co według oficjalnej strony targów PZK zamierza pokazać we Friedrichshafen. Jak jednak będzie wyglądało stoisko w rzeczywistości, jakie projekty zostaną faktycznie zaprezentowane i jakie zainteresowanie wzbudzą wśród odwiedzających, okaże się dopiero na miejscu, gdy HAM RADIO 2026 otworzy swoje podwoje dla tysięcy radioamatorów z całego świata.

Krótkofalarstwo na zakłóconej częstotliwościPolskie krótkofalarstwo znalazło się w dziwnym momencie. Z jednej strony ma ...
18/06/2026

Krótkofalarstwo na zakłóconej częstotliwości

Polskie krótkofalarstwo znalazło się w dziwnym momencie. Z jednej strony ma za sobą piękną historię, ludzi z ogromną wiedzą, doświadczenie techniczne, społeczne zaangażowanie i potencjał, którego mogłaby pozazdrościć niejedna organizacja obywatelska. Z drugiej strony coraz częściej sprawia wrażenie środowiska zamkniętego w sporach, wzajemnych pretensjach i organizacyjnych rachunkach krzywd.

Zamiast rozmowy o przyszłości, coraz częściej słyszymy rozmowę o tym, kto kogo reprezentował. Zamiast dyskusji o szkoleniu młodych operatorów, pojawia się pytanie, czy dana osoba miała właściwe upoważnienie. Zamiast rozmowy o paśmie, antenach, mocach, modulacjach i realnym wpływie na prawo, pojawia się niekończący się spór o funkcje, organizacje, mandaty i osobiste intencje.
To nie jest problem jednej fundacji, jednego związku, jednego prezesa czy jednego wpisu na Facebooku. To problem znacznie głębszy. Polskiemu krótkofalarstwu zaczyna brakować wspólnej częstotliwości.

Przez lata środowisko radioamatorskie było postrzegane jako przestrzeń pasji, odpowiedzialności i praktycznej wiedzy.

Krótkofalowiec nie był tylko człowiekiem z radiem. Był kimś, kto znał zasady pracy w eterze, rozumiał technikę, potrafił działać w sytuacjach kryzysowych, budował łączność ponad granicami i uczył się kultury rozmowy. Dziś ten obraz coraz bardziej blaknie. Nie dlatego, że brakuje pasjonatów. Oni nadal są. Problem w tym, że ich głos często ginie w szumie organizacyjnych konfliktów.
Szczególnie niepokojące jest to, że administracja publiczna coraz wyraźniej ogranicza swoje zaangażowanie w sprawy radioamatorskie. Gdy państwo robi krok w tył, naturalną reakcją środowiska powinno być zrobienie kroku w przód. Powinna pojawić się współpraca, wspólna strategia, wspólne stanowiska i mądry podział ról. Tymczasem zbyt często widać coś odwrotnego. Im mniej aktywna jest administracja, tym bardziej środowisko zaczyna zajmować się samo sobą.

Wtedy najważniejsze pytania schodzą na dalszy plan. Nie pytamy już, jak szkolić nowych krótkofalowców. Nie pytamy, jak odbudować prestiż służby radioamatorskiej. Nie pytamy, jak skutecznie rozmawiać z UKE i Ministerstwem Cyfryzacji. Nie pytamy, jak pokazać młodym ludziom, że radio to nie muzealny eksponat, ale fascynująca przestrzeń technologii, eksperymentu i wolności.

Zamiast tego pytamy, kto siedział przy stole, kto był z jakiej organizacji, kto miał prawo mówić, a kto nie powinien się odzywać.
Oczywiście formalna reprezentacja ma znaczenie. W relacjach z administracją nie da się działać wyłącznie na emocjach i dobrych chęciach. Potrzebne są organizacje, przedstawiciele, stanowiska, procedury i odpowiedzialność za słowo. Ale organizacje nie mogą stać się celem samym w sobie. Mają służyć środowisku, a nie zastępować środowisko. Mają wzmacniać głos krótkofalowców, a nie zamieniać go w rywalizację o pieczątki i funkcje.

Największym problemem nie jest więc sam fakt istnienia wielu organizacji. Pluralizm może być siłą. Problemem jest brak zaufania. Każda inicjatywa natychmiast bywa podejrzewana o drugie dno. Każde spotkanie można przedstawić jako układ. Każdą krytykę jako atak. Każdą niezależność jako próbę rozbijania środowiska. W takiej atmosferze nawet dobre pomysły tracą impet, bo zanim zostaną omówione, już zostają oblepione podejrzeniami.

To szczególnie groźne w momencie, gdy krótkofalarstwo potrzebuje otwarcia, a nie zamykania się w starych sporach. Potrzebuje młodych ludzi, ale młodzi nie przyjdą do środowiska, które na wejściu pokazuje im głównie konflikty starszych kolegów. Potrzebuje klubów, ale klubów żywych, otwartych, uczących praktyki i dających wsparcie, a nie tylko wspominających dawną świetność. Potrzebuje reprezentacji, ale reprezentacji opartej na zaufaniu i przejrzystości, nie na przekonaniu, że tylko jedna grupa ma prawo mówić w imieniu wszystkich.

W polskim krótkofalarstwie zbyt długo mylono dialog z reakcją na kryzys. Organizacje spotykają się najczęściej wtedy, gdy trzeba odpowiedzieć na projekt przepisów, konsultacje albo decyzje administracji. To za późno. Prawdziwy wpływ na prawo zaczyna się wcześniej. W rozmowach, analizach, przygotowanych propozycjach, kontaktach roboczych i konsekwentnym budowaniu relacji. Jeżeli środowisko budzi się dopiero wtedy, gdy projekt jest już na stole, to często może jedynie zgłaszać uwagi do czegoś, co zostało przygotowane bez niego.

To nie jest strategia. To jest gaszenie pożaru.

Dlatego polskie krótkofalarstwo potrzebuje dziś nie kolejnej wojny o to, kto jest ważniejszy, ale uczciwego rachunku sumienia. Potrzebuje stałego forum współpracy organizacji. Potrzebuje jawności spotkań i stanowisk. Potrzebuje programu szkolenia nowych operatorów, który będzie praktyczny, elastyczny i możliwy do wdrożenia zarówno w dużych, jak i mniejszych klubach. Potrzebuje odbudowy kultury rozmowy, w której spór nie oznacza od razu wrogości.

Najważniejsze jednak, by środowisko przestało szukać jednego winnego. Ani jedna fundacja, ani jeden związek, ani jeden prezes, ani jeden krytyczny głos nie są źródłem wszystkich problemów. Jeżeli środowisko rzeczywiście jest silne, powinno umieć przyjmować krytykę, odpowiadać argumentami i działać lepiej. Jeżeli jest słabe, będzie zawsze szukało wygodnego przeciwnika, na którego można zrzucić odpowiedzialność za własną bezradność.
Krótkofalarstwo nie potrzebuje dziś jednego zbawcy. Potrzebuje dorosłej rozmowy. Potrzebuje ludzi, którzy potrafią różnić się bez niszczenia się nawzajem. Potrzebuje organizacji, które rozumieją, że ich siła nie wynika z zamknięcia, lecz z umiejętności współpracy. Potrzebuje powrotu do tego, co było w nim najcenniejsze: pasji, odpowiedzialności, wiedzy i otwartości.

Eter nie znosi pustki. Jeżeli krótkofalowcy nie opowiedzą sami, po co są Polsce potrzebni, zrobią to za nich inni. A wtedy może się okazać, że dla administracji, opinii publicznej i młodego pokolenia krótkofalarstwo stanie się tylko niszowym hobby ludzi pokłóconych o własną przeszłość.

A przecież mogłoby być inaczej. Krótkofalarstwo nadal może być szkołą techniki, obywatelskości, współpracy i wolności komunikacji. Ale żeby tak się stało, środowisko musi najpierw samo siebie usłyszeć. Bez zakłóceń. Bez insynuacji. Bez wiecznej walki o to, kto nadaje najmocniejszym sygnałem.

Bo najważniejsze pytanie brzmi dziś nie: kto reprezentuje krótkofalowców?

Najważniejsze pytanie brzmi: czy polscy krótkofalowcy potrafią jeszcze mówić wspólnym głosem wtedy, gdy naprawdę chodzi o przyszłość ich własnego środowiska?

Kto naprawdę reprezentował polskich radioamatorów?Kilka refleksji po spotkaniu w UKEPięć organizacji, jeden stół. Czy UK...
12/06/2026

Kto naprawdę reprezentował polskich radioamatorów?
Kilka refleksji po spotkaniu w UKE

Pięć organizacji, jeden stół. Czy UKE usłyszało wszystkie głosy polskich radioamatorów?

10 czerwca 2026 roku w siedzibie Urzędu Komunikacji Elektronicznej w Warszawie odbyło się pierwsze spotkanie zespołu ds. radioamatorskich. Sam fakt powołania takiego forum należy ocenić pozytywnie.

Od wielu lat środowisko radioamatorskie oczekiwało miejsca, w którym przedstawiciele organizacji społecznych mogliby bezpośrednio rozmawiać z regulatorem o przyszłości służby amatorskiej, kierunkach zmian przepisów oraz rozwoju krótkofalarstwa w Polsce.

Do udziału w spotkaniu zaproszono przedstawicieli ZHP, PZK, LOK, OPOR oraz PK-UKF.

Na pierwszy rzut oka można było odnieść wrażenie, że przy stole zasiadło pięć różnych organizacji reprezentujących szerokie spektrum środowiska radioamatorskiego. Jednak bliższa analiza składu uczestników prowadzi do interesujących wniosków.
Polski Związek Krótkofalowców reprezentował jego Prezes. Jest to sytuacja całkowicie naturalna i niebudząca żadnych wątpliwości. Organizacja została zaproszona i delegowała swojego statutowego przedstawiciela.

Znacznie ciekawiej wygląda jednak kwestia pozostałych uczestników.

Ligę Obrony Kraju reprezentował Sekretarz Polskiego Związku Krótkofalowców.

Polski Klub UKF reprezentował Menedżer UKF Polskiego Związku Krótkofalowców.

Z kolei przedstawiciel Związku Harcerstwa Polskiego występował nie tylko w imieniu ZHP, ale również reprezentował środowisko Związku Harcerstwa Rzeczypospolitej, które nie posiadało własnego miejsca przy stole.

Formalnie nie oznacza to oczywiście żadnego naruszenia zasad funkcjonowania zespołu choć idea była inna. W wielu organizacjach te same osoby działają równocześnie w kilku podmiotach.

Pytanie dotyczy jednak nie formalności, lecz rzeczywistej reprezentatywności i pluralizmu opinii.

Szczególnie interesująco wygląda sytuacja Polskiego Klubu UKF.

Organizacja ta posiada własną osobowość prawną i własne struktury organizacyjne. Jednocześnie uczestniczący zdalnie jej przedstawiciel którym podczas spotkania był Prezes PK UKF a zarazem Menedżer UKF Polskiego Związku Krótkofalowców. Co więcej, w oficjalnym logo PK-UKF widnieje charakterystyczny znak Polskiego Związku Krótkofalowców. Świadczy to nie tylko o historycznych i organizacyjnych związkach obu środowisk, które od dziesięcioleci współpracują ze sobą.
Sam fakt umieszczenia znaku PZK w logo PK-UKF oczywiście nie przesądza o braku samodzielności tej organizacji. Pokazuje jednak skalę wzajemnych powiązań. W konsekwencji pojawia się zasadne pytanie, czy stanowisko prezentowane przez przedstawiciela PK-UKF było rzeczywiście niezależne od stanowiska prezentowanego przez Prezesa PZK.

Podobne pytanie można postawić w odniesieniu do reprezentacji Ligi Obrony Kraju. Jeżeli organizację reprezentuje osoba będąca jednocześnie jednym z najważniejszych przedstawicieli władz PZK, trudno całkowicie pominąć kwestię potencjalnej zbieżności prezentowanych stanowisk.

Jeszcze bardziej interesująca jest sytuacja po stronie organizacji harcerskich. Związek Harcerstwa Rzeczypospolitej nie został bowiem odrębnie zaproszony do udziału w pracach zespołu, a jego interesy miał reprezentować przedstawiciel Związku Harcerstwa Polskiego. Choć oba związki harcerskie prowadzą działalność radioamatorską i często współpracują, pozostają odrębnymi organizacjami posiadającymi własne struktury, własne cele i własne spojrzenie na wiele kwestii dotyczących wychowania oraz działalności technicznej. Powstaje więc pytanie, czy jedno miejsce przy stole rzeczywiście pozwalało na pełne przedstawienie stanowisk obu organizacji.

W efekcie można odnieść wrażenie, że spośród uczestników spotkania jedynie Fundacja OPOR występowała jako podmiot całkowicie niezależny od pozostałych organizacji obecnych przy stole.

Oznacza to, że znacząca część dyskusji mogła być prowadzona przez osoby związane organizacyjnie lub środowiskowo z tym samym kręgiem działaczy i jednej i tej samej organizacji.
Nie oznacza to oczywiście, że przedstawiane stanowiska były błędne lub niewłaściwe. Problem dotyczy czegoś innego. Celem konsultacji i prac zespołów doradczych nie jest bowiem jedynie zgromadzenie przedstawicieli różnych szyldów organizacyjnych. Ich zadaniem jest zapewnienie regulatorowi dostępu do możliwie szerokiego katalogu niezależnych opinii.

Jeżeli kilka miejsc przy stole zajmują osoby związane z tym samym środowiskiem organizacyjnym, istnieje ryzyko, że formalna różnorodność uczestników nie będzie oznaczała rzeczywistej różnorodności prezentowanych poglądów. A właśnie ta różnorodność jest fundamentem skutecznych konsultacji.

Pierwsze posiedzenie zespołu ds. radioamatorskich niewątpliwie było ważnym wydarzeniem dla całego środowiska. Pozostaje jednak pytanie, które warto postawić już na początku jego działalności: czy zespół ma być miejscem rzeczywistej wymiany różnych poglądów, czy też forum, na którym część uczestników będzie występowała pod różnymi szyldami, prezentując w istocie bardzo podobne stanowiska?

Od odpowiedzi na to pytanie może zależeć, czy nowy zespół stanie się rzeczywistą platformą dialogu całego środowiska radioamatorskiego, czy jedynie miejscem potwierdzania opinii dominujących już wcześniej grup wpływu.

Adres

Srodmiescie
00-791

Strona Internetowa

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Krótkofalowiec Polski umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Skróty

Udostępnij