Globusik

Globusik Oficjalny nieregularnik Koła Geografów UJ. Numery w wersji pdf dostępne poniżej 👇 Nieco awangardowy nieregularnik geograficzno-podróżniczy z nutką satyry.

Naszą misją jest popularyzacja tajnik nauki, informowanie, co w IGiGP UJ piszczy i nieustanne krzepienie ludzkich serc. REDAKCJA
- Redaktor naczelny - Franciszek Ptak ([email protected])
- Wiceredaktor naczelny - Julian Skórski ([email protected])

oraz
Tonya Banasik, Julianna Bieńkowska, Marta Borek, Emilia Gorke, Milena Łepki, Bartłomiej Rosłaniec, Leon Stachucy.

Drodzy Czytelnicy, Fani i Krytycy! ✍️ Choć do końca semestru pozostało jeszcze trochę czasu, to w powietrzu czuć, iż lat...
11/05/2026

Drodzy Czytelnicy, Fani i Krytycy!

✍️ Choć do końca semestru pozostało jeszcze trochę czasu, to w powietrzu czuć, iż lato zbliża się wielkimi krokami. Dlatego też ruszamy z pracą nad nowym, przedwakacyjnym numerem – serdecznie ZAPRASZAMY WAS do przyłączenia się do grona autorów!

✍️ Przyjmujemy zarówno różne teksty o tematyce okołogeograficznej, łamigłówki, krzyżówki, ogłoszenia, ilustracje, projekty okładki i wszelkie inne ciekawe pomysły, które Wam przyjdą na myśl. Materiały można nadsyłać na adres [email protected] najpóźniej do 31 MAJA. W razie pytań prosimy o kontakt na ten sam adres.

Grafika w tle: Unsplash.

08/05/2026

FESTIWAL PIOSENKI GEOGRAFICZNEJ 2026 🌍

W tegorocznej edycji Festiwalu 7 osób występowało i prezentowało geograficznie ukierunkowane piosenki:
🎵Julian Skórski: "Umówiłem się dziś z promotorką".
🎵Marta Borek & Julianna Bieńkowska: "Geo-opowieści".
🎵Wojciech Olsza: "Krakowska Odyseja".
🎵Milena Łepki: "Lubię wracać na Instytut".
🪗Franciszek Ptak: "Singapur".
🎸Anna Mykych: "Country Roads (Byle nie GIS)".

Poza tym pod batutą profesora Balona odśpiewaliśmy wzniosły geograficzny hymn o kondorach. Profesor wykonał dla nas jeszcze kilka piosenek na gitarze, jedną śpiewając w dwugłosie z Małżonką. Teksty wszystkich piosenek zamieścimy w numerze przedwakacyjnym. :)

🎥 Nagrania: Maciej Szlachcic, Leon Stachucy.

FESTIWAL PIOSENKI GEOGRAFICZNEJ JUŻ ZA NAMI! 🌍🎶 Wczoraj wieczorem w instytutowym refektarzu odbyła się kolejna edycja wy...
07/05/2026

FESTIWAL PIOSENKI GEOGRAFICZNEJ JUŻ ZA NAMI! 🌍

🎶 Wczoraj wieczorem w instytutowym refektarzu odbyła się kolejna edycja wydarzenia od lat jednoczącego serca geografów spragnionych muzycznych wrażeń. Mimo złośliwości losu, który tuż przed Festiwalem sprowadził na krakowską sieć tramwajów paraliżującą awarię wszyscy wykonawcy i widzowie dotarli na miejsce zdarzenia cali i zdrowi.

🎶 Poza studentami swoją obecnością zaszczycił nas profesor Jarosław Balon wraz z Małżonką, którzy również przyłączyli się do wspólnego koncertowania i śpiewania. Ostatecznie spośród 6 występujących głosowanie publiczności wyłoniło trójkę zwycięzców: Milenę Łepki, Franciszka Ptaka i Juliana Skórskiego. Gratulujemy i dziękujemy wszystkim śpiewaczkom, śpiewakom i widzom, którzy byli wczoraj z nami – to Wy tworzycie ten Festiwal!

Więcej relacji z wydarzenia pojawi się już niedługo... 🎸

📸 Zdjęcia: Maciej Szlachcic, Bartłomiej Rosłaniec

ŚWIDNICKA GWIAZDA SKANALIZOWANEGO ŚWIATAWiceredaktor (naczelny) Julian Skórski opisuje najzabawniejszą atrakcję rodzinne...
30/04/2026

ŚWIDNICKA GWIAZDA SKANALIZOWANEGO ŚWIATA
Wiceredaktor (naczelny) Julian Skórski opisuje najzabawniejszą atrakcję rodzinnego miasta w myśl „nic co ludzkie nie jest nam obce”...

👉 Świdnica... to urokliwe miasteczko na Przedgórzu Sudeckim kojarzyć się może wielu z wpisanym na listę światowego dziedzictwa UNESCO Kościołem Pokoju, niektórym z monumentalną gotycką katedrą św. Stanisława i św. Wacława, a nielicznym nawet ze zlokalizowaną tam fabryką Colgate-Palmolive (do tego jednak trzeba być prawdziwym pasjonatem, takim jak mój dentysta ze Skawiny). Mało kto domyśliłby się, że to średniowieczne miasto może skrywać tak brudny sekret...

👉 Srol. Srajludek. Bolek Myśliciel. Wiele ma imion, jednak najprościej określić go zgodnie ze czcigodną Wikipedią: Pomnik Srającego Chłopka w Świdnicy. Nawet zaznajomieni z Jego Osobliwością mogą mieć problem ze znalezieniem tego unikatu – jest oddalony od rynku o około 4 kilometry, na trasie Świdnica-Żarów, nieopodal wsi Sulisławice. Chcąc złożyć mu wizytę, nieustraszony dolnośląski piechur musiałby przedrzeć się przez sympatyczne, aczkolwiek posiadające nie do końca rozwiniętą sieć chodników Osiedle Zawiszów. Skąd jednak Chłopek się wziął i dlaczego załatwia swoje potrzeby fizjologiczne tak daleko od bijącego serca Świdnicy?

👉 Pomnik bynajmniej nie jest żartem z ostatnich lat. Powstał on już w latach 1934-1936 wraz z nowoczesną biologiczną oczyszczalnią ścieków znajdującą się wówczas przy ulicy Komunalnej. Przez wiele lat pasjonaci lokalnej historii uznawali, że ta betonowa figura została wzniesiona jako żart robotników, jednak nic bardziej mylnego! W 2022 roku nowych informacji dostarczył pan Krzysztof z Wrocławia, który rozwiązanie zagadki odnalazł na zabytkowej pocztówce. Otóż okazało się, że twórcą “Cwaniaczka” był Herman Dubois, niemiecki rzeźbiarz; artysta pozostawił po sobie w Świdnicy wiele innych dzieł, między innymi płaskorzeźby na budynku II Liceum Ogólnokształcącego czy obecnej Państwowej Szkoły Muzycznej.

👉 Sądząc po wieku, można stwierdzić, że Srajludek siedzi niewzruszony, w końcu z odsłoniętymi czterema literami przetrwał nawet II wojnę światową... Nie byłaby to jednak cała prawda. W roku 1992 w odpowiedzi na rozrastanie się Świdnicy otwarto nową oczyszczalnię ścieków, znacznie dalej od centrum miasta. Wraz ze Świdnickim Przedsiębiorstwem Wodociągów i Kanalizacji przeniesiono i Chłopka, przez co pozostaje on w swoim naturalnym środowisku, tuż obok nieco smrodliwej oczyszczalni, a cała ta przeprowadzka udowadnia, jak ważny jest dla mieszkańców. Dowód na wartość pomnika est jeszcze jeden: próba ponownego jego przeniesienia w 2016 roku, tym razem na Plac Św. Małgorzaty, w bezpośrednim sąsiedztwie rynku. Był to pomysł radnych, którzy w rzeźbie dostrzegli potencjał turystyczny, jednak projekt został stanowczo odrzucony przez pracowników oczyszczalni, uznających “Srola” za ważny jej symbol.

👉 Zainspirowanych historią Srajludka odsyłam do opracowań Mariana Twardowskiego zamieszczonych na portalu Świdnica Moje Miasto oraz na stronie Świdnickiego Przedsiębiorstwa Wodociągów i Kanalizacji. Mniej zainteresowanych pożegnam zaś wesołą refleksją pewnego pana, znalezioną wśród wielu opinii google:

“Kupa radości i śmiechu na sam widok tego nietypowego pomnika. Zatwardzenie jest raczej ogromne, bo chłopek nadal tu siedzi...”

📷 Na zdjęciu: autor reportażu z szanownym Srajludkiem.

NAJDALSZE Z MIAST: ROZDZIAŁ IIFranciszek Ptak odsłania kolejną część swojego szkatułkowego opowiadania... ✍️Algierska me...
28/04/2026

NAJDALSZE Z MIAST: ROZDZIAŁ II
Franciszek Ptak odsłania kolejną część swojego szkatułkowego opowiadania... ✍️

Algierska medyna powoli budziła się do życia. Choć słońce już od kilku godzin wznosiło swoją złotą tarczę nad okolicznymi wzgórzami mieszkańcy niespecjalnie kwapili się opuszczać swoich domostw. W tych upalnych i suchych stronach wieczór jest bowiem prawdziwym ukojeniem, głęboką studnią, która swoją rozkosznie chłodną wodą gasi pragnienie i trud codziennego znoju. Plątanina uliczek wypełniła się światłem, a drobni sprzedawcy niespiesznie, ale z namaszczeniem odsłaniali witryny swoich sklepów, jakby kultywując jakiś niezwykły rytuał.

Tego dnia Charles zdecydował się wkroczyć do algierskiego labiryntu. W ręce trzymał papierowy plan, na którym oznaczył ołówkiem swój cel – starą herbaciarnię. Szybko jednak okazało się, że opanowanie skomplikowanego układu wąskich uliczek, wiodących stromo w górę, schodzących w dół, co chwila rozgałęziających się na wiele stron, czasem tworząc przy tym ciasne, ciemne tuneliki nie jest wcale łatwym zadaniem.

Po godzinnym marszu miał wrażenie, że już kilkukrotnie minął tą samą, ozdobioną mauretańską ceramiką studnię na rogu. W drodze spotykał mieszkańców medyny, którzy, co jakiś czas odrywali uwagę od swoich codziennych spraw i spoglądali za nim z zainteresowaniem. Nic zresztą dziwnego, wielce prawdopodobne, iż Charles był jedynym Europejczykiem, jaki tego dnia odwiedził tą dzielnicę. Sam jednak całkowicie pochłonięty kontemplacją mapy nie zważał zbytnio na ludzi. Po jakimś czasie zmęczył się i przysiadł na chwilę przy studni, dziwnie podobnej do tej, którą już wcześniej widział.
– Czy szuka pan drogi? – odezwał się głos.
Młodzieniec wzdrygnął się. Nie spodziewał się usłyszeć tutaj swojego ojczystego języka. Spojrzał w bok i dostrzegł sprzedawcę, który stał przy niewielkim kramie z owocami.
– Właściwie tak – wyjąkał – czy wie pan może, jak dotrzeć do herbaciarni o tej nazwie?
To mówiąc wstał i wskazał palcem na plan miasta.
– Ależ oczywiście – rzekł uprzejmie sprzedawca – trzeba pójść schodkami, które znajdują się tuż na prawo, za studnią. Łatwo je przeoczyć, chyba już dwukrotnie minął je pan przez ostatnie pół godziny.
– Ach, rozumiem. Dziękuję, ale chyba źle mnie pan zrozumiał. Schodki minąłem celowo, chciałem dojść tam okrężną, ale bardziej atrakcyjną drogą – powiedział Charles nieco zawstydzony.
– Zapewniam pana, iż ta trasa jest nie mniej urokliwa, a co najważniejsze, najkrótsza – uśmiechnął się sprzedawca.
Młodzieniec więc wstał i skłoniwszy się delikatnie podążył w stronę wąskich schodków.

Po około 15-minutowym spacerze jeszcze ciaśniejszym systemem uliczek Charles dostrzegł starą herbaciarnię. Mac Carthy zapewnił, iż rabin Aby Serour odwiedza ją niemal codziennie około południa, toteż naturalnie było to najlepsze miejsce do spotkania. Wystrój lokalu był ze wszech miar staroświecki. Drewniany, nieco zniszczony daszek okrywał kilka stolików, stojących pod dużymi oknami o orientalnym wykroju i matowych różnobarwnych szybkach, a przez otwarte drzwi było widać pogrążone w półmroku wnętrze. Stamtąd dobywała się prawdziwie egzotyczna feeria zapachów, które przyprawiły Francuza o zawroty głowy. Na zewnątrz nie było nikogo, więc wszedł do środka.

Przy drewnianych stolikach siedziało jakieś kilkanaście osób rozproszonych w różnych częściach pomieszczenia. Największą uwagę przykuwała grupa mężczyzn o srogich wyrazach twarzy, którzy zajęci byli grą w karty. Powietrze wypełniała aksamitna woń sziszy. Gdy Charles wkroczył do środka, kilku z nich spode łba rzuciło w jego stronę nieufne spojrzenia. Niepewnie podszedł do kontuaru i zapytał sprzedawcę, czy przyjdzie tu dziś rabin Aby Serour. Tamten odrzekł, iż ten jest na miejscu i już od jakiejś godziny oczekuje gościa. To mówiąc poprowadził go po zadziwiająco ciasnych schodkach do pokoju mieszczącego się jeszcze głębiej. Młodzieniec dostrzegł w wątłym żółtawym świetle, sączącym się z jednego maleńkiego okienka brodatego mężczyznę w średnim wieku z jarmułką na głowie. Zamyślony spoglądał w niewielką niszę pod parapetem, trzymając w ręce szklankę zielonej herbaty z miętą.
– Mordechaju, twój gość już dotarł – oznajmił właściciel.
Rabin wzdrygnął się i spojrzał w stronę przybyłych.
– O, dzień dobry, panie de Foucauld. Obawiałem się, że pan dziś nie przyjdzie, dochodzi pierwsza po południu…
– Najmocniej przepraszam – odezwał się Charles – miałem pewien problem z mapą, którą otrzymałem od Mac Carthy’ego. Nie umiałem początkowo odnaleźć drogi, ale zdrowy rozsądek w czas podpowiedział mi właściwą trasę, to moje niedopatrzenie.
– Nic nie szkodzi – rzekł rabin – proszę usiąść, może również pan się napije zielonej herbaty? Wszystko na mój koszt, jest pan przecież moim gościem.
– Dziękuję, w zasadzie z chęcią, ale naprawdę nie musi się pan kłopotać.
Rabin w milczeniu uchwycił srebrny czajnik za rączkę i unosząc go na znaczną wysokość nalał gorącego płynu do drugiej szklanki tak, tak że się zapienił.
– Przejdźmy do rzeczy, przyjacielu – powiedział cicho – Mac Carthy mi przekazał, iż zamierza pan dotrzeć do słabo poznanych części Maroka. To odważna decyzja, zważywszy, że jest pan Francuzem. Dlatego też pozwolę sobie na pytanie, czego właściwie pan oczekuje od tej podróży?
– Pragnę poznać nowe oblicza świata, które dotąd były zakryte przed moimi braćmi – rzekł po namyśle Charles – wykonać szereg badań naukowych, a nade wszystko doświadczyć uciesznej przygody, jaka być może przyniesie mi sławę.
– Jest pan ambitny, to mi się podoba. Entuzjazm i jasny cel to najlepsi sprzymierzeńcy podczas wypraw. Jednak musi pan wiedzieć, iż niemniej istotna jest także wytrwałość. Konieczne będzie podjęcie specjalnych przygotowań, pewnych wyrzeczeń i poświęceń.
– Jakież to specjalne przygotowania rabin ma na myśli?
Mordechaj spojrzał na młodzieńca poważnie.
– Nie można tam podróżować w taki sposób, do jakiego pan zapewne przywykł. Trzeba się zakamuflować, wtopić się w otoczenie. To oznacza nie tylko naukę języka arabskiego i hebrajskiego, by móc porozumieć się z wyznawcami islamu i judaizmu, którzy w głównej mierze składają się na tamtejszą ludność. Konieczna jest zmiana pańskiego wyglądu na czas wyjazdu.
– Czy zatem pan sugeruje, że powinienem przebrać się za krzywonosego brodacza w jarmułce rodem z parafialnych jasełek? – spytał z przekąsem Charles.
– Mniej więcej – odpowiedział zupełnie poważnie rabin – musi pan, jak najbardziej dopasować się do otoczenia, a jako że sam będę pełnił rolę przewodnika najlepiej się stanie, jeśli upodobni się pan właśnie do Żyda. Proszę się nie niepokoić, wprowadzę pana w nasze obyczaje, bo ważne jest, by również je pan przyswoił.
To ostatnie Mordechaj powiedział, dostrzegając niewyraźną minę młodego Francuza. Nie zdawał sobie jednak sprawy, iż tamten żywił liczne uprzedzenia wobec Żydów, których zawsze miał za lud zabobonny i zacofany. Dlatego też prośba rabina była mu nie w smak.
– Hm, tę sprawę muszę rozważyć – rzekł – przybranie innej twarzy na tak długą podróż to jednak sprawa odpowiedzialna. Natomiast naukę języków z pewnością rozpocznę lada dzień.
– Oczywiście, młody człowieku – powiedział ciepło rabin – rozumiem, że przybranie obcej tożsamości jest dla pana wyzwaniem, mamy jednak czas. Zacznijmy od tego, że zaprzestanie pan golenia zarostu. W ciągu kilku miesięcy pańska broda osiągnie odpowiednią długość.
Młodzieniec uśmiechnął się delikatnie i podniósł do ust szklankę z herbatą.

* * *
W pewnym oddaleniu, kilkaset metrów przed Kajsem i Dżibrilem rozjarzył się ciepłym światłem jakiś niewielki punkcik. W miarę zbliżania się do niego brnąc po kostki w chłodnej wodzie stawał się coraz bardziej wyraźny. Nagle ich oczom ukazał się niewielki drewniany pomost, na którym żarzyła się lampa olejna. Zacumowana była przy nim niezwykle wąska i długa łódź z ostro zadartymi ku niebu dziobem i rufą. W pobliżu nie było widać żywej duszy, co więcej, Kajs nigdzie nie umiał dojrzeć ścieżki, prowadzącej do tej przystani w gęstych zaroślach oleandrów i figowców. Dżibril w milczeniu dał mu do zrozumienia by chwilę poczekał, po czym sam wkroczył na pomost, opuścił się zręcznie do łódki i odwiązał cumę.
– Czy jesteś gotów, Kajsie?
Młodzieniec skinął głową. Wpełzł niezdarnie na drewniane podwyższenie i chwyciwszy dłoń swojego przewodnika usiadł z przodu. Gdy Dżibril odepchnął się długim wiosłem od nabrzeża poeta jeszcze raz spojrzał w górę rzeki, w kierunku swojego rodzinnego miasta. Wtedy przypomniał sobie o Lajli i przeląkł się. “Nie mam żadnej pewności, kiedy powrócę. A nuż ona zdąży zupełnie zapomnieć o mnie podczas tej nieobecności?”, medytował. Wsadził rękę do kieszeni dżelaby, ostrożnie wyciągnął pomięty kawałek papirusu i pióro. Zaczął pisać:

Jakaż cisza w figowców gęstwinie,
Niepewnym krokiem zdążam w niemocy.
Błyszczący sztylet pytań mnie nie minie,
Gdy zapłonie szereg świec pośród nocy.

Przyjaciółko, jak odnowić tamte chwile,
Gdy choć bliski Twych życzliwych dłoni byłem
Nie zdołałem wypowiedzieć cierpień cichych,
Którem skrył nieufny pośród krzewin lichych?

Wspomnienie Ciebie trwa wciąż we mnie żywe,
Mglisty obraz wonnych ketmii zarośli,
Gdym szeptał słowa one niemożliwe:
“Dzień mój wyrywasz z objęć ciemności!”

Teraz, wszakże odejść muszę, tego nie pojmuję,
Wiedz jednak, że powrócę, na zawżdy Cię miłuję.

Odstawił pióro. Rzucił niepewnie okiem na Dżibrila. Tamten jednak miał oczy utkwione, gdzieś w dali. Kajs złożył papirus w prowizoryczną łódkę i wrzucił ją ostrożnie do rzeki. W świetle latarni zawieszonej na dziobie jeszcze przez chwilę obserwował, jak jego list odpływa w kierunku szumiącego w dali oceanu.
CIĄG DALSZY NASTĄPI...

Autor ilustracji: Franciszek Ptak

MIASTO NUMERU – RYKIMilena Łepki i Bartłomiej Rosłaniec zabierają Czytelników w kolejną podróż po mapie polskich nieoczy...
26/04/2026

MIASTO NUMERU – RYKI
Milena Łepki i Bartłomiej Rosłaniec zabierają Czytelników w kolejną podróż po mapie polskich nieoczywistości...

Najdrożsi Czytelnicy!
W drugiej części cyklu „Miasto Numeru” pragniemy przedstawić Wam Ryki – to urokliwe powiatowe miasteczko w województwie lubelskim skrywa wiele tajemnic czekających na odkrycie przez wytrwałych podróżników!

👉 Pod względem fizycznogeograficznym Ryki położone są w mezoregionie Wysoczyzna Żelechowska, makroregionie Nizina Południowopodlaska, podprowincji Niziny Środkowopolskie, prowincji Niż Środkowoeuropejski, megaregionie pozaalpejska Europa Środkowa na planecie Ziemia w galaktyce Droga Mleczna. Administracyjnie miasto lokuje się w pobliżu granicy z województwem mazowieckim i jest siedzibą powiatu ryckiego.

👉 Ryki otoczone są licznymi stawami hodowlanymi – nie bez powodu miasto cieszyło się niegdyś mianem „Stolicy Karpia”. W pogodny dzień można tu miło spędzić czas, na przykład nad Stawem „Karol”. To prawdziwa gratka dla miłośników wędkowania! Podczas relaksu dobrze jest coś przekąsić – na przykład ser. Może Ser Rycki? Tak, to właśnie stąd pochodzi ów ceniony wyrób kulinarny dostępny na półkach sklepowych w całym kraju . W Rykach do dziś funkcjonuje Spółdzielnia Mleczarska. Znajduje się tu także sklep firmowy, w którym można zakupić wytwarzane w niej przysmaki.

👉 Na miłośników historii czekają w Rykach liczne zabytki. Znajdziecie tam między innymi neogotycki kościół (w jego wnętrzu podziwiać można obraz Leona Wyczółkowskiego), dawna synagoga, a także piękny pałac (obecnie siedziba Centrum Kultury i Sportu). Pałac ten niegdyś należał do Stanisława Poniatowskiego herbu Ciołek – ojca króla Polski Stanisława Augusta Poniatowskiego – który zmarł właśnie w Rykach w 1762 roku i został tam pochowany.

👉 Z Rykami związanych jest jednak znacznie więcej znanych osobowości. Na TikToku możecie znaleźć profil „Lewiatan Ryki”, na którym pokazywane są przepisy kulinarne mieszkanki miasta – Pani Danusi. W mieście urodziło się także wielu polityków.

👉 Miłośnicy wydarzeń kulturalnych również znajdą tu coś dla siebie. W miejscowości Bobrowniki położonej w gminie Ryki, co roku odbywa się Festiwal Kultury Ludowej „Sobótka Nad Wieprzem”. Rokrocznie przyciąga on rzesze fanów z całego powiatu i okolic. Wydarzenie zawsze organizowane jest w drugiej połowie czerwca – to świetna opcja, aby nieco zrelaksować się w trakcie letniej sesji!

Mamy nadzieję, że zainspirowaliśmy Was do odwiedzenia Ryk! W kolejnych numerach pokażemy Wam jeszcze więcej nieoczywistych polskich miast!

📷 Na zdjęciu: pałac Poniatowskich w Rykach (źródło: www.ryki.pl).

SKĄD SIĘ BIORĄ NAZWY MINERAŁÓW?Przypominamy debiutancki tekst Alicji Wachowiak i Łukasza Barana...Wiemy, że geologia i p...
13/04/2026

SKĄD SIĘ BIORĄ NAZWY MINERAŁÓW?
Przypominamy debiutancki tekst Alicji Wachowiak i Łukasza Barana...

Wiemy, że geologia i pokrewne jej nauki nie są faworytami naszych kolegów po fachu. Musicie nam jednak wierzyć, że skały i minerały potrafią być naprawdę kuriozalne! W związku z tym przygotowaliśmy dla Was kompilację dziesięciu ciekawych minerałów o dziwacznych nazwach. Smacznego!

💎 Jak się nazywa minerały?

Zapamiętywanie nazw minerałów bywa niezwykle uciążliwe, niektóre trudno jest z czymkolwiek skojarzyć! Czy faktycznie naukowcy wymyślają je na pohybel biednym studentom nauk przyrodniczych? Oczywiście, że nie. Tradycyjnie minerały nazywa się od:

- Słów greckich lub łacińskich: już w starożytności wydobywano surowce, a żeby było wiadomo, o jaką skałę chodzi, nadawano specyficzne nazwy od jej właściwości, przeznaczenia, lub podobieństw do innych okazów.

- Lokalizacji: pierwszego odkrycia minerału lub od typowej lokalizacji najlepszych okazów.

- Nazwisk: nierzadko minerały noszą nazwy pochodzące od nazwisk ich odkrywców, lub zasłużonych kolekcjonerów, odkrywców, czy inwestorów.

Nowo utworzona nazwa minerału, musi zostać zatwierdzona przez IMA (International Mineralogical Association). Organizacja ta ma na celu m.in. ujednolicanie nazewnictwa geologicznego na całym świecie .

Skoro poznaliście już podstawy, to zapraszamy do meritum:

💎 Bloodstone (pol. krwawnik) – a bardziej profesjonalnie heliotrop, to zlepek skrytokrystalicznej1 krzemionki (SiO2) o ciemnozielonym kolorze z czerwonymi kropkami. Od tych czerwonych punkcików wziął swój przydomek krwistego kamienia. Czy to krew studentów, którzy nie zdali mineralogii? Być może, ale bardziej prawdopodobna hipoteza mówi , że to inny minerał – hematyt – lub zabarwiony na czerwono jaspis.

Skąd ten heliotrop w takim razie? Ów słowotwór pochodzi od starogreckiego słowa ἥλιος (hḗlios) „słońce” i τρέπειν (trépein) „odwracać”. Starożytni wierzyli, że krwawnik zanurzony w wodzie utrwala słońce jako krwistoczerwone kropki. Rzymski historyk Pliniusz pisał, że wyjęty z wody „zatrzymuje” światło słoneczne niczym lustro i posiada zdolność wykrywania zaćmień Słońca.

💎 Agat mszysty – którego nazwa wbrew pozorom nie wywodzi się od małych zielonych pluskwiaków, podle plądrujących uprawy Waszych babć, a od jego zbliżonej do koloru mchu barwy. Agaty to wielobarwne odmiany chalcedonu (a więc skrytokrystalicznej krzemionki – SiO2) o charakterystycznej, wstęgowej budowie. Agat mszysty odznacza się jednak odmienną budową, ale chyba nikomu to nie przeszkadza. Od innych kwarców i krzemionek możemy go rozróżnić po białym i/lub przeźroczystym kolorze, rozciętym przez inkluzje2 innych minerałów (np. hornblend lub chlorytów), które wyglądają jak mech leśny. Minerał ten jest prawdziwym ulubieńcem gemmologów3, kolekcjonerów i zodiakar.

💎 Taconite – czy to minerał, który w piątki leży w wannie? Po pierwsze to nie minerał, tylko skała. Po drugie, niestety nie jest to Taco referencja, gdyż nazwa w dużym skrócie4 wywodzi się od pasma górskiego Taconic Mountains w Appalachach. Takonit jest rudą żelaza niskiej jakości, należącą do skał osadowych i zawiera ponad 15% żelaza i 51% krzemu. Może się wydawać, że 15% to dość mało, ale tak naprawdę jest to minimalna uznawana wartość; zazwyczaj osiąga ona ok. 30% Fe, a w paśmie górskim Mesabi w Minessocie znaleziono taconity o zawartości nawet 65%.

💎 YAG / cyrolit – granat itrowo-aluminiowy o wzorze Y3Al5O12. W zasadzie ponownie nie mamy do czynienia z minerałem, ponieważ YAGi są wytwarzane syntetycznie i nie posiadają swojego odpowiednika w przyrodzie (a przynajmniej jeszcze go nie odkryto); powstały w wyniku radzieckiej próby stworzenia alternatywy dla diamentów. Na szczęście dla gemmologów da się je rozróżnić, ponieważ cyrolity charakteryzują się większą gęstością i mniejszą twardością. Są też używane w przemyśle jako ośrodek czynny w laserach opartych na ciele stałym, cokolwiek to znaczy. No cóż, także soku z gumiYAGód się nie zrobi (hihi), ale za to można taniej zdobyć pierścionek zaręczynowy dla osoby partnerskiej!

💎 Haüyn – krążą plotki, że umiejętność poprawnego wypowiedzenia tej nazwy wiąże się z koniecznością podpisania Volkslisty. Upamiętnia ona Renégo-Justa Haüya, który jako pierwszy opisał ten minerał w skałach wylewnych Wezuwiusza. Był on francuskim mineralogiem, ojcem współczesnej krystalografii, którego nazwisko (pochodzące z języków germańskich) zostało w ten sposób upamiętnione w 1807 roku, jeszcze za życia uczonego. Haüyn jako minerał należy do grupy sodalitu, jest cenionym kamieniem jubilerskim ze względu na intensywnie granatową barwę, a także rzadkość występowania – powstaje jedynie jako minerał towarzyszący w alkalicznych skałach magmowych, głównie wylewnych. Na terenie Polski, znajdziemy go wyłącznie w Sudetach (podobnie jak wszystkie inne ciekawe kamyki :/).

Słowem podsumowania, nazwy choć szalone, nie biorą się znikąd. Potrzebujesz skojarzeń, żeby lepiej coś zapamiętać? Zgłębianie etymologii nazw minerałów będzie w tym wypadku świetnym narzędziem! Osobom bardziej zainteresowanym polecamy internetowe kompendium wiedzy o minerałach, mindat.org - wspaniała strona, prowadzona przez The Hudson Institute of Mineralogy. Dostarcza wielu popartych źródłami informacji, zawiera mapy występowania minerałów, zdjęcia, oraz wiele innych szczegółowych danych . W końcu kto nie lubi czasem popatrzyć na ładne kamyczki o śmiesznych nazwach? Mamy nadzieję, że artykuł Wam się spodobał, do następnego!

JUBILEUSZ INSTYTUTOWEGO KLUBU KRWIODAWSTWAWspominamy wywiad z dr Łukaszem Fiedeniem – prezesem Klubu...🌍 Julian Skórski:...
10/04/2026

JUBILEUSZ INSTYTUTOWEGO KLUBU KRWIODAWSTWA
Wspominamy wywiad z dr Łukaszem Fiedeniem – prezesem Klubu...

🌍 Julian Skórski: Znajdujemy się w Centrum Kultury Ruczaj na pierwszej w tym roku kalendarzowym akcji krwiodawstwa. 9 grudnia była piąta rocznica istnienia Klubu Honorowych Dawców Krwi przy IGiGP. Jak to się stało, że on w ogóle powstał?

Łukasz Fiedeń: Kulisy powstawania Klubu to tak naprawdę kilka pomysłów w głowach kilku osób. Kiedyś, dawno temu, będąc jeszcze studentem studiów pierwszego stopnia starałem się uzyskać uprawnienia pedagogiczne, żeby uczyć w szkole. W ramach jednej aktywności w Studium Pedagogicznym miałem za zadanie przygotować zajęcia na godzinę wychowawczą dla uczniów, a jako że oddaję krew od kiedy skończyłem 18 lat, wpadłem na pomysł lekcji o krwiodawstwie. W Małopolskim Oddziale Polskiego Czerwonego Krzyża, szukając materiałów edukacyjnych, usłyszałem wtedy pytanie: “jak to jest, że wy tam na Uniwersytecie nie macie żadnego Klubu?”. Nie potrafiłem wówczas odpowiedzieć.

Temat powrócił lata później, gdy zacząłem studia doktoranckie. Krwiodawstwo od czasu do czasu przewijało się w rozmowach, szczególnie podczas częstowania innych czekoladami. Pewnego razu w Pracowni Wydawniczej rozmawiałem z Alicją Marciniak-Nowak, która powiedziała: “w sumie to czemu by nie założyć tu takiego Klubu”? Jakieś dwa dni później podobną rozmowę odbyłem z Grześkiem Smułkiem - to znaczy teraz już Doktorem Grzegorzem Smułkiem.

W 2019 roku zacząłem delikatnie rozeznawać temat, a w marcu 2020 roku dostaliśmy zgodę na powstanie Klubu od Zarządu Małopolskiego Oddziału Okręgowego PCK... i wtedy zaczęła się pandemia. Wszystko zostało postawione na głowie. Ale pod koniec roku, otrzymaliśmy zgodę na działanie na Uniwersytecie od Pani Kanclerz i przystąpiliśmy do organizacji tzw. zebrania założycielskiego, na którym musiało pojawić się przynajmniej dziesięć osób. Udało się zebrać dwunastu chętnych i odbyło się zdalne zebranie w obecności przedstawicieli Małopolskiego Oddziału Okręgowego. I tak powstał nasz Klub.

🌍 JS: Planowałem zapytać o popularność pierwszych akcji, ale faktycznie wówczas borykaliśmy się z COVID-em. Jak to wszystko wyglądało w tej pandemicznej rzeczywistości?

ŁF: Tak, to był trudny czas. Tak jak mówiłem, Klub ruszył końcówką 2020 roku, a nasza pierwsza akcja odbyła się w kwietniu 2021, w autobusie (właśnie po to, by ominąć pewne ograniczenia pandemiczne). Obecne wymogi wobec akcji zakładają minimalnie trzydzieści zgłoszeń, jednak w tamtym momencie przymykano na to oko i choć dawców przyszło niewielu, zebrało ich się około dwudziestu. Bardziej pamiętna jest druga akcja, w czerwcu, kiedy to autobus podjechał pod nasz Instytut. Zgłoszeń było całkiem sporo, jednak nie minęła nawet godzina, a w autobusie padła część mechaniki niezbędna do jego funkcjonowania.

Pamiętajmy, że Uniwersytet był wówczas zamknięty - czas mocnych restrykcji covidowych. W budynku na szczęście był nasz Dziekan, który wykonał szybki telefon do Pani Kanclerz z prośbą o zgodę na przeniesienie akcji do środka i faktycznie udało się. To było w ogóle coś niesamowitego, w ciągu tak naprawdę 45 minut mieliśmy zgody z samej góry Uniwersytetu, dojechał do nas sprzęt z ul. Rzeźniczej i wszystko zostało przeorganizowane. Mimo tego akcja miała słaby wynik, bo awaria mocno ograniczyła jej czas. Nasze początki były trochę zniechęcające.

Jesienią dowiedzieliśmy się, że Niezależne Zrzeszenie Studentów organizuje edycję Wampiriady. Od razu się z nimi skontaktowaliśmy i umówiliśmy się na wspólne działania promocyjne oraz organizację trzydniowej Wampiriady, która osiągnęła bardzo dobry wynik. Ta oraz następna, wiosenna akcja organizowana z NZS nie były tak oblegane jak teraz, ale zdecydowanie spełniały wszystkie kryteria. Później kontakt ze Zrzeszeniem się urwał, więc organizowaliśmy mniejsze wydarzenia, wciąż starając się włączać innych do współorganizacji.

W międzyczasie dowiedziałem się, że akcja krwiodawstwa jest organizowana w Centrum Edukacji Przyrodniczej, o czym wcześniej nie wiedziałem. Pani Doktor Anna Zubek wykazała się bardzo dużą otwartością i od czasu wspólnej rozmowy razem działamy i organizujemy. Ustaliliśmy, że w poniedziałki zbiórki krwi będą odbywały się w CEP-ie, kiedy centrum jest zamknięte dla zwiedzających, a w naszym Instytucie w czwartki, czyli w dzień dopołudniowy, przeznaczony na różnego rodzaju zebrania. Po zmianie przepisów okazało się, że dawcy otrzymują dwa dni wolnego, przez co poniedziałki i czwartki stały się jeszcze bardziej atrakcyjne.

🌍 JS: Teraz, po pięciu latach działalności, nasze akcje są bardzo popularne i raczej dobijamy do górnego limitu dawców.

ŁF: Prawda. Sam limit wynika po prostu z możliwości technicznych ekipy wyjazdowej, która zabiera ze sobą 50 zestawów do poboru krwi i tyle może “przerobić” w zakładanym czasie. Towarzyszy nam dość duży współczynnik odrzutu osób, czyli tych, którzy się zgłaszają, ale ostatecznie krwi nie oddają, bo nie przeszli kwalifikacji lekarskiej. W zdecydowanej większości przypadków są to dyskwalifikacje czasowe, bo ktoś czegoś nie wiedział, ma przejściowe problemy lub jest po drobnych interwencjach w ciało...

Od jakiegoś czasu zaczęliśmy na akcje w CEP-ie zapraszać podwójną ekipę, w skład której wchodzi dwóch lekarzy i aż trzy stanowiska poboru, co daje „wydajność” 75 osób. Takiej jeszcze nie osiągnęliśmy, bo nasz rekord donacji to 49, więc jest przestrzeń do wzrostu, natomiast podwójna ekipa usprawnia akcje i skraca czas oczekiwania. Przy dużej liczbie zgłoszeń, dzięki podwójnej ekipie, procedura oddania krwi trwa trochę krócej niż godzinę.

🌍 JS: Czy według Pana zwiększona popularność akcji krwiodawstwa to zasługa dłuższego istnienia Klubu, rozprzestrzenienia informacji czy może czegoś innego, np. zmiany w społeczeństwie polskim?

ŁF: Trudno stwierdzić. Mogę natomiast powiedzieć co zmieniło się od początków naszej działalności - przede wszystkim zaczynaliśmy w Instytucie, powoli wychodząc dalej. Bardzo istotnym elementem zwiększającym frekwencję było połączenie działań z Centrum Edukacji Przyrodniczej, które z kolei ma własne kanały promocyjne. Następnie udało się uzyskać od Pani Kanclerz (za co do dzisiaj bardzo dziękuję!) zgodę na stworzenie listy mailingowej, aby o nadchodzących akcjach krwiodawstwa informować wszystkich studentów, doktorantów i pracowników na Kampusie. To jest rzesza ponad 15 tysięcy osób, a więc i wielu potencjalnych dawców.

Planuję przeprowadzić niedługo badanie o tym, skąd dawcy dowiadują się o akcji, żeby jeszcze lepiej docierać z informacjami. Wydaje mi się, że to był jeden z ważniejszych kroków, a jeszcze istotniejszy wydaje mi się powrót do współpracy z Niezależnym Zrzeszeniem Studentów. Wampiriada jako taka marka istnieje od 25 lat. Lepiej działać wspólnie - nasze wydarzenia funkcjonują pod dwoma nazwami, zresztą nazwa jest zmieniona - zaczynaliśmy od “Akcji krwiodawstwa u Geografów”. Obecnie jest to akcja krwiodawstwa na Kampusie UJ i jednocześnie Wampiriada. Mamy patronat Rektora, co pozwala nam umieszczać w materiałach logo Uniwersytetu, które także ma działanie przyciągające.

Nie wiem, czy krwiodawstwo jest bardziej popularne, bo utrzymują się braki krwi w okresach zwiększonego zapotrzebowania, czyli podczas wakacji czy ferii. Nie powiedziałbym więc, że coś się diametralnie zmieniło w naszym społeczeństwie, natomiast to co my możemy zrobić to zwiększać tę świadomość. Siłą rzeczy, jeśli ktoś 6 razy do roku dostaje wiadomość o akcjach krwiodawstwa, to zwiększa się jego świadomość, a niektórzy pierwszy raz dowiadują się, że coś takiego w ogóle istnieje

🌍 JS: Warto zaznaczyć, że znajdujemy się obecnie na akcji w Centrum Kultury Podgórza-Ośrodku Ruczaj. Czy to pierwsze wydarzenie poza Kampusem? Planowanych jest więcej, czy może wynika to jedynie z chwilowej potrzeby?

ŁF: Jest to nasze nowe doświadczenie. Teren Kampusu, tak jak mówił Mały Książę, „oswoiliśmy”, natomiast pojawił się u mnie pomysł o wyjściu, ale gdzieś niedaleko. Kluby Honorowych Dawców Krwi co prawda nie mają sztywnej regionalizacji, ale krakowskie działają sprawnie i nie widzę potrzeby tworzenia „konkurencji”, bo działamy w jednym celu. Natomiast brakuje takich działań w najbliższej okolicy.

W Ośrodku Kultury Ruczaj, przy okazji zmiany siedziby, były organizowane warsztaty konsultacyjne, na które wybraliśmy się z Alicją Marciniak-Nowak. Z innymi uczestnikami ustaliliśmy, że potrzebne jest wydarzenie obejmujące różne aktywności prozdrowotne, które obywałoby się cyklicznie w soboty, nazywane Dniem Zdrowia.

Dziś tak naprawdę odbywa się ten eksperyment. Jest akcja krwiodawstwa, były też warsztaty z pierwszej pomocy czy zielarstwa. Zaprosiliśmy oczywiście studentów przy użyciu listy mailingowej i rzeczywiście stanowią większość frekwencji, która jest spora; chociaż planowaliśmy rejestrację do godziny 13:00, to koło 11:00 trzeba było przestać przyjmować chętnych, bo kończyły się zestawy do poboru. To nasz wspólny sukces i pierwsze wyjście poza Kampus. Wydaje mi się, że warto próbować dalej.

🌍 JS: W związku z pięcioleciem zapytam: jakie są kolejne kroki dla Klubu, co jest obecnie priorytetem i w jakim kierunku według Pana pójdą zmiany?

ŁF: Myślę, że mamy jeszcze parę rzeczy do udoskonalenia. Moim marzeniem jest, aby Klub mógł trochę bardziej samodzielnie funkcjonować, bym nie musiał być pośrednikiem w każdej sprawie. Nie jest dobrze, by jakakolwiek grupa osób funkcjonowała w oparciu o jedną czy dwie osoby, warto dzielić zadania. Nie możemy na pewno też osiąść na laurach. Jesteśmy zobowiązani do dwóch akcji w roku, przeważnie robimy 6, na ten rok zaplanowane jest 7, warto utrzymać tę częstotliwość.

W kontekście różnych planów zawsze zwracam uwagę na to, że to wszystko nasza działalność społeczna, w wolnym czasie, poza godzinami pracy. Niczego więc od nikogo nie wymagam, również od siebie (choć jest to trudne). Nie możemy przesadzić z planami, żeby ich realizacja była realna. W pierwszej kolejności trzeba realizować obowiązki, a dopiero później inne działania.

Co więc planujemy dalej? Krótko mówiąc – utrzymać przynajmniej ten obecny harmonogram sześciu akcji w roku, może także dodatkowe na zewnątrz, ale to nowy pomysł, zależny od mocy przerobowych. Cały czas potrzebne są działania promocyjne, informujące, edukacyjne, bo to jest podstawa. Ja też myślę, że nasze działania są nie tylko po to, by tę krew zebrać, ale też, żeby ileś osób przyszło i usłyszało, że nie może oddać albo musi poczekać – to też jest jakiś sposób edukowania.

Oczywiście jest to wyzwanie, nasz Klub liczy dzisiaj 34 osoby; myślę, że warto, by liczba członków wzrosła, a przede wszystkim, by dołączyło do nas więcej studentów. Jest to trudność, z którą tak naprawdę nie uporaliśmy się przez te pięć lat. Oczywiście Klub się powiększył, było nas 12, dziś jest 34. Natomiast myślę, że przynajmniej 50 osób zwiększyłoby łatwość znajdowania wolontariuszy do konkretnych akcji. Bo jednak widzimy, że na akcjach potrzebny jest taki przewodnik, osoba, która udzieli informacji, pomoże, wskaże drogę. Nie jest to ciężka praca, ale jest potrzebna i większa grupa osób w Klubie sprawiłaby, że żaden z członków nie byłby tym nadmiernie obciążony.

🌍 JS: Odchodząc na chwilę od tematu działalności Klubu... Jakie są najpopularniejsze mity o krwiodawstwie, z którymi się Pan spotkał?

ŁF: Najpopularniejszy jest jeden mit: wiele osób uważa, że gdy odda się krew raz czy dwa, będzie trzeba robić to już zawsze, bo wymagał tego będzie nasz organizm. Jest to jedna wielka bzdura. Nasze ciało cały czas produkuje nową krew i niszczy starą - ja nie jestem lekarzem, więc nie wchodzę w szczegóły - a chwilowy ubytek powoduje jedynie, że nasze ciało przez jakiś czas nie niszczy tej starej. Natomiast jeśli ktoś złapie taką chęć pomocy to rzeczywiście będzie dawcą bardzo długo...

Ja sam jestem tego najlepszym przykładem; krew oddałem już 70 razy (ponad 30 litrów), nie jest to jednak żadne uwarunkowanie fizyczne, jedynie taka chęć. Często słyszy się jeszcze, że krwiodawcy mają nadciśnienie; ten mit bierze się po prostu z tego, że dawcy są częściej tego świadomi, ponieważ wykonują pomiary; nie ma żadnych dowodów na korelację. Przy oddawaniu krwi zawsze mierzony jest poziom hemoglobiny, ciśnienie, raz w roku robiona jest także morfologia krwi, stąd jest to może bardziej widoczne, bo wszelkie odchylenia wychodzą w tych regularnych badaniach.

🌍 JS: Nie każda osoba może jednak oddawać krew. Czy w takich przypadkach warto angażować się w działania Klubu i jest na to jakiś sposób?

ŁF: Ja bym powiedział, że jest to najważniejsze, bo kluczowym elementem całej działalności klubów jest promowanie idei honorowego krwiodawstwa i zachęcanie do niego, nie tylko siebie, ale przede wszystkim innych. Wśród członków naszego Klubu około połowa to dawcy, a połowa to osoby, które krwi nie oddają, ale pomagają nam w promocji. Zachęcanie jest tu równie istotne, ponieważ jedna osoba dobrze promująca może zachęcić więcej osób, a co za tym idzie – krwi, niż sama mogłaby oddać.

🌍 JS: Bardzo dziękuję za wywiad. Czy chciałby Pan na odchodne przekazać kilka słów Czytelnikom Globusika, by zachęcić ich do udziału w akcjach, czy to po stronie dawców, czy wolontariuszy?

ŁF: Czasem używam takiego stwierdzenia: można o czymś wiedzieć więcej, można wiedzieć mniej, można umieć więcej, można umieć mniej... ale zawsze warto być przyzwoitym człowiekiem i nie zapominać o innych. Zachęcam do działania.

Adres

Zawoja

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Globusik umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Udostępnij

Kategoria