06/08/2026
🍓✍🏻🍓
Lisa Strømme
„𝓓𝔃𝓲𝓮𝔀𝓬𝔃𝔂𝓷𝓴𝓪 𝔃 𝓹𝓸𝔃𝓲𝓸𝓶𝓴𝓪𝓶𝓲”
Przełożył: Bohdan Maliborski
Rok wydania: 2021
Wydawnictwo LeTra
Nie od dzisiaj wiadomo, że lubię książki z historią sztuki w tle.
Nie jest to nowość, książka dostępna jest już od pięciu lat, ale w natłoku wydawniczym ominęły mnie recenzje „bookstagramowe” (chyba dobrze, bo usiadłam do lektury z „czystą kartą”).
Wydawca przypomniał o niej krótko kilka tygodni temu. Padło hasło: Edvard Munch - i to mi wystarczyło, by sięgnąć w ciemno.
Jak skomplikowaną postacią był malarz norweski, prekursor ekspresjonizmu - Edvard Munch - wiedziałam wcześniej; czytałam o nim, miałam przyjemność być dwa lata temu na dużej wystawie jego obrazów i grafik w Berlinie. Trudne dzieciństwo, liczne problemy natury emocjonalnej, lęki, depresja, problemy z alkoholem; odludek, samotnik…
Biorąc do ręki „Dziewczynkę z poziomkami”, nie miałam pojęcia czy to aby nie tytułowa dziewczyna będzie zamieszana w romans z malarzem, byłoby to wtedy jakieś banalne, zbyt czytelne… ufff… na szczęście, ku mojej czytelniczej radości - tak się nie stało, a lektura zagwarantowała mi całkiem przyjemne wieczory spędzone w letnich skandynawskich klimatach.
Tytułowa „Dziewczynka z poziomkami”, główna bohaterka i zarazem narratorka, to postać zainspirowana obrazem innego malarza - Hansa Heyerdahla, który, podobnie jak Munch, spędzał wakacje w norweskim Åsgårdstrand (zdjęcie obrazu zamieszczę jako ciekawostkę w komentarzu).
W książce nazywa się ona Johanne Lien. Poznajemy ją już jako szesnastoletnią, młodziutką kobietę, nadal zbierającą poziomki i owoce dla letników, otrzymującą również posadę służącej w domu rodziny Ihlenów.
Istnieją pewne spekulacje, kilka teorii kim naprawdę jest „dziewczynka z poziomkami”. Nie będę zdradzać. Posłowie od autorki wszystko wyjaśnia. Dodam tylko, że rodzina Ihlenów również nie jest wytworem wyobraźni pisarki, a siostry Ihlen są w tej opowieści kluczowymi postaciami.
I choć fakty stale mieszają się tu z fikcją - warto zostawić sobie posłowie na koniec lektury, by odkryć, co posłużyło jako inspiracja dla autorki, co było prawdą, co niekoniecznie.
Zatem najpierw książka/opowieść - niech Was nie k**i posłowie.
Bardzo lubię tę tytułową bohaterkę. Niezwykle sympatyczna to osoba. Od dawna już nie zdarzyło mi się sympatyzować z jakąkolwiek postacią książkową. Subtelna, dziewczęca, pracowita, sumienna, szczera i przede wszystkim: oddana w przyjaźni.
Lubię ją - po prostu.
Malarz Munch, nieźle przestudiowany przez autorkę, jest tutaj postacią wyalienowaną, a jednocześnie pociągającą. Autorka naprawdę starała się przedstawić go najsympatyczniej, jak tylko można było, a jednocześnie nie unikała i nie ukrywała jego wad czy dziwactw.
Jak mówi zakochana w nim przyjaciółka Johanne:
„Mogłabym ten smutek kochać całe życie, lecz nigdy nie zdołam go ukoić”.
***
Przez całą opowieść przewijają nam się liczne obrazy Muncha, również te malowane w Åsgådstrand, ale pojawiają się też takie, które powstały w innych latach. Lisa Strømme postanowiła dopasować je do snutej przez siebie historii, o czym sama wspomina w posłowiu.
Jest to zabieg o tyle celowy, że wyobrażając sobie postaci, krajobrazy, okoliczności, możemy je dopasowywać do konkretnych płócien artysty i troszkę poddać się wyobraźni pisarki, pływać sobie w klimatach tamtych czasów.
***
Warto wspomnieć, że każdy rozdział zaczyna się od cytatów z „Teorii kolorów” Johanna Wolfganga Von Goethego. Książkę te otrzymała Johanne od Muncha, który odkrył, że ta młodziutka dziewczyna przejawia talent i pasję do malarstwa, w czym, przez całą fabułę, ją ogromnie wspiera: „Nie maluj tego co widzisz, Johanne, maluj tak, jak c z u j e s z”.
***
Przeogromnie podobały mi się fragmenty, w których Johanne opisuje stany emocjonalne (swoje bądź otoczenia) kolorami.
Jakieś przykłady?
Dotyk przyjaciela: „Karmazyn. Fuksja. Złoto (…) I nagłe poczucie winy (…) Indygo”
Munch - zielenie/błękity, Tullik - płonące czerwienie/rubiny, Ragna - czerń (paskudna postać ;)), Julie - oliwkowy (…)
„I ja [Johanne o sobie]: żółty. Powrót do słońca, do świata. Miłość. Ciągnie mnie do ognia. Źródło życia. Źródło duszy, gdzie wszystko się łączy, wszystko jest jednością. Wszystko to kolor miłości”.
****
Ta lektura sprawiła mi ogromną czytelniczą przyjemność, pomogła mi oderwać się od codziennych, przyziemnych obowiązków, skłoniła do sięgnięcia po więcej, po „Dzienniki” Muncha, informacje na temat malarza Heyerdahla, „Teorię kolorów” Goethego…
Wiedzieliście, że ten wybitny, niemiecki poeta, tak naprawdę był jednym z pierwszych, który zaczął się zastanawiać i pisać o oddziaływaniu barw? Ja nie miałam pojęcia.
Lubię, jak książka pociąga za soba kolejną i kolejną, i kolejną...
Jakim jestem kolorem, a jakim bywam?
Jakim kolorem nazwałabym atmosferę dziś panującą wokół mnie?
Johanne by wiedziała…
***
Za egzemplarz do recenzji bardzo dziękuję Wydawnictwu LeTra.
/współpraca barterowa/