03/05/2017
Fotoksiążka od – wrażenia.
Część I – wstęp
Na wstępie chciałbym od siebie podziękować Saal Digital za samą możliwość zrecenzowania fotoksiążki. Było to bardzo ciekawe doświadczenie, a sam kontakt z firmą był konkretny oraz uprzejmy.
Do zrecenzowania dostałem Fotoksiążkę XG firmy Saal Digital. Testowałem wersję z matową, watowaną okładką, strony wewnętrzne w błysku w formacie 28x19cm. W książce umieściłem fotografie czarno-białe z szerokiej gamy technik – od wysokiego klucza, przez wysoko-kontrastowe zdjęcia aż po klucz niski. W książce nie były umieszczane żadne kolorowe elementy. Moja recenzja ma bardziej kształt wytknięcia błędów, aniżeli rozważania każdego z elementów w sposób analityczny. Domyślnie – jeżeli czegoś się nie czepiam, to zostało to wykonane w sposób poprawny. Jeżeli coś mi przeszkadzało, lub wywarło na mnie wyjątkowo pozytywne wrażenie – dokładnie to opisuje.
Część II – projektowanie
Na początku należy opisać proces tworzenia fotoksiążki – na stronie producenta znajdziemy całkiem rozbudowany program, który poprowadzi nas przez proces tworzenia książki. I na początku – olbrzymi plus – są dostępne profile dla matu i dla błysku. Mało tego – dostępne są wszystkie możliwe informacje na temat profilów. Rzadko się coś takiego spotyka.
Wracając do procedury - wpierw proszeni jesteśmy o wybranie produktu, który nas interesuje, a następnie przenoszeni jesteśmy do głównej części, odpowiadającej za projektowanie naszej książki.
Do wyboru mamy gotowe szablony, lub sami możemy zająć się projektowaniem układu naszego albumu. Wybrałem tą drugą opcję, gdyż pomimo swojej liczności gotowe szablony nie zaspokajały mojego zmysłu estetyki, jak również nie ma dostępnych szablonów nie pożerających powierzchni strony na tło, umożliwiając jednocześnie zachowanie pierwotnych proporcji fotografii (przynajmniej na wybrany przeze mnie format 28x19cm – innych wersji nie weryfikowałem). Niemniej tutaj +, że pozostawiono nam dowolność (spotkałem się, że u konkurencji nie było takiej opcji), uwzględniając jednocześnie potrzeby mniej zaawansowanych w grafice potencjalnych odbiorców. Aczkolwiek – jak już wspomniałem – oferowane szablony mogłyby być bardziej praktyczne i reprezentować nieco wyższy poziom estetyki.
Przykładowe szablony – mimo olbrzymiej ilości dostępnych szablonów brak jest takich, które pozwalają na zachowanie oryginalnych proporcji zdjęcia nie pożerając sztucznie przestrzeni strony – brak też możliwości stosowania chociażby ramek
W kwestii natomiast przystosowania do własnoręcznego projektowania – tutaj akurat program leży i kwiczy. O ile widać, że producent oprogramowania się starał – to nie zapewnił praktycznie żadnych możliwości tworzenia własnych układów poza wyborem tła. Gryzie się to z zakładką „warstwy”, która nie służy do niczego innego niż podglądu parametrów wybranych z predefiniowanych ustawień. Z jednej strony oczekiwania w tym aspekcie nie powinny być wygórowane, ale brak możliwości dodawania nawet prostych kształtów uniemożliwia jakiejkolwiek własnoręczne projektowanie w programie. Producent dodatkowo nie podaje dokładnych wymiarów stron (są podawane wyłacznie wymiary książki), nie są podawane odległości spadów, a brak opcji miarki (poza ogólną miarką przestrzeni roboczej) wymusza rozrysowywanie układu z boku na kartce. Pomimo tego udało mi się ustalić precyzyjne wymiary stron, umożliwiające w sposób powtarzalny projektowanie kolejnych stron w programie – jednak nakład czasu na to poświęcony jest co najmniej kłopotliwy, gdyż większość tych danych powinny być dostępne od ręki. Wiele do życzenia pozostawia clipping układanych fotografii, który nie zawsze działa prawidłowo. Przy skalowaniu zdjęć nie da się „złapać” niektórych krawędzi (np. linii spadów, które zamiast tego pogrubiają się uniemożliwiając odczyt ich położenia), a także pojawiają się problemy polegające na nie podświetlaniu krawędzi do której jest clipingowany element (albo nie podświetlane są wszystkie krawędzie). Brakuje opcji bezpośredniego wklejania elementów ze schowka, jak np. ma to miejsce w programach typu Word, czy Libre Office. Zmuszeni jesteśmy do skakania po lokalizacjach wewnątrz naszego komputera z przejrzystego panelu z boku, aczkolwiek zapewnia on zadowalający jakością podgląd elementów folderów. I tutaj kolejne ale do programu – nie ma możliwości umieszczania plików TIFF, grafik wektorowych, co zmusza nas do konwersji na – przykładowo – JPEG, co nie zawsze jest optymalnym rozwiązaniem. Największym jednak problemem, który napotkałem był brak odświeżania w czasie rzeczywistym zawartości folderów i brak nawet guzika odpowiadającego za odświeżanie podglądu. Pracowałem w czasie rzeczywistym na dwóch oknach, zapisując na bieżąco kolejne strony do wybranego przeze mnie folderu, co zmuszało mnie do wybierania innych lokalizacji i wracania do pierwotnej tylko po to, by odświeżyć podgląd – no nie tak to powinno wyglądać. W programie brakowało mi też opcji zmiany produktu (oprócz jego wybranych parametrów) przy gotowym projekcie – choćby tylko po to, by porównać jak by fotoksiązka wyglądała w innym formacie.
Brak podświetlania do wszystkich „łapanych” krawędzi – mimo, że fotografia jest dopasowana zarówno do dolnej, jak i górnej krawędzi podświetlana jest tylko boczna krawędź (skalowano fotografię zmieniając jednocześnie obie krawędzie)
Tak czy inaczej – nie ma co ukrywać – program jest rozbudowany i wykonany bardzo przyzwoicie. Niemniej błędów i niedopracowań, które wymieniłem nie można w żaden sposób pominąć.
Część III – książka
Nie ma co ukrywać – produkt robi ogromne wrażenie. Watowana okładka zwala z nóg. Niemniej, nie mogę pominąć faktu, iż widoczne są problemy z utrzymaniem jakości wydruku w takiej opcji. Krawędzie nie mają należycie ostrych krawędzi, a wybór opcji matowej nie pozwala na zachowanie właściwych odcieni czerni i bieli. Czerń ma granatowy zafarb, biel natomiast nie jest „pełna”. Dało się to zrobić lepiej, bo przyrównując do jednego z albumów fotograficznych stojących u mnie na półce, różnice i niedoskonałości widać już gołym okiem. Z uwag – okładka niesamowicie łatwo zbiera odciski palców, niemniej, w takim wykonaniu jest to konieczne. Zauważyłem też... że u producenta występuje gdzieś ewidentny błąd procesu. Zarówno na okładce, jak i na pojedynczych stronach udało mi się znaleźć drobne uszkodzenia struktury wydruku. O ile w przypadku standardowych zdjęć nie ma to najmniejszego znaczenia, bo nikt normalny macał ich nie będzie, to w przypadku takiej okładki... razi. Już przy pierwszym kontakcie z książką, po napotkaniu ręką uszkodzenia (przy świetnej fakturze okładki!) przez moją myśl przeleciało pytanie „a co to?”, a gdy przyjrzałem się dokładniej ujrzałem uszkodzenie na wzór śladu po szpilce wbitej w plastik. Dodatkowo widoczne są pojedyncze uszkodzenia ewidentnie wynikające z procesu, przypominające nacięcia uszkodzenia niezwiązane ze strukturą. Czy to jakaś zębatka zostawiła po sobie znak – ciężko stwierdzić bez wiedzy na temat konstrukcji aparatury odpowiedzialnej za produkcję fotoksiążek. Za to niewielki minus, bo uszkodzenia okładki są rzeczą nieuniknioną – aczkolwiek za identyczne usterki na powierzchni fotografii wewnątrz książki – olbrzymi minus. Tak się złożyło, że najbardziej rozpraszające uszkodzenie wykryłem na fotografii wykonanej w wysokim kluczu, gdzie wyróżniający się punkt na tle białego tła ordynarnie odwraca uwagę od treści zdjęcia – ale o tym później.
Tak czy siak – za okładkę – ogromny plus. Robi świetne wrażenie, mimo pojedynczych niedoskonałości.
Część IV – fotografie - ogólnie
Chciałbym napisać, że wszystko jest perfekcyjne – bo takie sprawia wrażenie przy pierwszym „wow!” – aczkolwiek pomimo ogólnego świetnego wykonania jest kilka rzeczy, które razi mnie niemiłosiernie.
Pierwsza sprawa – klejenie fotografii do wnętrza okładki. No barbarzyństwo. Szczególnie klująca w oczy na błysku (refleksy) struktura okładki, krawędzie no i klej rujnujący cały urok, gdy patrzy się pod kątem dającym jakiekolwiek refleksy. Już na etapie zamawiania zdawałem sobie sprawę, że książka może być tak skonstruowana, ale cicho liczyłem na dodatkową, zwykła stronę z kartonu, którą stosuje się w profesjonalnych albumach (nie ujmując nic fotoksiążce). Kłuje, tym bardziej, że producent nie zapewnia możliwości dodania takiej strony, a brak ostrzeżenia o takim sposobie wykonania jest dla bardziej świadomych odbiorców przykrym przytaknięciem i stwierdzeniem „no tak jest”.
Pochwalić można łączenie fotografii na środku książki – idealnie, wszystko gra, bez defektów. Brak też jakichkolwiek defektów związanych z mało-skalową produkcją naszej fotoksiążki. Wszystkie spady równe, brak przesunięć poszczególnych fotografii względem innych – widać powtarzalny, rzetelny proces.
Co do papieru – świetna gramatura, świetna rozdzielczość wydruków (chociaż zdarzają się wpadki, o czym w dalszej części). Niemniej – struktura papieru mogła by być zdecydowanie mniej wyraźna. Fakt – duża gramatura – aczkolwiek nawet na 600-tce nie powinna ona być aż tak wyraźna. Spotykałem się z papierami takiej gramatury o idealnie gładkiej strukturze – co w przypadku błysku – ma olbrzymie znaczenie przy kształtowaniu się refleksów na zdjęciu. Należy ponownie wspomnieć, że pierwsza i ostatnia fotografia w książce zdecydowanie odbiega jakościowo od reszty ze względu na klejenie do okładki. Widoczna jest struktura okładki jak również charakterystyczne dla klejenia marszczenia papieru.
Część V – fotografie – standardowa czerń i biel
Na początku krótkie objaśnienie dlaczego stosuję jakikolwiek podział – z racji specyfiki fotografii czarno-białych i wyzwań jakie poszczególne style stawiają metodom prezentacji – podzieliłem kategorie na „standardową czerń i biel”, „wysoki klucz” i „niski klucz”.
Jeżeli chodzi o wrażenia dotyczących standardowych fotografii wykonanych w czerni i bieli – jest genialnie. Świetna rozdzielczość, rozpiętość tonalna nie pozwalająca zwrócić na siebie jakiejkolwiek uwagi. Oglądanie kontrastowych zdjęć sprawia olbrzymią przyjemność – zarówno mi jako autorowi zdjęć, jak i również jako odbiorcy.
Część VI – fotografie – wysoki klucz
Tutaj pierwsze ale. O ile rozpiętość tonalna w strefie jasnych tonów jest bardzo dobra i pozwala na dostrzeżenie najmniejszych subtelności, to ze względu na wspomniane wcześniej niedoskonałości procesu i uszkodzenia struktury papieru można się rozczarować. Jak już wspominałem – uszkodzenie takie w postaci zadry trafiło mi się na fotografii w wysokim kluczu, na białym tle, przez co wygląda jak nieusuwalny paproch. W tej kwestii – zarówno w przypadku zdjęć jak i okładki – mogłoby być lepiej. W analogicznej sytuacji, gdybym taką fotografię odebrałbym z labu – zwyczajnie nie przyjąłbym odbitki. Rozumiem, że coś takiego zdarzyć się mogło w przypadku okładki, ale nie w przypadku zdjęć. W tym miejscu się rozczarowałem.
Część VII – fotografie – niski klucz, hiaroscuro
No i tutaj – jak się można było spodziewać – można zarzucić najwięcej. Uważam wręcz, że poziom wydruków w niskim kluczu jest na niezadowalającym mnie poziomie, a lepsze efekty udaje mi się uzyskać w druku atramentowym na moim epsonie 1500W. O ile rozpiętość tonalna jest na mistrzowskim poziomie, to jakość kontrastów w niskich tonach jest po prostu kiepska. Zupełnie jakby ktoś użył filtra obniżającego kontrast na całość fotografii. I – po prostu ciężko mi odnieść wrażenie, że tak nie jest, mając przed oczami podgląd na sprofilowanym monitorze jak i również kilkanaście odbitek takich samych fotografii wykonanych w różnych labach i na różnych drukarkach. Dodatkowo w tych przypadkach widoczny jest nieznaczny – aczkolwiek wyraźny zafarb. Fotografie są raczej wykonywane metodą termosublimacyjną, więc takie rzeczy nie powinny mieć miejsca – świadczą albo o potencjalnych wadach materiałów, albo o możliwych wadach ukrytych procesów dostosowujących pliki do wydruku – gdzie na obie z tych rzeczy jako odbiorca nie jestem w stanie się zgodzić. Dodam, że wyłączałem w projekcie jakiekolwiek opcje autokorekty.
Tutaj – olbrzymie nie – mając na uwadze szczególnie to, że zdjęcia w tej technice miały stanowić główne „wow” projektowanego przeze mnie albumu.
Część VIII - podsumowanie
Sam nie wiem co myśleć. Z jednej strony – olbrzymie wrażenie jakie robi album, a z drugiej strony nieliczne błędy, które jednak tak mocno mnie kłują ze względu na fotografie, na których one wystąpiły. Gdybym miał wykonać album z jasnych, wysokokontrastowych zdjęć – nie wahałbym się ani przez chwilę i słał kolejne zamówienie. Jednak z racji mojego zamiłowania do zdjęć w niskiej tonacji – raczej to zbyt szybko się nie wydarzy. Niemniej – nie mogę powiedzieć, że album jest niskiej jakości, bo zdjęcia „standardowe” wyglądają fenomenalnie. Nie jestem jednak w stanie ocenić całości przez pryzmat trucizny, która wlewa się do mojej głowy na myśl o tym co się stało ze zdjęciami w niskim kluczu.