20/08/2026
To uczucie, gdy fantasy, które na początku wydawało mi się po prostu ciekawą historią o walce i niezwykłym świecie, zostaje ze mną na dłużej 😎
„W cieniu Gniewu” Adrianna Filimonowicz - strona autorska to pierwsza część cyklu „Złotokrwiści” i jedna z tych książek, przy których nie myśli się o tym, ile stron zostało do końca (chyba że z obawą). Po prostu chce się wiedzieć, co wydarzy się dalej.
A świat tej powieści zdecydowanie ma czym przyciągnąć. Od pierwszych stron rodziły się w mojej głowie pytania, na które szukałem odpowiedzi w kolejnych akapitach. Dodam, że niecierpliwie szukałem 😄 Autorka natomiast sprytnie te kawałki układanki rozmieściła, żeby podtrzymać zainteresowanie do samego końca, a nawet dłużej 😉
Gniew nie jest tutaj tylko nazwą. To potężna, nieprzewidywalna siła, która potrafi sprowadzać na ludzi kataklizmy, choroby i bitewny szał. Strach przed nim przez lata zbudował cały system zasad, wierzeń i rytuałów. Są złotokrwiści - wybrańcy Gniewu - którzy na arenach walczą w rytualnych pojedynkach, przelewając własną krew dla czegoś, co inni uznają za konieczne i święte.
I właśnie w tym świecie poznajemy Majsz i Wiriha.
Majsz, występująca na arenie jako Siwa, jest wojowniczką. Będąc dzieckiem trafiła do Schronienia, gdzie uczono ją walczyć, być posłuszną i tego, jaką rolę ma odegrać w świecie złotokrwistych. Jest oszczędna w słowach, zdystansowana i na pierwszy rzut oka bardzo chłodna. Tyle że im dłużej ją poznawałem, tym bardziej miałem wrażenie, że pod tą warstwą kryje się dziewczyna, która dopiero próbuje zrozumieć, czego właściwie chce od życia.
I chyba właśnie dlatego tak dobrze rozumiem jej wewnętrzny bunt.
Wirih jest jej przeciwieństwem. Wrażliwy, gadatliwy, lubiący opowieści, a jednocześnie zmęczony życiem, które ktoś dawno temu zaplanował za niego. Arena dla Majsz jest czymś znajomym. Dla niego to raczej koszmar, z którego chciałby się wyrwać.
Ich relacja była dla mnie jedną z najciekawszych części tej książki. Nie dlatego, że jest idealna - wręcz przeciwnie. Są między nimi napięcia, nieporozumienia, różne spojrzenia na świat. Czasem ich rozmowy wywoływały u mnie uśmiech, a czasem miałem ochotę powiedzieć im: „usiądźcie i wreszcie normalnie ze sobą porozmawiajcie”.
Ale dzięki temu ich relacja wydaje się prawdziwa.
I nie tylko oni zasługują tutaj na uwagę. Skal, Kaldira czy Nore nie są jedynie dodatkami do historii Majsz i Wiriha. Każda z tych postaci wnosi do opowieści coś własnego, a ich motywacje sprawiają, że trudno patrzeć na ten świat w prosty sposób: dobrzy kontra źli.
Bo „W cieniu Gniewu” bardzo nie lubi prostych odpowiedzi.
Punktem zapalnym całej historii staje się nadchodząca walka, w której Majsz ma zgładzić pojmaną buntowniczkę z Głusz. I właśnie tutaj zaczyna się robić naprawdę ciekawie. Majsz zaczyna podejrzewać, że wykonanie wyroku może uruchomić coś znacznie większego. Coś, czego nie da się już zatrzymać kolejną ofiarą.
Od tego momentu historia zaczyna coraz mocniej wychodzić poza samą arenę.
Pojawiają się pytania o władzę, posłuszeństwo, religię, tradycję i ludzi, którzy przez lata nauczyli się żyć według zasad, których właściwie nikt już nie odważa się podważać. I bardzo podobało mi się to, że autorka nie próbuje wszystkiego tłumaczyć wprost. Sporo rzeczy odkrywałem razem z bohaterami.
To wymagało ode mnie trochę uwagi, ale jednocześnie sprawiało dużą frajdę.
Podobało mi się również to, że fantasy nie zostało tutaj sprowadzone do smoków, zaklęć i efektownych pojedynków. Zamiast tego dostajemy złotą krew, Gniew, rytuały, kapłanów, polityczne rozgrywki i ludzi próbujących znaleźć swoje miejsce w systemie, który coraz wyraźniej zaczyna się chwiać.
I im dalej czytałem, tym bardziej dochodziłem do wniosku, że pod płaszczem fantasy kryje się całkiem mocna opowieść o wolności.
O tym, co się dzieje, kiedy całe życie ktoś mówi nam, kim mamy być.
O tym, jak trudno przeciwstawić się zasadom, które wszyscy wokół uważają za oczywiste.
I o tym, że bunt nie zawsze oznacza, że wiemy, dokąd właściwie chcemy dojść.
Początek wymagał ode mnie chwili, żeby wejść w ten świat i jego zasady. Ale kiedy już się w nim znalazłem, zdecydowanie nie chciałem z niego wychodzić.
Najbardziej cieszy mnie jednak to, że po zamknięciu książki nie pomyślałem: „fajna historia”.
Pomyślałem: co będzie dalej z Majsz i Wirihem?
A jeśli pierwszy tom cyklu potrafi zostawić mnie z takim pytaniem, to znaczy, że Adrianna Filimonowicz stworzyła dobrą historię.
„W cieniu Gniewu” to fantasy, które warto czytać nie tylko dla świata, ale przede wszystkim dla ludzi, którzy próbują w nim przetrwać.
Ja kupuję ten świat 🤩
I zdecydowanie zostaję na dłużej 💛
Dziękuję wydawnictwu Pulp Books za możliwość zrecenzowania tej historii 🥰