07/09/2026
Zapraszamy na przedpremierowy fragment! 😊
Inspirowana prawdziwymi wydarzeniami opowieść o kobiecie, której odebrano niemal wszystko, ale nie złamano jej ducha. O godności wystawionej na najcięższą próbę, i miłości matki, dla której nie ma granic.
"Niezłomna" Ewy Bauer to poruszająca beletryzowana biografia Mary Ann Bevan – pielęgniarki, kochającej żony i matki czwórki dzieci, której spokojne życie odmieniła postępująca choroba. Gdy los odebrał jej męża, zdrowie, urodę i możliwość wykonywania ukochanego zawodu, stanęła przed wyborem, którego nie powinien doświadczać żaden człowiek. Aby zapewnić przyszłość swoim dzieciom, zaczęła występować jako atrakcja jarmarków, narażając się na kpiące spojrzenia, śmiech i ludzkie okrucieństwo.
Jak wiele można poświęcić dla tych, których kocha się najbardziej?
Do lektury zaprasza Wydawnictwo Prozami.
Dziś na naszych łamach przeczytacie premierowy fragment książki "Niezłomna":
"Życie moje było z początku całkiem zwyczajne, nic nie zapowiadało wydarzeń, które sprawiły, że moje nazwisko stało się znane na cały świat.
Urodziłam się pięć dni przed Bożym Narodzeniem roku pańskiego tysiąc osiemset siedemdziesiątego czwartego w domu numer dwadzieścia przy Prince Street w Deptford, nieopodal dawnej Królewskiej Stoczni oraz Królewskiego Zakładu Zaopatrzenia Marynarki. Byłam drugim z ośmiorga dzieci Mary Ann i Jamesa Websterów.
W dniu, w którym się urodziłam, zaczął padać pierwszy śnieg tego roku. Moja matka wracała właśnie z rzeźni, gdzie udało jej się wytargować całkiem pokaźną sztukę mięsa w cenie zaledwie kilku żeberek, obładowana dodatkowo kilogramami warzyw z pobliskiego targu. Choć od kilku dni odczuwała pobolewania w dolnej części brzucha, liczyła, że zdąży jeszcze przygotować pieczeń na święta.
Jak mi opowiadano, mój pierwszy brat, William, wcale nie spieszył się z przyjściem na świat. Może wszechświat podpowiadał mu już wtedy, że życie nie jest sielanką. W końcu ciąża jednak musiała się zakończyć rozwiązaniem. W moim przypadku natomiast matka myślała, że ma jeszcze czas, spodziewała się mnie raczej po Nowym Roku.
Podobno rodzice byli zaskoczeni, że urodziła im się córka, więc gdy matka wzięła mnie na ręce, rozpłakała się.
– Jesteś idealna – szeptała przez łzy – taka delikatna. Chcę, żebyś w życiu miała łatwiej niż my. Żebyś nie musiała się codziennie martwić, czy starczy na jedzenie i opał. Nie chcę, żebyś żyła tak jak twój ojciec ani jak ja. Chcę, żebyś nie znała zimna i nie musiała się bać, czy będziesz miała czym zapłacić za czynsz. Chcę, żebyś miała zadbane dłonie nieskalane ciężką pracą i żebyś mogła żyć w czystości i porządku, a nie w brudzie i smrodzie. Żebyś potrafiła śmiać się swobodnie i patrzeć ludziom w oczy, nie spuszczając wzroku jak ktoś, kto cały czas czuje się nikim. Bo jeśli ty będziesz miała lepiej, to nasze starania nie pójdą na marne.
Moja matka była prostą kobietą, nie znała wielkich słów ani książkowych mądrości, ale w jej oczach było coś, co kazało lu dziom jej słuchać – spokój i upór kogoś, kto przeszedł wiele, a mimo to wciąż potrafił wierzyć w lepszą przyszłość. Nigdy nie narzekała głośno, nawet kiedy życie dawało jej w kość. Zawsze starała się znaleźć sposób, żebyśmy my, dzieci, mogli iść do przodu. Od najmłodszych lat dbała o naszą edukację, najpierw w szkółce niedzielnej, potem w szkole państwowej. Pilnowała, żebyśmy mieli przy sobie podręczniki, zeszyty i wszystko, co potrzebne do nauki, nawet jeśli to oznaczało, że sama musiała z czegoś zrezygnować. Dbała o nas, jak potrafiła najlepiej, a razem z ojcem starali się robić wszystko, byśmy nie odczuwali ciężaru ich codziennej walki o przetrwanie.
Na chrzcie, który odbył się w Kościele św. Pawła, otrzymałam imiona: Ann Mary Jane, po matce i babce od strony matki.
Z najmłodszych lat pamiętam spacery z ojcem po naszej dzielnicy. Kiedy miał czas, zabierał mnie i mojego starszego o rok brata Williama na nabrzeże Tamizy, do dolnej części Deptford, gdzie snuł opowieści o królewskiej stoczni założonej przez Henryka VIII ponad trzy stulecia wcześniej. W jego głosie słyszałam dumę, choć wówczas z dawnej świetności tego miejsca niewiele już pozostało. Oglądaliśmy zardzewiałe żurawie, puste nabrzeża, drewniane szopy po cieślach i kowalach. Do dziś pamiętam te opowieści. Daw niej stocznia była jednym z najważniejszych ośrodków przemysłu okrętowego w kraju, a przez pewien czas – nawet w całej Europie. Tutaj rezydował Zarząd Marynarki Wojennej, tu swoje interesy prowadziła Kompania Wschodnioindyjska, a przy nabrzeżach cu mowały okręty, o których mówiła cała Anglia. Ojciec pokazywał nam miejsce, gdzie niegdyś przybił słynny Golden Hind sir Francisa Drake’a po zakończeniu podróży dookoła świata.
Przez całe stulecia Deptford było sercem angielskiego szkutnictwa. Dzielnica miała wtedy surowy, portowy charakter. Ulice pachniały smołą, rybami i dymem z fabryk. Wąskie zaułki prowadziły w stronę rzeki, a z warsztatów i małych stoczni powstałych po zamknięciu królewskiego doku niósł się stukot młotów i zgrzytanie pił. W powietrzu unosił się zapach świeżo ciętego drewna i oleju do smarowania maszyn. Na nabrzeżu rybacy naprawiali sieci, a dzieci biegały między skrzyniami z węglem i beczkami soli, obserwując pracujących rzemieślników.
Królewską Stocznię w Deptford zamknięto oficjalnie w tysiąc osiemset sześćdziesiątym dziewiątym roku – pięć lat przed moim narodzeniem. Jej teren częściowo przejęła marynarka handlowa i prywatne przedsiębiorstwa, a wielu rzemieślników i robotników, w tym mój ojciec, musiało szukać nowego zajęcia. Czasem wspominał, jak ciężko było znaleźć pracę, gdy wszyscy znali tylko jeden fach, a miasto już nie tętniło tak życiem jak za dawnych lat.
Mój tata, James Webster, był piłowym przy maszynie parowej. Początkowo pracował przy drewnie wykorzystywanym do budowy statków. To było ciężkie zajęcie, głośne i męczące, ale dobrze płatne, dopóki stocznia nie upadła. Potem musiał szukać innych możliwości. Zatrudnił się przy mniejszych warsztatach wzdłuż Tamizy, gdzie pracował przy drobnych naprawach i przeróbkach drewna, ale pensja już nie była tak dobra. Mimo to nie chciał przenieść się do Rotherhithe w południowym Londynie, gdzie mieszkała jego rodzina i gdzie pojawiły się oferty pracy w dokach. Wolał zostać w Deptford, w miejscu, które pokochał i gdzie założył rodzinę, nawet jeśli oznaczało to trudniejsze życie i mniej pieniędzy.
Moja matka natomiast, Mary Ann z domu Killman, pochodziła właśnie z Deptford. Jej rodzice, James i Jane Killmanowie, mieszkali najpierw przy Peter Street, niedaleko Kościoła św. Pawła, w którym mama przyszła na świat i została ochrzczona.
Później rodzice przenieśli się bliżej Kościoła św. Mikołaja, starej parafii tuż przy nabrzeżu, wśród wąskich uliczek i domów robotniczych. Dziadek, James Killman, również pracował w Królewskiej Stoczni, gdzie zajmował się przygotowaniem i dopasowywaniem drewnianych elementów kadłuba statków. Każdego dnia spędzał wiele godzin przy ciężkich belkach i deskach, wdychając zapach smoły i trocin, a jego ręce były zawsze pokryte kurzem i olejem.
Killmanowie mieli pięcioro dzieci: trzech synów i dwie córki. Najstarsza, moja matka, przykuła uwagę ojca, kiedy odwiedzał dziadka w jego domu. Ojciec znał Jamesa Killmana z pracy. Razem spędzali długie godziny w stoczni, pomagając sobie nawzajem przy trudnych zadaniach, i szybko się zaprzyjaźnili. Kiedy ojciec przyszedł na Peter Street, żeby porozmawiać o sprawach związanych z pracą, poznał Mary Ann. Miała wówczas osiemnaście lat i pracowała jako praczka, codziennie wstając wcześnie rano, żeby prać ubrania i pościel dla zamożniejszych sąsiadów. Ojciec poprosił dziadka o jej rękę, a gdy ten zgodził się oddać mu swoją córkę, pobrali się dziesiątego lutego tysiąc osiemset siedemdziesiątego drugiego roku w Kościele św. Mikołaja w Deptford. Po latach, przeglądając rodzinne dokumenty, odkryłam, że mama nie potrafiła wtedy pisać, więc na dokumencie ślubnym złożyła jedynie krzyżyk, natomiast ojciec, który był wykształcony, podpisał się własnoręcznie. Świadkami ich ślubu byli przyjaciele rodziny, William i Amelia Andersonowie, którzy mieszkali niedaleko, i gdy przyszłam na świat, traktowałam ich jak wujostwo.
Po ślubie rodzice zamieszkali kilka ulic dalej, przy Prince Street, w małym ceglanym domu, w szeregu podobnych budynków. To tam przyszłam na świat. Pamiętam, że dzielnica, w której kiedyś budowano okręty królewskie, w moim dzieciństwie była pełna magazynów, warsztatów i skromnych domów robotniczych. Ulice wydawały mi się wąskie i kręte, a czasem docierał stamtąd stukot młotów albo odgłos pracujących maszyn. Zapachy dymu i smoły mieszały się z wonią ryb i czymś trudnym do określenia, a dzieci biegały po podwórkach, przewracając beczki i skrzynie.
Większość domów w naszym mieście wybudowali szkutnicy. Znali się na obróbce drewna i budowie statków, więc poradzi li sobie równie dobrze z domami z cegły. W tamtym czasie do Deptford przybywało wielu rzemieślników i miasto szybko się rozrastało. O tym wszystkim opowiadał mi dziadek Killman, gdy odwiedzałam go kilka razy w roku, już po naszej przeprowadzce do Plaistow, o której opowiem później. Pamiętam bardzo dużo z tych historii, choć nie jestem pewna, czy słyszałam je bezpośrednio od niego, czy może od ojca, jeszcze gdy mieszkaliśmy przy Prince Street.
Gdy podrosłam, lubiłam słuchać i czytać o miejscach kiedyś dla mnie ważnych, dlatego teraz mogę uzupełnić opowieści z dzieciństwa szczegółami, których wówczas nie byłam w stanie zapamiętać. Opowiadano mi na przykład, co doprowadziło do stopniowego zanikania przemysłu stoczniowego. Z biegiem czasu powstawały coraz większe statki, a stocznia, w której pracowała nasza rodzina, nie mogła już sprostać tym wymaganiom. W końcu ją zamknięto, a dla wielu miejscowych rodzin oznaczało to nagłą utratę źródła utrzymania.
Dowiedziałam się, że dziadek od najmłodszych lat spędzał czas w dokach. Najpierw przyglądał się pracy innych, potem angażował się w różne zajęcia przy statkach, a w ostatnich latach głównie konserwował maszyny. Jego opowieści o statkach budowanych lub modernizowanych w stoczni rozpalały moją wyobraźnię. Łatwo było poczuć się tak, jakbyśmy naprawdę przyglądali się słynnym żeglarzom i odkrywcom, którzy kiedyś przypływali w to miejsce. Jak już wspominałam, mój ojciec też był związany ze stocznią. Kiedy ją zamknięto, a praca w małych warsztatach przestała przynosić wystarczające dochody, zatrudnił się jeszcze w magazynach mary narki, ale i tam wkrótce stracił posadę. Nie dziwi więc, że kiedy miałam pięć lat, rodzice zdecydowali się przenieść do Plaistow w dzielnicy West Ham w hrabstwie Essex. Tam rozwijał się przemysł kolejowy i magazynowy, a praca dla rzemieślników i robotników była bardziej stabilna. Pamiętam, że rodzice mówili o tym z ulgą. Mieli nadzieję, że wreszcie nie będziemy musieli martwić się o codzienny byt.
Z czasów Deptford pamiętam też opowieści o codziennym życiu nad Tamizą: o zagrodach dla zwierząt, rzeźniach, targach bydła na dawnych terenach nabrzeżnych, które z czasem przekształciły się w hałaśliwe i śmierdzące miejsca. Pamiętam spacery wąskimi uliczkami wzdłuż rzeki, której brzegi porastała łąka. Często sobie wyobrażałam, że przy nabrzeżu cumuje statek, z którego schodzi sama Jej Wysokość Wiktoria. Podobnie do wielu dziewczynek w moim wieku marzyłam wtedy o spotkaniu królowej i o tym, żeby zobaczyć, jak wygląda życie na statku pasażerskim. W pamięci utkwił mi też szum wody, krzyki rybaków i odgłosy pracujących maszyn. Obrazy i dźwięki, które mieszały się w mojej wyobraźni, sprawiały, że rzeka wydawała się miejscem pełnym przygód.
W naszej rodzinie w podobnym do mnie wieku byli tylko chłopcy – mój brat i dwaj kuzyni, bo choć miałam kuzynki Elisabeth, Ellen i Lydię, były one kilka lat starsze, więc gdy ja bawiłam się lalkami, zajmowały się strojami i robótkami ręcznymi. O swoich marzeniach mogłam więc opowiadać tylko ojcu podczas nielicznych, ale za to wyjątkowo zapadających mi w pamięć wspólnych spacerów, albo dziadkowi Killmanowi, gdy bywałam w jego domu w Deptford. Pamiętam, że w takich chwilach czułam, że świat jest pełen możliwości, i choć byłam jeszcze dzieckiem, te rozmowy pozwalały mi na chwilę przenieść się w miejsca, o których marzyłam, i dzielić się wyobrażeniami, których nikt inny nie rozumiał tak dobrze jak oni.
Dziadek bardzo lubił opowiadać historie o dawnych czasach, najczęściej związane ze swoją pracą w stoczni. Jedna z nich szczególnie utkwiła mi w pamięci: o robakach okrętowych, które potrafiły zniszczyć cały statek, choć były tak małe, że trudno je było dostrzec.
– Widzieliście na nabrzeżu te deski, z których kiedyś budowano statki? – zaczął dziadek pewnego dnia, gdy siadałam z bratem przy stole. – Jeśli drewno nie jest dobrze zabezpieczone, w środku kryją się paskudne stworzenia, które mogą zrobić z niego sito!
William zmarszczył brwi.
– A jak one wyglądają, dziadku?
– Są oślizgłe, wiją się i rosną tak, że potrafią przedziurawić nawet kadłub – odpowiedział dziadek, rozkładając ręce, by pokazać rozmiar robaków. – Żywią się drewnem, szczególnie tym, które pływa w ciepłych morzach. Niszczą statki i pomosty, a robotnicy muszą je zwalczać, zanim zrobią spustoszenie.
– Fuj! – szepnęłam do siebie, wyobrażając sobie te paskudztwa wijące się w deskach. Zastanawiałam się, czy kiedykolwiek jeszcze stanę bosą stopą na pomoście.
– Dlatego pokrywa się kadłuby miedzią i smaruje smołą – ciągnął dziadek.
Obraz oślizgłych robaków prześladował mnie cały dzień. Duże zasługi w tym temacie miał mój starszy brat.
– Na twoim miejscu lepiej bym sprawdził, czy to, co masz w misce, to na pewno kluski – powiedział niewinnym głosikiem podczas obiadu. – Wydaje mi się, że się rusza i trochę przypomina to, o czym opowiadał nam dziadzia – rzekł ciszej, by siedzący nieco dalej przy stole ojciec go nie usłyszał.
Ze wstrętem odsunęłam talerz, gdyż odniosłam wrażenie, że mógł mieć rację.
– Annie, co ty robisz? Jedz! – odezwała się matka, widząc, że się krzywię na widok jedzenia. – Wsuwaj, raz, dwa!
Ponownie przysunęłam do siebie miskę, grzebałam jednak tylko łyżką, sprawdzając, czy aby nie dostało się tam jakieś niepożądane paskudztwo.
– Ann Mary! – Matka skarciła mnie wzrokiem. W naszym domu nie marnowało się jedzenia. W tym momencie jednak rozległ się płacz malutkiego Johnny’ego. Westchnęła i wstała od stołu, by utulić mojego młodszego brata.
Jej ton jednak zwrócił uwagę ojca. Patrzył bacznie to na mnie, to na Williama, ale nie mógł odgadnąć, o co nam chodzi.
Billy nieznacznie pokręcił głową na znak, bym nic nie mówiła. Obawiał się, że tata wyszarpie go za ucho, nie lubił bowiem głupich żartów, do których mój brat był skory. Wsadziłam kluskę do buzi, ale zamiast ją połknąć, czułam, jak rośnie mi w ustach. Do oczu napłynęły mi łzy.
– Annie? William?
Oboje spuściliśmy wzrok, a ja zmusiłam się, by połknąć jedzenie.
– Tato, czy mogę to zostawić? – wyszeptałam błagalnie. – Nie jestem już głodna.
Spojrzał na mnie, potem na syna, i domyślając się, że nie dowie się od nas nic więcej, pokiwał twierdząco głową.
– Dziękuję. – Odsunęłam miskę i wstałam od stołu. Już miałam ją wynieść do kuchni, gdy ręka Williama mnie uprzedziła. Nie czekając na pozwolenie, zaczął wyjadać pozostawione przeze mnie kluski.
– No co? – zapytał z pełną buzią jedzenia. – Nie jesteś głodna.
Czułam głód, ale było za późno, by powiedzieć prawdę. Tego wieczoru położyłam się spać z burczeniem w brzuchu. Poprzysięgłam sobie jednak, że zemszczę się na Williamie za to, co mi zrobił.
* * *
Podczas spacerów nad Tamizą i wśród wąskich uliczek Deptford, na które dziadek zabierał mnie i Williama, czułam całe bogactwo tego miejsca. Na nabrzeżu unosił się nie tylko wspomniany już przeze mnie zapach smoły, drewna i ryb, ale także woń pieczonego chleba z piekarni przy Grove Street. Słychać było stukot młotów w warsztatach, krzyki robotników przy wciąganiu bali drewna, śmiechy dzieci biegających wśród skrzyń i beczek, a po brukowanych ulicach jeździły wozy konne, turkocząc kołami.
Na nabrzeżu stały jeszcze niewielkie kutry i barki, a ja za każdym razem wyobrażałam sobie, że deski, z których są zbudowane, skrywają robaki okrętowe.
Często chodziliśmy do Kościoła św. Pawła, który dla mnie był czymś więcej niż tylko miejscem modlitwy. Stał się ważnym punktem w moim dziecięcym świecie, miejscem spotkań z innymi dziećmi i kopalnią opowieści o dawnym Deptford. Pamiętam, jak wchodziło się tam szerokimi schodami, mijając cylindryczną wieżę z jasnego kamienia, która wznosiła się nad półokrągłym portykiem z kolumnami, tworząc wielkie, majestatyczne wejście.
Kościół św. Pawła zbudowano w pierwszej połowie osiemnastego wieku według projektu Thomasa Archera w ramach Komisji Pięćdziesięciu Nowych Kościołów. Powstał, bo Parafia św. Mikołaja nie mogła już pomieścić wszystkich wiernych. Pamiętam też plebanię. Był to niezwykły, wielokątny budynek, który otaczał kościół. Choć w tysiąc osiemset osiemdziesiątym dziewiątym roku został zburzony i zastąpiony Osiedlem św. Pawła, w mojej pamięci zawsze pozostał taki, jakim widziałam go jako dziecko – majestatyczny, pełen historii i zawsze obecny w sercu Deptford.
Wokół kościoła było mnóstwo ciekawych zakamarków. Wąskie uliczki, których nazw nie pamiętam, z wyjątkiem Crossfield Lane, prowadziły prosto do świątyni, a za nią stała Kaplica Unitarian Baptystów. Mur, którym była otoczona, tworzył małą zieloną wyspę spokoju w środku miasteczka. Dla mnie to było miejsce pełne tajemnic.
Deptford na zawsze pozostało w moim sercu. Choć jako dziecko nie zdawałam sobie sprawy z trudności, z jakimi borykała się nasza rodzina, moje dzieciństwo było beztroskie. Nie miałam tylu obowiązków co moi bracia i kuzyni, a drobne przewinienia zwykle mi wybaczano. Dziewczęta, jak wówczas powszechnie uważano, nie potrafiły przewidzieć skutków własnych czynów. Byłam ciekawska i gadatliwa. Gdy coś mnie interesowało, zasypywałam rozmówców tysiącem pytań. Każdy spacer z rodzicami, każda wizyta u dziadków stawały się okazją do odkrywania świata: przyglądałam się ludziom, podglądałam pracę rzemieślników, obserwowałam, jak życie toczy się nad rzeką i w wąskich uliczkach dzielnicy. Nawet drobne rzeczy wywoływały we mnie fascynację i sprawiały, że świat wydawał się pełen nieskończonych możliwości.
Deptford pozostało moim ukochanym miejscem także dlatego, że dawało poczucie więzi z rzeką, z ludźmi, z historią, z własną rodziną. Wspomnienia z dzieciństwa nigdy mnie nie opuściły. Deptford, z jego brukowanymi ulicami, handlową High Street i wciąż obecnym duchem dawnej stoczni, zachowało się w mojej pamięci jako miejsce niemal magiczne. Nawet gdy los rzucał mnie w różne zakątki świata, wciąż marzyłam, że kiedyś wrócę do tego miasta, do domów z czerwonej cegły, do nabrzeża, do ulic, które w moich wspomnieniach tętniły życiem, pełne zapachów drewna, dymu i ryb, gdzie stukot młotów i szum rzeki mieszały się z codziennym zgiełkiem ludzi."