17/02/2017
„...Nie wyobrażam sobie, jak można zimą wejść na Everest...” - powiedział Andrzejowi Zawadzie, Nowozelandczyk Sir Edmund Hillary, pierwszy człowiek który wraz z Tenzing Norgayem w 1953 zdobył Mount Everest. Była to wyprawa bezprecedensowa. Nikt wcześniej nie próbował zdobywać Everestu zimą. Polacy byli pionierami. Ogromną przeszkodą było zdobycie pozwolenia na atakowanie Everestu zimą. „ ...Sprawą numer jeden było zdobycie zezwolenia – podkreślał Zawada – Przeciętnie na pozwolenie trzeba czekać około 4 lat, na dodatek wyłaniał się problem zupełnie nowy: uzyskanie zgody na okres zimowy. Rząd Nepalu do tej pory żadnych takich zezwoleń nie wydawał, a nasza wyprawa na Lhotse działała jako jesienna. Trzeba było rozpocząć specjalne starania. W tym celu w listopadzie 1977 roku poleciałem do Kathmandu...”
Pozwolenie nadeszło bardzo późno bo 22 listopada, z ważnością od 1 grudnia 1979 roku, do końca lutego 1980. „...Podjąć się prowadzenia wyprawy w takiej sytuacji było właściwie szaleństwem – wspominał Zawada – ...Ale z drugiej strony, jak zrezygnować z pierwszego w historii alpinizmu zezwolenia na atakowanie Everestu zimą ? Stałem wobec jednej z najtrudniejszych decyzji w moim życiu...”
Tylko szybki transport lotniczy mógł uratować wyprawę. 20 grudnia cały bagaż znalazł się w Nepalu. Tymczasem, już od 15.XII, kolejne grupy uczestników wyprawy odlatywały z niekompletnym jeszcze sprzętem z Kathmandu do Lukli, skąd karawaną tragarzy i jaków wyruszały do bazy pod Everest. Dopiero 4 stycznia znaleźli się w bazie wszyscy uczestnicy wyprawy i cały bagaż. Dodatkowo Ministerstwo Turystyki w Nepalu zwróciło się z prośbą, by akcję zdobywczą prowadzić tylko do 15 lutego, a pozostałe dwa tygodnie zezwolenia przeznaczyć na likwidowanie obozów. Na właściwą akcję górską pozostało więc zaledwie półtora miesiąca.
Jednocześnie z urządzaniem bazy, 5 stycznia przystąpiono do akcji na Ice Fall. Siedmioosobowa ekipa wyruszyła by oporęczować jego dolne partie, co niejednokrotnie było niszczone przez walące się bez przerwy bariery seraków.
Już 8 stycznia na początku Kotła Zachodniego założony został obóz I (6050 m.), a dwa dni później, 10 stycznia obóz II (6500 m.) w głębi Kotła, pod południowo-zachodnią ścianą Everestu. Tej początkowej, szybkiej akcji bardzo sprzyjały dobre warunki pogodowe. Kolejne dni zdominowała everestowska zima. Huraganowe porywy wiatru i niskie temperatury zaczęły niszczyć namioty i zahamowały działalność wspinaczkową. Wreszcie 15 stycznia kolejny zespół w składzie: Gajewski, Pawlikowski, Żurek założyli obóz III w ścianie Lhotse na wysokości 7150 metrów. Okazało się, że ze względu na lodowe warunki, konieczne będzie ubezpieczanie poręczówkami całej drogi do obozu III.
Kolejnym etapem miało być założenie na Przełęczy Południowej (ok.8000 m.), obozu IV, skąd zamierzano rozpocząć ataki szczytowe. Zdobywanie tego 850 m. odcinka okazało się jednak bardzo trudne i zajęło prawie miesiąc czasu. Cały zespół z nadzwyczajnym poświeceniem walczył o Przełęcz Południową. Jednak coraz więcej osób z powodu odmrożeń i wyczerpania nie było zdolnych do akcji powyżej obozu III. Najpoważniejszy wypadek przytrafił się K. Żurkowi, który zdmuchnięty przez wiatr podczas wspinaczki, spadł 20 metrów w dół do najbliższego haka. Wypadek ten nie pozwolił mu kontynuować wyprawy i zmusił do powrotu do kraju.
11 lutego wyruszył kolejny zespół: Cichy, F**t, Holnicki i Wielicki. Po przekroczeniu progu Żółtych Skał podeszli pod spiętrzenie Żebra Genewczyków. Zaczynał się stąd eksponowany trawers wśród skał na grań. Mniej więcej w jego połowie wycofał się Holnicki, a pozostali około godziny 16.00 dotarli na Przełęcz. Leszek Cichy, który pomagał w transporcie sprzętu, jeszcze tego dnia wycofał się do obozu III. Tymczasem Wielicki z F**tem spędzili ciężką noc w huraganowym wietrze i przy - 40° mrozie. „...Przez całą noc byliśmy w kontakcie radiowym z kolegami na Przełęczy – wspominał Zawada – Warunki w jakich znaleźli się, przeraziły wszystkich. Wyprawa znalazła się na zakręcie. Wniosek był przecież oczywisty – jeżeli trudno przetrwać choć jedną noc na Przełęczy, to jak myśleć o pokonaniu następnych 850 metrów, dzielących w pionie Przełęcz od szczytu Everestu...”
Rano, 12 lutego, dwójka z Przełęczy wróciła do obozu III, a następnie Wielicki, który skarżył się na odmrożone nogi zszedł na noc do obozu II, a F**t do bazy. 13 lutego do góry wyruszyli Zawada z Szafirskim. Wieczorem dotarli na Przełęcz. „...Był to dla mnie wielki wysiłek – wspominał Zawada – Nie podchodziłem jeszcze do obozu III i teraz bez odpowiedniej aklimatyzacji, musiałem wspiąć się z 6500 na 8000 metrów, a więc od razu 1500 metrów w pionie...”. Na Przełęczy ustawili specjalny namiot, który zgodnie z gwarancją firmy, miał wytrzymać wiatr o prędkości 150 km na godzinę. Obóz czwarty był gotowy na zespoły szturmowe.
Andrzej Zawada w drodze powrotnej z Przełęczy zgubił drogę i zdecydował się na biwak. „...W pewnym momencie, kiedy Szafirski zjechał już z uskoku, nie mogłem znaleźć w zapadającym zmroku początku kolejnych lin poręczowych. W mroźnym powietrzu moja latarka szybko przestała świecić. Pod nogami miałem prawie 1000 metrów lodowej ściany, opadającej stromo do Kotła. Nie pozostało nic innego, jak wyrąbać w lodzie małą półeczkę i cierpliwie czekać do świtu. Nieprzewidziany biwak zimą, tego mi jeszcze brakowało! To chyba złość pozwoliła mi przetrwać cało w czterdziestostopniowym mrozie 8 godzin, zanim Cichy i Wielicki z poświęceniem dotarli do mnie z termosem i pomogli znaleźć nieszczęśliwe poręczówki. Jakże byłem im wdzięczny...”
Podczas tego zejścia Zawada doznał lekkich odmrożeń stopy prawej. Tak później mówił o tym zdarzeniu: „ ...Wszyscy cieszyli się, że kierownik też nieinteligentny, bo zawsze podkreślałem, że tylko nieinteligentny alpinista się odmraża. Gdybym zdjął buty i założył skarpetki puchowe, to bym się nie odmroził, ale być bez butów w lodowej ścianie to wielkie ryzyko...”
Następnego dnia na Przełęcz dotarli Heinrich z Pasangiem. Nazajutrz, 15 lutego, podjęli oni atak szczytowy, lecz wycofali się z wysokości 8350 metrów. Na skutek interwencji kierownika udało się przedłużyć okres ataku o kolejne 2 dni. Rano, 16 lutego, na ostatni atak wyruszają z obozu III, Leszek Cichy i Krzysztof Wielicki. „ W oczach Zawady widziałem niepokój, obawę, może smutek – wspomina Krzysztof Wielicki – Chyba już nie wierzył w to, że się powiedzie. Trudno mu się dziwić...”. Na Przełęcz, ze wspomaganiem tlenowym, dotarli po 5 godzinach. 17 lutego o 7 rano, zabierając ze sobą po jednej butli tlenowej, ruszyli do góry. Po długich oczekiwaniach w bazie o 14.25 rozległy się w radiotelefonie historyczne już dzisiaj słowa Leszka Cichego: „...Gdyby to nie był Everest, nigdy byśmy tu nie weszli...”. Andrzej Zawada tak wspominał tamto wydarzenie: „... Najpiękniejsza chwila w życiu. A potem znowu niepokój o ich powrót, o odmrożone nogi Krzyśka, o ich siły, gdy na południowym wierzchołku Everestu skończył im się tlen. Jeszcze jedna nerwowa noc, kiedy po meldunku Leszka, że jest w obozie IV, nie było wiadomości, czy dotarł tam również Krzysztof...”
19 lutego w bazie odbywa się uroczysta kolacja. „...Każdy z nas miał prawo czuć się zwycięzcą, z nieobecnym Krzysztofem Żurkiem włącznie, bowiem wspólne działanie, wspólne opętanie ideą było podstawą ostatecznego zwycięstwa...”
Cień na sukces wyprawy rzuciła wypowiedź Reiholda Messnera, światowej sławy alpinisty, który zakwestionował zimowe wejście Polaków na Mount Everest, od strony formalnej. Później jednak wycofał się z tych zarzutów.
Skład ekipy: Andrzej Zawada (kierownik), Józef Bakalarski (filmowiec), Leszek Cichy, Krzysztof Cielecki, Ryszard Dmoch (zastępca kierownika ds. organizacyjnych), Walenty F**t, Ryszard Gajewski, Zygmunt Andrzej Heinrich, Jan Holnicki-Szulc, Robert Janik (lekarz), Bogdan Jankowski, Stanisław Jaworski (filmowiec), Janusz Mączka, Aleksander Lwow, Kazimierz W. Olech, Maciej Pawlikowski, Marian Piekutowski, Ryszard Szafirski, Krzysztof Wielicki, Krzysztof Żurek.
Ponadto w Nepalu do wyprawy dołączyli: Bishow Nath Regmi (oficer łącznikowy) oraz 5 Szerpów – Pemba Norbu Sherpa, Ningma Tensing, Pasang Norbu, Nawang Yenden i Indre.
Andrzej Zawada
- - - - -
Walka o szczyt - Ryszard 'Dyrektor' Dmoch
1. Walka z czasem, mrozem, wiatrem.
A jednak, rysuje się widmo porażki... 17 lutego minie 38 lat od naszego zimowego Everestu. I dzisiaj i jutro, będą powtórzenia tego wyczynu. Tym którzy idą po nas, życzę sukcesu. Życzę również, szczęśliwego powrotu do Bazy.
38 lat to jednak kawał czasu, a nam którzy się tam znaleźli, pozostały ekscytacje, wzruszenia, zapisy w osobistych "kapownikach", opisy w książkach... Pozostały zdjęcia, pozostały zapisy radiowe. Właśnie w oparciu o tę wykładnię (bez historii wcześniejszych poczynań), przedstawiam pisemny odczyt wybranych rozmów radiowych, a dotyczą one wyłącznie ostatnich 3 - 4 dni zimowych działań na Evereście. Przypominają lokalizację ostatnich zespołów, ich zaangażowanie i zainicjowanie działań w naszej ambasadzie, z prośbą o dwudniowe przedłużenie terminu na działalność stricte górską. Dotrzymanie terminu zezwolenia (15 lutego) jest dla wyprawy w 100% nierealne. Jeszcze tylko na przełęczy i w ob. III dalej trwa ambicjonalna walka o to, kto ustanowi własne rekordy wysokości, kto i po co dojdzie do przełęczy, kto z tlenem a kto bez tlenu, kogo trzeba będzie ratować, a w konsekwencji wybijać z napięcia tych, którzy monitorują przez radio naszą prośbę o "2 złote dni". W rzeczywistości, obozy służą do pośredniej obsługi radiowej, asekuracji i wspomagania zespołów schodzących do Bazy. We wszystkich obozach przygnębienie, zdenerwowanie, widmo porażki ma otwarte wrota. W tej nadchodzącej porażce ustawiają się w kolejce: zawiedzione ambicje sportowe, dwa lata społecznych przygotowań organizacyjnych, wydane miliony złotych dotacji vice przewodniczącego GKKFIS, Adama Izydorczyka, tysiące dolarów, stargane nerwy i odmrożenia.
34 A 12 - 13 lutego 1980r. Baza do Leszka... Zyga z Pasangiem zostają na przełęczy na tlenie, i jutro będą próbować ataku... Natomiast Rysiek Szfirski i Andrzej Zawada zaczęli już schodzić, (z przełęczy) są w miarę nieźli...
35A2 - 14 lutego 1980 - 22 .00 (Szafirski)... ja rano, (odpocznę przez noc) rano pakuję się i idę do góry naprzeciw chłopcom. ( Leszek i Krzysiek) Chłopcy się zdecydowali dojść do Andrzeja Zawady, napoić go, nakarmić, wzmocnić, i sprowadzać... a ja im wyjdę naprzeciw, albo przejmę go od nich, albo Andrzej sam będzie dochodził...(do ob. III)
35 A3 - 14/15 lutego. ob II do III (K . Cielecki) Cichy-Wielicki doszli do Andrzeja i podobno sytuacja nie jest taka zła. Andrzej poszedł niżej niż powinien i brakuje mu 200 m do miejsca w którym powinien być, w którym są chłopcy, (Cichy-Wielicki) a jak ich zobaczył, rozpoczyna podejście do nich...
34 AO1 - 14 lutego 1980 (Leszek z obozu III do bazy) ...musi !!! musi !!! Wawrzyniak (Ambasador) wywalczyć 2 dni, jeszcze... my musimy mieć szansę na atak ...żeby nie było żadnych jaj ...bo potem walczyć o 2 dni czy o 5, to nie ma znaczenia... ...bo jak te ataki się teraz nie udadzą, to wszyscy zejdą do bazy, i... (Baza do Leszka w III) Tak, ja to rozumiem Leszku doskonale, i będę mówił dzisiaj o tym w pół do piątej z Wawrzyniakiem... a w tej chwili, wisi przy radiu mr Szarma, i robi wszystko żeby nam uświadomić, że każde wyjście po 15 lutego, będzie dyskwalifikacją każdej, nie tylko naszej wyprawy. Czyli jedyna nadzieja, że ewentualnie Wawrzyniak (Ambasador) coś u vice ministra Prathana załatwi...
2. Dwa złote dni
A jednak istnieje cień szansy na ostatni atak.
Po pierwsze, tą szansą jest nasza inicjatywa przeprowadzenia przez ambasadora Wawrzyniaka rozmowy "dyplomatycznej" z vice ministrem turystyki Nepalu Panem Prathanem i wyjednanie przedłużenia terminu 15 lutego o 2 dodatkowe dni, o "2 złote dni".
Po drugie, ukształtował się jedyny zespół, który promieniuje inicjatywą ataku. Jest tak pewny swoich zamierzeń, że inicjuje, a nawet sprawdza (radiowo) tlen, paliwo, i możliwości zabezpieczenia swojego odwrotu.
Tym zespołem jest Leszek CICHY i Krzysztof WIELICKI, którzy nieprzypadkowo znaleźli się w odpowiednim miejscu i odpowiednim czasie.
Tym odpowiednim miejscem jest obóz III, ale również wcześniejsze, aklimatyzacyjne osiągnięcie przez nich, Przełęczy Południowej.
Odtwarzam pisemnie, ciekawsze rozmowy radiowe, a w nich popełnione błędy, również taki który zmusił do niebywałego wysiłku fizycznego, technicznego, ale i moralnej nagrody dla Cichego, Wielickiego i Szafirskiego. Podjęli Oni mianowicie nocny!!! ryzykowny marsz w kierunku Przełęczy Południowej, dla niesienia pomocy naszemu Liderowi który "zakiblował" gdzieś na trasie podczas schodzenia do ob. III go.
O szóstej rano wrócili do śpiworów!!!
Odtwarzam tekstem istotne fragmenty zapisów elektronicznych, rozmów między obozami i celowo uwypuklam racjonalne, niezwykle dynamiczne zaangażowane Leszka Cichego w sprawę "2 złotych dni", Jego walkę, Jego naciski na Bazę o przedłużenie zgody, a w konsekwencji stworzenie szansy na przeprowadzenie najpoważniejszego ataku.
34 A04 - (Cichy z ob. III do bazy) Mam nadzieję, że po prostu wszystko jeszcze się da uratować, jest jakaś szansa, my w każdym bądź razie z Krzyśkiem, nawet jak nie będzie zezwolenia, to wchodzimy po 15 lutego. To jest nasza decyzja nieodwołalna. Nawet kierownik nas od tej decyzji nie odwoła...
3. Determinacja Leszka Cichego.
Z zapisów radiowych i działań wynika, że Leszka determinacja w zdobycie szczytu nie była zwykłą przechwałką do tego stopnia, że brak przedłużenia zezwolenia na dalszą działalność, nie był przeszkodą w osiągnięciu osobistego celu.
O ewentualnych skutkach i karach dla zespołu mówił Bogdan Jankowski. Ale Leszek CICHY miał silne argumenty w ręku. Miał niezwykłego partnera, młodego Krzyśka Wielickiego, byli wcześniej na Przełęczy Południowej, mieli dobrą aklimatyzację, szczyt formy, osobistą silną motywację, trzeźwą kalkulację, zaopatrzenie w tlen, żywność, paliwo, dostateczne zabezpieczenie powrotu...
Przy wielkim napięciu i nerwowych oczekiwaniach, 15 lutego przychodzi zgoda na "2 złote dni".
15 lutego, Leszek Cichy i Krzysztof Wielicki, po nieprzespanej nocy znajdowali się w ob. III, Leszek przyjął tę cenną wiadomość ze spokojem, może nawet z godnością.
On już od kilku dni dobrze wiedział co ma robić. I kiedy kilka godzin przed startem na przełęcz chciał ze mną rozmawiać, skrajnie zdenerwowany uciekłem od radiotelefonu! Bałem się tej rozmowy, bałem się życzyć im sukcesu! Wlazłem do namiotu, do śpiwora, zacisnąłem pięści i dopiero wtedy, w swojej ciszy, życzyłem mu żeby Im się udało, żeby ich nie opuściło szczęście, żeby wrócili!!!...
Bogdan Jankowski powiedział później - Leszek kazał ci przekazać, żebyś się nie denerwował, on zdobędzie Everest...
34 O11 - Leszek do bazy... Czy Andrzej Zawada i Rysiek Szafirski, byli wyżej przełęczy? Zostaw tam jedną redukcję, a ile jest pełnych nieużywanych butli, kiedy zaczęli schodzić z przełęczy Rysiek i Andrzej ?...
35- B05 - 15 lutego - ob. III do Bazy - (Leszek) co słychać z zezwoleniem, co słychać w kraju, co na Olimpiadzie? Oficer prosił Szarmę, żeby przedłużył termin o 2 dni i Szarma się zgodził, przewidują atak na 17 lutego. Krzysiek w tle krzyczy, żeby iść 16 lutego...
37 A-06 - 15 lutego. Baza do ob. II (Kocioł Zachodni). Zyga, powiedz mi, jak Krzysiek ocenia namiot RD-2 tylko tak krytycznie bez klarowania bez smarowania... Słuchaj, mnie się wydaje ,że najlepszą oceną namiotu jest to, że wszyscy którzy przychodzą do obozu, pchają się w te 2 szt. RD-2 które tutaj stoją, omijając Turnie. A te wszystkie uwagi krytyczne, trzeba wziąć pod uwagę, ale nie ma co się nimi przejmować. W każdym razie, nie ma żadnego porównania między RD-2 a Turnią.
Zyga, dziękuję Ci bardzo...
4. Start-cierpienie-zwycięstwo
Leszek Cichy i Krzysiek Wielicki z ob. III startują 16 lutego na Przełęcz Południową. W nocy temperatura spada do - 41 st.
O świcie 17 lutego, startują w kierunku szczytu... Napięcie w Bazie i obozach jest nie do zniesienia, życzenia nieprawdopodobne, jest cisza i cholerne oczekiwanie na najskromniejszą wiadomość. Jest tylko wiara, że idą do góry, wiadomości żadnych...
Za chwilę okaże się, że Baza ma radiowego pecha, ponieważ nie ma bezpośredniej łączności ze szczytem, łączność jest, ale za pośrednictwem obozu II, dobre i to... I wreszcie coś zachrobotało, zaskrzypiało w radiotelefonie...
Najpierw usłyszeliśmy piękny, dźwięczny, ale mocno ekscytowany głos Andrzeja Zawady z uprzejmym zapytaniem - halo, halo gdzie jesteście?
Leszek Cichy, spryciula i stary dowcipniś, zabawił się z Zawadą w kotka i myszkę i odpowiedział zapytaniem - Jak myślicie...?
Ale tego, podekscytowany Zawada nie usłyszał, ponieważ do siedzącego na szczycie Everestu Leszka wysyła uprzejmą odpowiedź - halo, halo nie słyszę... Nawet kolejna, czwarta!!! prośba Zawady, żeby odpowiedzieli gdzie łaskawie się znaleźli, nie odnosi skutku...
Ten na górze, zmarznięty, zmęczony pyta - czy nas słyszycie?... a ten, z namiotu RD-2 w ob. II, kolejny raz odpowiada - powtórz, nie słyszę... Dopiero za piątym podejściem, w tą i z powrotem "dosłuchano się", że są na szczycie...
Dopiero wtedy, nastąpił wybuch entuzjazmu Andrzeja, i bez dalszych pytań, było tylko słynne i wielokrotnie powtarzane hura, hura, są na szczycie... na szczycie!... Po tak wielkiej dawce wrażeń i entuzjazmu nikt, nawet Oni sami nie skojarzyli, że przed nimi wyrósł drugi Everest, że przed nimi jest jeszcze zejście ze szczytu, które nazywam DRAMATYCZNYM.
Z późniejszych relacji wynika, że Krzysiek doczłapał jakoś (nawet tyłem) na miejsce spotkania z odmrożonymi wcześniej, i dodatkowo pękniętymi przeszczepami palców u nóg. Natomiast Leszek, miał większą siłę woli, ponieważ nawet wczołgał się do namiotu...
A jednak spotkali się razem na Przełęczy Południowej... Spotkali się w ciepłym, życiodajnym namiocie, byli uratowani...
Ryszard 'Dyrektor' Dmoch