23/01/2026
,,Istnieją rzeczy, w obliczu których musimy tracić rozsądek; w przeciwnym razie okazałoby się, że już dawno go straciliśmy. To powiedział Lessing, a powtórzył to po nim profesor Piotr Wołyński. Zgadzam się z nimi całkowicie i mówię to teraz i ja."
,,Bon voyage” Marcina Pietrucina to humorystyczne, choć zarazem przytomne sprawozdanie z procesu odnajdywania się w świecie sztuki, przyrównanego tu do podróży. Jest to wycieczka ekscytująca, ale dziwna: nie wiadomo dokąd, trochę na gapę, raczej all exclusive. Pietrucin bierze tę dziwność na klatę i wykorzystuje ją jako rodzaj nieco ryzykownej poetyki. Na patrona swojej działalności namaszcza Indianę Jonesa, którego jednak, jak zastrzega, nie zamierza traktować ,,bezkrytycznie, jako ostatecznej wykładni tego, czym jest wolność – jest on najzwyczajniej białasem z lat 80-tych napisanym przez białasów urodzonych w latach 40-tych”.
Tekst opowiada w tym samym stopniu o białasach, co o wolności.
Narracja pełna jest chwytów charakterystycznych dla wielu różnych konwencji: powieści uniwersyteckiej, autofikcji, manifestu i komediowego monodramu. Eklektyzm ma charakter założenia programowego autora, który wyssał z mlekiem matki (czyli Uniwersytetu Artystycznego w Poznaniu) pociąg do intermedialności, szpiegowską giętkość i nieufność w stosunku do zdrowego rozsądku. Warto wiedzieć, że ,,Bon voyage” powstało jako praca licencjacka, czyli tzw. ,,wczesne dzieło” Pietrucina, który pomimo burzycielskich skłonności wypowiada się o świecie z czułością i nie chce uczestniczyć w nim inaczej, niż tylko z całej epy.
Cały tekst dostępny na stronie Postmedium:
ART